Marlena Dietrich i Zbigniew Cybulski – romans jak z filmu

14 lutego 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Ona. Marlena Dietrich. Legenda kina, w której podkochiwali się mężczyźni z całego świata, lat 65. On. Zbigniew Cybulski. Jeden z najważniejszych polskich aktorów, do którego wzdychały kobiety z kraju, był po czterdziestce. Połączyło ich nie tylko kino, ale i ukryty przed światem burzliwy romans, tragicznie przerwany śmiercią.

alt

Pierwsze spotkanie

Wrocław. 1966 rok. A jeszcze ściślej, zimny marzec. Na termometrze tylko dwa stopnie. Tak zaczyna się opowieść o uczuciu, które tliło się na odległość.  Kochankowie nie mieli jednak szans na częste spotkania. Był to moment, kiedy Marlena Dietrich, wówczas będąca już dojrzałą, starszą kobietą koncertowała ze swoim recitalem po Europie. Przyleciała do Polski na występy, najpierw do Gdańska, później wrocławskiej Hali Ludowej. Koncert był mocno spóźniony, Marlena z wiadomych powodów przesiadywała w garderobie… była uzależniona od alkoholu. Jej wejście na scenę zapowiedział Lucjan Kydryński. Lekko zachwianym krokiem, pełna natchnienia sunęła w długiej, lejącej się sukni po scenie. Dojrzały, ale kokietujący głos był niewyraźny, mówiła na przemian słowa po angielsku i niemiecku. Kiedy zaczęła śpiewać wszyscy osłupieli. To był wielki szacunek i oddanie dla publiczności, zrobiła to tak profesjonalnie i z klasą jak mało kto. Dietrich to prawdziwa artystka, legenda nie do podrobienia, którą nie sposób było się nie zauroczyć. Podobnie było zresztą ze Zbyszkiem, którego artystka zobaczyła po raz pierwszy w filmie Kochać. To już wtedy zapragnęła go poznać. Minęło kilka lat.

alt

Za miejsce spotkania posłużył hotelowy bar we wrocławskim Monopolu. Ten sam, w którym parę lat wcześniej Zbigniew Cybulski zagrał w legendarnej scenie Popiołu i diamentu Andrzeja Wajdy. To była ta scena, kiedy to Zbyszek jako Maciek Chełmicki podpalał kieliszki ze spirytusem jako symbol poległych w wojnie kolegów. Zresztą samym filmem zachwyciła się też Dietrich, która uważała je za dzieło wybitne. On nigdy nie wymieniał jej jako swojej idolki. Owszem widział ją na ekranie w Błękitnym Aniele, ale nigdy nie wyrażał wielkiego zachwytu. Pytany o ulubioną aktorkę odpowiadał: Audrey Hepburn – skromna, momentami eteryczna dziewczyna, która wówczas była najpopularniejszą twarzą amerykańskiego kina. Warto też dodać, że parę lat wcześniej podobną fascynacją co Dietrich, darzyła go Edith Piaf (podobno odwzajemnioną), która zaprosiła go do swojego paryskiego domu. Cybulski skorzystał z zaproszenia.

alt

Tajemnicze tête-à-tête

Zanim doszło do spotkania sam na sam między legendą kina a polskim aktorem, widzieli się wcześniej na uroczystym bankiecie po koncercie gwiazdy. Zgromadziła się tam cała ówczesna śmietanka towarzyska, przy suto zastawionym stole siedzieli między innymi Stefan Kisielewski czy Marek Tomaszewski. Do hotelowego baru o dość późnej porze pierwsza dotarła Marlena. Usiadła przy stole i czekała. Nie była przyzwyczajona do takich sytuacji, to na nią się zazwyczaj czekało. Organizatorzy koncertu byli mocno zdziwieni, próbowali jej przetłumaczyć, że nikt już nie przyjdzie, a na nią czeka pociąg do Warszawy. Nigdzie nie jadę, czekam na Zbyszka! Stanowczo oznajmiła i tak też zrobiła. Nikt z hotelowej obsługi nie wiedział na kogo czeka gwiazda, woleli nie pytać. Minęło kolejnych kilka kwadransów, a w drzwiach hotelowych stanął Cybulski. Ubrany nienagannie, ale z nonszalancją, w białą, pogniecioną koszulę. W kieszeni spodni miał schowaną butelkę wódki. Kazał się jej napić na powitanie. Wszyscy osłupieli. Marlena wzięła butelkę i wypiła z gwintu kilka łyków wódki. Później we wspomnieniach napisała, że miał erotyczny ruch ramion.

alt

Bez muzyki i w całkowitej ciszy zaczęli tańczyć. Może trochę nieudolnie, ale byli sobą zauroczeni. Cybulski prowadził Dietrich, ona nie stawiała żadnych oporów. Jednocześnie śpiewał jej do ucha Bonjour, tristesse (w tłum. Witaj smutku) z repertuaru Juliette Gréco. Robiło się już późno, gdzieś przed pierwszą w nocy. Kilka osób z obsługi komentując po czasie całe zajście wspominało ciąg dalszy tej historii. Podobno po dość długim przywitaniu udali się do hotelowego pokoju artystki. Numer 231, ten sam, w którym wcześniej spał sam Adolf Hitler, wróg Marleny numer jeden. Drzwi pokoju zamknęły się. Wiadomo tylko, że dostarczano im dużo alkoholu. Oboje mieli mocne głowy. Wszystko to, co się tam wydarzyło, było już tajemnicą.

Tęsknota, podziw, fascynacja

Nastał poranek, a na Dietrich czekał kolejny już pociąg do stolicy. Cybulski chciał jechać z nią dalej w trasę, zgodziła się. Gorzej było już w samym pociągu, na przeszkodzie stanął konduktor, który nie pozwolił aktorowi przebywać w wagonie bez biletu. Aktor wyskoczył więc z jadącego już pociągu. Swoją drogą miał na tym punkcie obsesję. Pisał do Marleny listy, a ona mu odpisywała. Po upływie krótkiego czasu poleciał do Paryża, ale nic jej nie mówiąc. Chciał ją po prostu zobaczyć. Dietrich ponownie była w ciężkim stanie, pod dużym wpływem alkoholu. Zbyszek na dziesięć dni zamknął się w hotelowym pokoju. Dzwonił do niej non stop, chciał ją usłyszeć, ale żaden z jej impresariów mu tego nie umożliwił. Podobno dość toksyczna menadżerka gwiazdy nigdy nie przekazała informacji o przylocie Zbyszka do Paryża. Nie spotkali się ani w tym czasie, ani nigdy więcej. Zostawił jej na koniec prezent, który przekazał recepcji. To była lalka z Cepelii.

Przerwany romans

Dlaczego Cybulski czekał, aż dziesięć dni w hotelowym pokoju na telefon od Dietrich? Tego się nigdy nie dowiemy. 8 stycznia 1967 roku aktor zakończył we Wrocławiu zdjęcia do filmu Morderca zostawia ślad Aleksandra Rylskiego, tego samego dnia postanowił powrócić do Warszawy. Do wagonu pociągu wsiadł w chwili ruszenia maszyny. Wpadł pod pociąg. Umarł kilka godzin później we wrocławskim szpitalu. Kiedy Marlena dowiaduje się o jego śmierci, zapisuje słowa przesiąknięte smutkiem: Do dzisiaj prześladuje mnie ta bezsensowna śmierć wielkiego człowieka i wielkiego artysty. Nigdy przed nim nie było aktora, który potrafiłby grać bez użycia oczu, i wiem, że nigdy więcej takiego nie będzie. Ona naprawdę do niego coś czuła, była nim zafascynowana, chciała nawet zagrać z nim we wspólnym filmie. Przed nieudanym spotkaniem w Paryżu, we wspólnej korespondencji ustalili nawet kilka szczegółów. Jerzy Stefan Stawiński, najważniejszy polski scenarzysta, zaczął pisać scenariusz. Nikt się nie spodziewał, że ten filmowy romans skończy się tak nieprzewidywalnie, jak na kinowym ekranie.

alt alt