Notatnik kulturalny #12

21 sierpnia 2017, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Podwójny kochanek” Francois Ozon
Gutek Film

Jest niewielu reżyserów, którzy niemal regularnie rok w rok serwują nam nowy film. W dodatku Francois Ozon dość sprawnie romansuje z wieloma gatunkami. Na początku tego miesiąca mogliśmy podziwiać w polskich kinach wyważonego i subtelnego Franzta, za moment na ekrany trafi pokazywany na tegorocznej edycji festiwalu w Cannes Podwójny kochanek, w którym mistrz powraca do thrillera erotycznego. Snuje on historię, w której młoda Chloe trafia na kozetkę do przystojnego psychiatry (Jérémie Renier). Między nimi zaczyna wytwarzać się więź, która doprowadzi do niebezpiecznej, pełnej obłędu gry. Ozon tym razem czerpie garściami z filmów Romana Polańskiego od Lokatora, Matni, po Dziecko Rosemary. Jest niemal hołdem złożonym dla polskiego reżysera, gdzie w podobnej kolorystyce, ujęciach czy nawet dialogach rozgrywa się psychologiczna gra kochanków. Bohaterka (Marine Vacth) wielokrotnie w ujęciach przypomina nam Mię Farrow ze wspomnianego Rosemary. Jest też niepokojąca sąsiadka i zaokrąglony brzuch,  który rodzi niepokój. Sporo tutaj też Alfreda Hitchcocka, szczególnie Vertigo, a nawet sadomasochistycznych części spod znaku Davida Cronenberga. Wydawałoby się, że Ozonowi w końcu wyczerpała się maszynka pełna pomysłów. Jest wręcz przeciwnie, przy użyciu klasyków swoich mistrzów nakręcił jeden z najlepszych filmów w życiu. On nie kopiuje, bawi się wspomnianymi tytułami przekładając je na własny, rozpoznawalny język, a to już nie każdy potrafi.

„Siedem dalekich rejsów” Leopold Tyrmand
Wydawnictwo MG

Niby to kolejne wydanie książki Leopolda Tyrmanda. Tylko że patrząc, jak niesłusznie jest on pomijany przez mijające dekady, każda taka okazja jest warta nagłośnienia. Nad niewielką, dość krótką powieścią Siedem dalekich rejsów od początku wisiało jakieś fatum. Powstała w 1952 roku książka nie miała wówczas szans na publikację. Cenzura dobrała się do niej konkretnie. Pięć lat później mimo wielu zmian, jakich dokonał autor, wydrukowana powieść przez wydawnictwo Czytelnik ponownie nie została wydana. Jak wspomina w książce, na uzasadnieniu napisano: „pornografia i obrona inicjatywy prywatnej”. Pierwszy raz ukazała się dopiero po dwudziestu latach. Co jest w niej takiego gorszącego? Jak na obecne czasy z pozoru zupełnie nic. Jedna scena łóżkowa i kilka kokieteryjnych dialogów między kobietą i mężczyzną. Tylko że to pozór. Mistrz Tyrmand podobnie jak w kinie Has czy Kawalerowicz między słowami opowiada o ważnych sprawach. A malowniczy romans nad polskim morzem to pretekst, by zmierzyć się z traumami ówczesnych czasów, które tak bardzo podobne są do dzisiejszej rzeczywistości. Siedem dalekich rejsów to mała wielka rzecz!

„Painted Ruins” Grizzly Bear
Sony Music Entertaiment

Minęło pięć lat od wydania przez brooklyńską kapelę genialnego Shileds. Wówczas swoim czwartym krążkiem zapewnili sobie miejsce wśród najważniejszych zespołów alternatywnych XXI wieku, dobijając chociażby do Fleet Foxes, Radiohead czy Arcade Fire. Po tych wielu latach przerwy i nagrywania albumu bez wielkiej wytwórni oraz nacisków na kolejny artystyczny sukces chłopacy powrócili. Painted Ruins wbrew tytułowi nie jest słownym manifestem ani muzyczną voltą, nikt nie wypisuje tu wielkich haseł na murach czy wyśpiewuje protest-songów. To raczej potwierdzenie wielkości Grizzly Bear. Tylko że od tego zespołu oczekuje się czegoś więcej niż tylko snujących się folkowych czy art.-rockowych piosenek. Ten muzyczny barok, który zachwycał na poprzednich płytach tym razem po raz pierwszy nuży. W pojedynczych utworach nawet i momentami zachwyca, ale w całości zlewa się w mało charakterystyczny album, który się zwyczajnie dłuży, i o którym się zapomina. Może to ta przerwa i apetyt, który wzrósł wraz z wieloletnim oczekiwaniem na cud od piekielnie utalentowanych niedźwiedzi.

„Królewicz Olch” Kuba Czekaj
M2 Films

Kilka lat temu miałem przyjemność zasiąść w jury festiwalu Dwa Brzegi, oceniając tym samym młodych twórców. Moją uwagę zwrócił Kuba Czekaj, który orzeźwił mało odważne wówczas rodzime podwórko filmowe, świetną etiudą Ciemnego pokoju nie trzeba się bać – zwracając uwagę na formę. Oczywiste było, że jest to tylko przedsmak tego, co zaraz zaproponuje nam reżyser. Tak też się stało przy kolejnych etiudach i bardzo udanym debiucie. W tym miesiącu do kin trafił jego drugi pełnometrażowy film – Królewicz Olch. To historia wybitnie inteligentnego chłopca, czternastoletniego geniusza, który mierzy się z brutalną rzeczywistością, poszukując swojej duchowości i tożsamości. Ale niestety sam scenariusz błądzi, gubi się w zalewie nachalnych udziwnień, symboliki i niedopowiedzeń reżysera. Historia idzie na drugi plan, ustępując miejsca wizualnemu majstersztykowi. Jak to u Czekaja dostajemy świetnie formalnie i plastycznie poprowadzoną opowieść. Zdjęcia czy muzyka popychają to wszystko do przodu. Także aktorstwo jest tu na najlepszym poziomie. Stanisław Cywka jest pozbawiony fałszu, tworzy zbudowaną z wielu poziomów postać, a to wcale nie tak częste wśród nastoletnich aktorów. Agnieszka Podsiadlik wciąż niewykorzystana przez polskie kino jest diaboliczna i bezwzględna w roli matki, która w środku składa się z samych ułomności i kompleksów. Czy to przypadkiem nie twarz dzisiejszych czasów, w których nawet reżyser przybiera maskę, by w ukryciu przechować prawdziwe emocje?

Varsavia Coffee Spots

Jedzenie, a nawet picie kawy to też sztuka. Wie to chociażby pokolenie millenialsów, które lubuje się w odkrywaniu nowych, „modnych” miejsc, w których można dobrze zjeść, wypić i przy okazji obfotografować się z tym. Jest w tym także pozytywny aspekt jak chociażby zwracanie uwagi na jakość. Dlatego w kulturalnym tygodniku nie mogło zabraknąć pierwszego przewodnika po warszawskich knajpach. Z przepięknie wydanego Varsavia Coffee Spots dowiemy się przede wszystkim, gdzie i za ile wypić dobrą kawę w stolicy, a jak wiadomo, można ją robić na niezliczoną ilość sposobów. Kawa jest tu tylko pretekstem. Tym świetnym przewodnikiem twórcy – Alex Bielicki i Krzysiek Rzyman udowadniają, że z pozoru banalne picie kawy to znacznie coś więcej. To poznawania miasta, jego historii, podróżowanie, obcowanie ze sztuką i ludźmi, którzy ją tworzą. Chyba nie ma nic przyjemniejszego!