KOSMICZNE LATA 80.

16 października 2017, Jacek Górecki

Kultura

Przyszłość intryguje chyba każdego z nas. Chcielibyśmy wiedzieć dokąd to wszystko zmierza. Czy rzeczywiście czeka nas walka z robotami, a ludzkie emocje generowane będą przez komputery? Ulegliśmy trochę panice z okazji premiery Blade Runnera, nie możemy doczekać się też nowej części Gwiezdnych Wojen. Postanowiliśmy więc przyjrzeć się początkom tych filmów, które przypadają na lata 80., będące zresztą rozkwitem dla kina sci-fi.

Wszystko zaczęło się od księżyca, który jeszcze na początku ubiegłego stulecia był dla ludzi czymś niepojętym, odległym, nie do zdobycia. A jako, że kino po części ma pełnić funkcję realizacji tych nieosiągalnych marzeń to pierwszy film science-fiction był niczym innym jak wykreowaną podróżą na księżyc. Mowa oczywiście o Podróży na księżyc, którą Georges Méliès zrealizował w 1902 roku. To film pionierski, pierwszy obraz o tej tematyce i pierwszy wykorzystujący elementy animacji. Mimo, iż trwający zaledwie czternaście minut uważany był za zbyt długi, a ludzie przyzwyczajeni do jeszcze krótszych form mieli nie wytrzymywać tego jednego seansu. A teraz na ekrany wchodzi Blade Runner trwający 3 godziny i nawet nie wiemy kiedy ten czas zleciał. Już nie mówię, że zamiast wojaży po kosmosie zaczęliśmy zadawać pytania o ludzkość. To niesamowite jak zmienia się kino, ale i nasze oczekiwania wobec niego. Na wielki rozkwit tego gatunku przypadają lata 80. głównie ze względu na wzrost rozwoju efektów specjalnych, które dziś mogą wydawać się archaiczne, ale wówczas były rewolucją. Oto one kosmiczne lata 80!

Tron reż. Steven Lisberger

Rok 1982 był dla kina datą pionierską. W tym roku do kin weszło kilka klasyków kina sci-fi, na czele z dziełem Stevena Lisbergera. Tron to historia ciekawskiego hakera, który włamuje się do komputera swojego szefa. Pech chciał, że zostaje on wciągnięty w jedną z gier komputerowych, którą zresztą sam stworzył, mierząc się z wykreowanym przez siebie światem. W rolach głównych Jeff Bridges oraz Bruce Boxleitner. To film przełomowy łączący kino z elementami grafiki komputerowej i animacji ręcznej. W nakręconym na taśmie 70 mm obrazie zastosowano technikę „backlit animation” czyli zwyczajnie podświetlono bohaterów uzyskując efekt neonowy. Ten film był tak nowatorski, że dla niektórych, aż niewiarygodny, sama Akademia Filmowa przyznająca Oskary w owym czasie odmówiła twórcom ubiegania się o statuetki posądzając ich o oszustwo filmowe. To trzeba zobaczyć!

Terminator reż. James Cameron

Zanim James Cameron stworzył TitanicaAvatara eksperymentował z kinem w latach 80. Jak opowiadał w wywiadach Terminator zwyczajnie się przed nim objawił. Podczas silnej gorączki, która dopadła go w hotelu w Rzymie zobaczył potworny, metalowy szkielet… następnego dnia od razu wiedział, że będzie to początek jego filmu. Metalowy szkielet i wojna nuklearna, którą fascynował się od dziecka dała podstawy do filmu, którego gwiazdą był oczywiście Arnold Schwarzenegger. Podobno Andrzej Wajda po zobaczeniu obrazu Camerona był tym filmem zafascynowany wraz z nim cała reszta świata. Dziś myśl o filmach z przygodami tytułowego Terminatora wywołuje raczej rechot, ale pierwsza część to zdecydowany majstersztyk, klasyk gatunku, który pozwolił reżyserowi rozwinąć skrzydła.

Brazil reż. Terry Gilliam

Terry Gilliam nie ma szczęścia do swoich projektów, by przypomnieć chociażby Don Kichota, którego kręci już dwie dekady. Filmowy pech towarzyszył mu od początku, kiedy to w latach 80. producenci mocno się na nim przejechali inwestując 15 milionów dolarów w jego film, zarabiając zaledwie kilka. Brazil z Robertem de Niro jest mocno inspirowany powieścią Rok 1984 George’a Orwella. To opowieść o urzędniku żyjącym w totalitarnym państwie, który z czasem staje się wrogiem systemu. Ale klapa finansowa to nie jedyny pech, tuż przed premierą amerykańscy producenci okroili znacznie wersję reżyserką filmu i wprowadzili do kin jego bardziej optymistyczny wariant. Na szczęście dziś możemy oglądać dzieło Gilliama takie jakie sam wykreował. Istne szaleństwo!

E.T. reż. Steven Spielberg

Czy jest bardziej wzruszający film w historii kina? Zdecydowanie nie, i jeśli zacząć by filmową lekcję po tym gatunku to najlepiej od dzieła Spielberga. Historia przybysza z kosmosu, który zaprzyjaźnia się z małym chłopcem na ziemi swój początek miała znacznie wcześniej. Podobnie jak w przypadku Camerona tytułowy E.T. objawił się Spielbergowi podczas jednego z wieczornych spacerów z ojcem. Z ciekawostek warto dodać, że twarz kultowego dziś kosmity powstała w połączeniu komputerowym twarzy poety Carla Sandburga oraz Alberta Einsteina. Dziś echo filmu możemy odnaleźć w licznych teledyskach czy przebojowym serialu Stranger Things. Szkoda tylko, że nie pozwolono Michaelowi Jacksonowi na wykonanie piosenki Someone In The Dark, którą przygotował specjalnie jako główny motyw filmu – to mógł być przebój!

Obcy. Decydujące starcie reż. James Cameron

Powracamy jeszcze raz na moment do Jamesa Camerona. Sukces Terminatora sprawił, że Hollywood otworzyło przed nim wszystkie drzwi, pozwalając mu przebierać w różnych projektach, tym samym spełniać filmowe marzenia. Ten młodziutki wówczas reżyser został więc poproszony o nakręcenie drugiej części przełomowego dla gatunku – filmu Obcy, który pod koniec lat 70. wywołał spore zamieszanie. Wariacja Camerona oczywiście nie miała tak z górki, często ekipa musiała radzić sobie w trudnych warunkach, głównie spowodowanych przez budżet, który wielokrotnie naciągany w końcu postawił ograniczenia. Tak było chociażby przy tworzeniu kapsuł kriogenicznych na pokładzie Sulaco, które żeby pomnożyć pokazano w rozstawionych wszędzie lustrach. Film nagrodzono dwoma Oskarami, w tym za efekty specjalne. Kolejne części nie były już tak istotne dla historii kina, będąc jedynie marnym cieniem.

Powrót do przyszłości reż. Robert Zemeckis

Dla wielu dzieciaków w latach 80. Powrót do przyszłości był filmem, który ich ukształtował. Wielu z nich chciało spotkać filmową postać doktora Emmetta Browna, który zbudował wehikuł czasu, by przenieść się do lat 50. i utrudnić spotkanie swoich rodziców. To obraz rozbudzający wyobraźnie, rozpoczynający falę kosmicznych filmów dla młodzieży, bardzo mocno zainspirowany grami komputerowymi. Kwintesencja lat 80., która doczekała się licznych kontynuacji, jednak żadna nie była już tak przebojowa jak pierwsza, a Robert Zemeckis podobnie jak koledzy (Spielberg czy Cameron) po takim sukcesie zaczął budować zupełnie nowe Hollywood.

Gwiezdne wojny: Część V – Imperium kontratakuje reż. Irvin Kershner oraz Część VI – Powrót Jedi reż. Richard Marquand

Na lata 80. przypadają premiery dwóch części Gwiezdnych Wojen, jak do tej pory najlepsze jakie powstały, odnoszące też olbrzymi sukces kasowy. Pokolenie millenialsów zupełnie inaczej podchodziło do tego fenomenu, niż dzisiejsza młodzież dla której kosmiczna saga jest raczej mało znacząca. Oba filmy właściwie wciąż się tworzą, dosłownie. Efekty specjalne do części V i VI były poprawiane jeszcze dwukrotnie (w 1997 roku oraz 2004 roku) przy okazji zbliżających się premier nowych części. Zapowiadana na grudzień premiera Gwiezdnych Wojen: Ostatni Jedi ma być pierwszą dorównująca poziomem do legendarnych pierwszych trzech części. Oby tak było, po inaczej nie widzę sensu kopać tak monumentalnego pomnika.

Blade Runner reż. Ridley Scott

Zanim pójdziecie do kina na nowego Blade Runnera z Ryanem Goslingiem warto byłoby przypomnieć sobie jak to się wszystko zaczęło. Ale nie chodzi tutaj o scenariusz, oba te filmy można traktować jako dwie, odrębne historie, mimo, iż wątki w tych filmach się łączą. Warto nadrobić zaległość z racji efektów jakie wykorzystano w tym filmie, to niesamowite jak bardzo Ridley Scott popchnął do przodu kino tego gatunku. W tym cyber-punkowym kosmosie mamy wszystko o czym wówczas marzono, właściwie te marzenia o elektronicznym świecie wciąż nie zostały do końca zrealizowane, chociaż jak pokazuje dzieło Scotta jesteśmy już bardzo blisko tego efektu. Warto dodać, że początkowo film miał się nazywać Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? – trzeba przyznać dość oryginalnie. Ten film naprawdę nie ma sobie równych!

Filmy Piotra Szulkina

Nie tylko Seksmisją Julisza Machulskiego żyje polskie kino sci-fi. Właściwie prywatnie dodam, że obraz Machulskiego przy filmach Piotra Szulkina jest delikatnym liźnięciem gatunku, dlatego też miejsce w tym zestawieniu znalazło się tylko dla jednego. To co w latach 80. kręcił Szulkin to absolutne mistrzostwo, niesłusznie dziś zapomniane. Dlatego w tym jednym wypadku wybrać jeden film jest czymś niemożliwym. Jego filmy to całość, którą wypada znać. Kreował on obrazy utopijne, groteskowe, będące komentarzem do ówczesnych czasów, w których reżyser ostrzegał przed totalitaryzmem. Jednym z jego najlepszych filmów jest oczywiście Wojna Światów z 1981 roku nawiązująca do powieści Herberta Wellesa, z jedną tylko różnicą. Akcja filmu Szulkina rozkrywa się w stanie wojennym w Polsce, a Marsjaninami byli funkcjonariusze ZOMO. Warto wspomnieć jeszcze O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji o świecie po wojnie jądrowej czy Ga, ga: Chwała bohaterom. To wszystko odważne, ale tak dziś aktualne kino!