Głowa do wycierania

9 czerwca 2017, Jacek Górecki

Kultura

David Lynch zapowiedział w tym roku, że nie powróci już do kręcenia filmów, przechodząc na filmową emeryturę. Zanim to jednak nastąpi, podzielił się z wszystkimi, powracając po niemal dwudziestu pięciu latach, trzecim sezonem kultowego serialu Miasteczko Twin Peaks. Wszyscy zaniemówili z zachwytu. Co siedzi w głowie Lyncha?

Tegoroczna 70. edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes miała wielu zwycięzców. Od nagrodzonego Złotą Palmą za film The Square Rubena Ostlunda, po wyróżnioną nagrodą specjalną Nicole Kidman, aż do powracającego mistrza absurdu – Davida Lyncha. Surrealistyczny Lynch powrócił 22 maja na języki wszystkich, ale tylko na moment. Zapowiedział przecież kilka miesięcy wcześniej, że przechodzi na filmową emeryturę. Powrócił jednak do telewizji, po to, by po raz ostatni oddać hołd swojemu opus magnum, serialowi Twin Peaks.

Świat wytworzony przez Davida Lyncha nie należy do najłatwiejszych w odbiorze, może przez to, że sięga znacznie głębiej do swoich bohaterów, niż większość reżyserów. Lyncha interesuje ludzka psychika ogarnięta lękiem, jej penetracja, ocierająca się o schizofrenie czy paranoje. Uczucia, które zarówno w bohaterach, ale i widzach wywołują strach i utratę kontroli nad własnymi myślami. Jest w tych zagrywkach demoniczny i nieobliczalny. Co dziwi jeszcze bardziej, na co dzień jest zwykłym starszym panem, z burzą białych, doskonale ułożonych włosów i ubierający się przeważnie w ten sam zestaw – biała koszula bez krawata i czarna marynarka lub sweter. Mieszka w Hollywood w modernistycznej rezydencji, a jego sąsiadami są największe nazwiska w show-biznesie. Interesuje się muzyką (nagrywa przecież sporadycznie płyty) i transcendentalną medytacją, którą uprawia dwa razy dziennie. Jest niezwykle zabawny, ale stanowczy i konserwatywny. Z drugiej strony odpowiada za wiele milowych filmów w historii kina jak chociażby: Głowa do wycierania, Blue Velvet, Zagubiona autostrada czy Mulholland Drive.

Szokowanie we wspomnianych tytułach zawsze jest u Lyncha uzasadnione. W swoim surrealistycznym debiucie Głowa do wycierania pokazuje narodziny niespodziewanego dziecka, które na świat przychodzi nieco zmutowane, przypominając małego potworka. W wzruszającym Człowieku słoniu ta ludzka brzydota powraca tym razem w zdeformowanym ciele człowieka, który uważany jest za monstrum i trzymany w klatce. W Blue Velvet przeraża realistyczną sceną sadomasochistycznego gwałtu. Jego bohaterowie zawsze są pokręceni: od karła, który mówił od tyłu w Twin Peaks, po przerażającego mężczyznę o bladej twarzy z Zagubionej autostrady, który opowiada, że potrafi sam ze sobą rozmawiać przez telefon. Psychoza w tych filmach pogłębia się, pulsuje od pierwszych minut. Ta psychoza nawiedza najpierw reżysera, który, jak wyznaje, buduje historię obrazami, które wyświetlają się w jego głowie jak w telewizorze. Zakazuje prostej interpretacji, która sprowadza się do prześwietlania jego filmów, jako autobiograficznego rozliczania ze światem. Jednak czasem jest to nieuniknione, jak chociażby przy jego debiucie, który został zrealizowany w momencie, kiedy na świat przyszła jego nieplanowana córka Jennifer. Podobnie było w Blue Velvet, kiedy promocja filmu zbiegła się z ukazaniem zdjęć Lyncha z Isabellą Rossellini, na których bardzo mocno wybrzmiewała przemoc. Reżyser nie lubi pokazywać się, brylować na bankietach pełnych sztucznych uśmiechów, uważa to za największy koszmar. Zwyczajnie wybiera wolność dla kreowania nowych idei i nie chcę się z tego tłumaczyć przed dziennikarzami, którym zazwyczaj odpowiada w formie dowcipu.

Filmy Lyncha mają bronić się same, pozwalają widzowi na szereg interpretacji, co spowodowało, że jego geniusz i dziwactwo zarazem stało się dla młodego pokolenia lat 90’ kultowe. Treść jego filmów zawsze kryje się między wierszami, upycha ją najczęściej w kadrach czy muzyce. W filmach Davida Lyncha muzyka właśnie odgrywa znaczącą rolę. Precyzyjnie dobrana, zawsze jest idealnym tłem do spuszczonych ze smyczy scenariuszy reżysera. Zazwyczaj tworzona przez kompozytora Angelo Badalamenti, jest jednym z pierwszych elementów „lynchowskiej” układanki. Po filmie Blue Velvet reżyser przyjął system pracy, w którym jednych z pierwszych etapów produkcji filmu była właśnie ścieżka dźwiękowa. Omawiał ją przed rozpoczęciem zdjęć, a następnie nagrywał z udziałem kompozytora. Podczas ujęć dialogowych słuchał jej na słuchawkach, pomagało mu to wejść głębiej w wytworzony przez siebie świat, nakreślony zawsze psychodelicznym klimatem. Ale ten nastrój udzielał się niekiedy także całej ekipie filmowej, której puszczał z zaskoczenia muzykę z głośników. Zabieg ten nazywał kompasem wskazującym wszystkim odpowiedni kierunek. To kolejne wciąż niewytłumaczalne zachowanie, które rozumie tylko sam Lynch.

Żałować możemy tylko, że projekt sprzed kilku lat na studio filmowe w Łodzi, które chciał stworzyć David Lynch, nie został zrealizowany przez ówczesne władze miasta. Reżyser zakochany w polskim mieście był zainteresowany kompleksem Elektrociepłowni EC1, która przypominała mu scenerię z jego filmów. Może gdyby wówczas udałoby się zrealizować fabrykę snów Davida Lyncha w Łodzi reżyser nie myślałby o filmowej emeryturze, a tak doczekaliśmy momentu, w którym od wielu lat głowa Davida Lyncha milczy. Pozostaje na szczęście doskonała kontynuacja serialu Twin Peaks i ewentualne przebłyski jego geniuszu, jak chociażby reklamy, które czasem popełnia z pamiętną, zrealizowaną kila lat temu, kampanią dla domu mody Dior.

Nie ma wielu geniuszy kina, którzy tak dzieliliby widzów i krytyków. Bardzo często nawet Ci, którzy oddają mu hołd dla warsztatu czy nieograniczonej wyobraźni przyznają, że Lyncha zwyczajnie nie rozumieją. To outsider całego tego sztucznego świata, Ameryki, która przecież powinna przerażać bardziej, niż wykreowana rzeczywistość reżysera. Wszystko to możemy zobaczyć chociażby w czterominutowym filmie, w którym reżyser dręczy lalkę Barbie rozmawiając z nią od początku tylko pozornie miłym i ciepłym głosem. Niestety dla wielu jego kino jest nie do przeskoczenia, widzowie się gubią, albo czują strach czy niekiedy obrzydzenie oglądając jego filmy. I jest to całkiem uzasadnione zachowanie, bo tak naprawdę nikt z nas nie wie co siedzi w głowie Davida Lyncha, co tak naprawdę miał na myśli… Można traktować to jako przerost i grafomanię, ale nie można odebrać Lynchowi kultowości i tytułowej głowy do wycierania pełnej pomysłów, która jest bezlitosna dla widzów od ponad trzech dekad.