Kolory Ostravy

28 lipca 2017, Jacek Górecki

Kultura

Kolejna edycja festiwalu Colours of Ostrava dobiegła końca. Pełna najlepszej muzyki, spragnionych koncertów ludzi z różnych stron świata, gorącego słońca i czasem upragnionego deszczu. Edycja, która miała jednego króla, był nim Michael Kiwanuka.

Na wstępie — przestrzeń. Czeskie miasto Ostrava to jedna, wielka zagadka. Z jednej strony miasto umarłe, momentami zapomniane przez teraźniejszość. Tak, jakbyśmy przenieśli się do początku lat 90. Archaiczne witryny sklepowe pełne przedziwnych, przerażających manekinów i produktów, które znamy z czasów rozkwitu kapitalizmu. Moda tu niekiedy przeraża. Ludzie niespieszni donikąd. Kilka knajpek , z czego niektóre przypominające te niemieckie, gdzie tłusto i bardzo piwnie, a piwo jakby z wody zrobione. Kultury jedzenia tutaj nie ma, estetyka wokół ratusza też gdzieś się zaburzyła. Na ulicach, przystankach wiele Romów, którzy od rana do wieczora okupują część miasta. Z drugiej strony w tym liczącym niemal trzysta tysięcy mieszkańców mieście mamy nowoczesny kompleks handlowy, który przyciąga najlepszymi markami. Do tego poukrywane po Ostravie przepiękne zabytki. Od zamków, barokowych kościołów, przez modernistyczny Nowy Ratusz z 1930, po oszałamiające przestrzenie industrialne huty Witkowice, która znajdują się na liście Dziedzictwa Europejskiego. I właśnie w tej przestrzeni raz do roku odbywa się święto muzyki, na które zjeżdżają ludzie z różnych stron Europy. My też tam byliśmy i przygotowaliśmy subiektywny ranking najlepszych koncertów tegorocznej edycji. Artystów, których koncerty warto wypatrywać, w ostateczności wyszukać gdzieś w Internecie i puścić, gdy pogoda nie rozpieszcza.

Michael Kiwanuka

Nie da się tego opisać, jak wielkim artystą jest Miachel Kiwanuka. Debiutujący parę lat temu muzyk został na starcie okrzyknięty nadzieją prestiżowego konkursu BBC Sound. Swój nieprzeciętny talent potwierdził drugiego dnia festiwalu. Jest w graniu Kiwanuki sporo z Prince’a, czyli wielkiej muzycznej, czarnej wirtuozerki. W jego koncertach obok genialnej muzyki i głosu artysty najważniejsza jest jednak myśl, którą niesie o współczesnym świecie, walce z uprzedzeniami i prześladowaniami na tle rasowym czy religijnym. Kiedy w kilkuminutowej improwizacji zaśpiewał, a wręcz wykrzyczał I’m a black man in a white world kilkutysięczny tłum stał się jednością, stając w tym proteście razem z wielkim Kiwanuką. To nasz wspólny głos i najlepszy koncertu festiwalu.

Roosevelt

Przy wielkich legendach sceny elektronicznej, które zagrały na festiwalu, pochodzący z Berlina artysta wydawałoby się, że jest bez szans. A jednak jak pokazał jego piątkowy koncert, to on rozdał w Ostravie najważniejsze karty. Zadanie miał niełatwe, bo szaloną pełną syntezatorów imprezę rozpoczął jeszcze przy ostatnich promieniach słonecznych. Nikogo to nie raziło, wręcz przeciwnie pod niewielką sceną zgromadziły się tłumy, a Roosevelt wraz ze swoim zespołem rozkręcił najlepszą imprezę, przenosząc nas do neonowych lat 80. Nawet najbardziej sztywni słuchacze się mu poddali, tańczyli wszyscy.

Justice

Kiedy dekadę temu francuski duet Justice wydał swój debiutancki krążek Cross – świat na punkcie ostrych housowych dźwięków zwariował, a muzycy przeszli z miejsca do mainstreamu. Ich długo wyczekiwany koncert był finałem tegorocznej edycji festiwalu. W dodatku zagrali po ogromnej ulewie i burzy w środku nocy. To, co zrobili, to było istne szaleństwo pełne stroboskopowego światła i wizualizacji na gigantycznych ekranach nad sceną. Na szczęście duet nie promował tylko przeciętnej, wydanej w zeszłym roku trzeciej płyty Woman. Zagrali to, co najlepsze, jak na mistrzów przystało, porywając w tę mroczną psychodelię zmęczony tłum ludzi.

Birdy

Podchodziłem do tego koncertu sceptycznie. Nie słucham na co dzień Birdy, chociaż uroku i talentu odmówić jej nie mogłem. To był też pierwszy istotny koncert festiwalu na dużej scenie. Przez pierwszą część koncertu Birdy pokazała wszystko to, co na swoich dwóch płytach, czyli porcję melancholijnego grania wypełnionego barokowymi dźwiękami. Tylko że to granie było z najwyżej półki, wisienką na torcie było zaśpiewane w połowie opus magnum Kate Bush „Running Up That Hill”. Birdy zaśpiewała ten klasyk rewelacyjnie, udowadniając, że dopiero na koncertach rozkwita swoim talentem w pełni.

Jamiroqai

W latach 90. Jamiroqai był na scenie brytyjskiej jednym z najważniejszych graczy. Kiedy inni bawili się w grunge i britpop, on wrócił do korzeni, sięgając do funku i disco tylko we współczesnej wersji. I taki też był bardzo dobry koncert w Ostravie. Jak zawsze w charakterystycznym nakryciu głowy przypominającym pióropusz oraz z mega optymistycznym nastawieniem muzyk zagrał przekrój swoich największych przebojów z „Cosmic Girl”, „Little L” czy „Space Cowboy”. Nie zabrakło oczywiście numerów z wydanego w tym roku dobrze przyjętego albumu „Automaton”. On doskonale wie jak zabawić ludzi.

Norah Jones

Na ten koncert czekało wielu, świadczą o tym tłumy, które zgromadziły się na terenie festiwalu. Kiedy na scenie pojawiła się wielka legenda, wielokrotna laureatka Grammy, która swoją debiutancką płytą wywołała modę na kolejne smoothjazzowe artystki. Ale Norah Jones, jak udowodniła drugiego dnia festiwalu, jest przede wszystkim wszechstronnym muzykiem. Z wielką łatwością porusza się po niełatwych gatunkach jazzu, bluesa, folku, a nawet country. Swoim głosem potrafi jednak zahipnotyzować słuchaczy, którzy przez niemal dwie godziny słuchali tego muskającego zmysły koncertu, a wręcz uczty.