Notatnik kulturalny #19

10 października 2017, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Mefisto” reż. Agnieszka Błońska
Teatr Powszechny

Poprzedni sezon zakończył się wielkim triumfem warszawskiego Teatru Powszechnego, który był na językach (dosłownie) całej polski, głównie za sprawą wybitnej Klątwy Olivera Frljicia, ale także bardzo dobrych spektakli, chociażby: Chłopów Garbaczewskiego, Wściekłości Kleczewskiej czy Mewy Farugi. Nowy sezon to zupełnie nowe rozdanie, chociaż w przypadku Powszechnego to bardziej przedłużenie myśli, którą rozpoczął Frljić. W Mefisto Agnieszki Błońskiej od samego początku dostajemy komunikat, iż jest to ledwie inspiracja powieścią Klausa Manna. W książce mamy do czynienia z historią konformisty, wielkiej gwiazdy III Rzeszy, aktora inspirowanego życiem Gustafa Gründgensa. Najsłynniejszą adaptacją powieści jest oczywiście oskarowy film Istvána Szabó z 1981 roku. Ale Błońskiej tak jak wspomniałem bliżej do chorwackiego reżysera, z którym wspólnie zadaje pytanie o odpowiedzialność aktora za słowa, które wypowiada ze sceny. To rozprawka na temat mieszania się polityków do sztuki, ustawienia wszystkiego na swój wzór. Dawno nie byłem na spektaklu, który byłby tak otwarty do widza, szczery z nim. Nie dający się zamknąć w jednej konwencji, a przy tym bez nachalnych fajerwerków. Błońska tworzy spektakl świadomy, idealny w proporcjach. Zabawny, przerażający, wzruszający, świetnie zagrany (wielka rola Marii Robaszkiewicz), w bardzo dobrym tempie. W dodatku to spektakl, który jest o czymś, a to „o czymś” wcale nie jest taką oczywistością dziś w sztuce, teatrze. To spektakl, który będzie przeklinany szczególnie przez tych, którzy jak Gründgens grają tak jak im się powie, a o takich (artystów) w Polsce niestety nie trudno… na szczęście jest Powszechny… jeszcze.

„Fantastyczna kobieta” reż. Sebastián Lelio
Gutek Film

Sebastián Lelio ponownie pochyla się nad kobietami będącymi na skraju załamania nerwowego. W swoim poprzednim filmie (oba nagrodzone na festiwalu w Berlinie) sportretował Glorię – kobietę w średnim wieku, która przeżywa swoją drugą młodość. Tym razem dostajemy historię Mariny (wybitna rola Denieli Vegi) transpłciowej kelnerki z San Diego, która jak każda kobieta czy po prostu człowiek chce kochać i być kochaną. Życie w szczęśliwym związku z dużo starszym mężczyzną zostaje jednak przerwane jego śmiercią. To co dzieje się po tragicznym wypadku okazuje się jeszcze większym piekłem, niż sama strata bliskiej osoby. Nie można nie uciec od porównań Lelio do Pedro Almodovara. Jest w ich filmach podobna wrażliwość, estetyka ocierająca się o kicz czy operę mydlaną. Ale to tylko powierzchnia, pod tym kolorowym płaszczykiem dostajemy głębokie studium psychologii kobiety będącej na krawędzi. Kobiety, którą ustawia się i przestawia jak lalkę, marionetkę mówiąc jak ma żyć i wyglądać. Reżyser wygrywa na tym, że w odróżnieniu od otaczających Marinę postaci traktuje ją dość zwyczajnie, ani nie rozczulając się nad jej losem, ani nie wywyższając do rangi tragedii. Nie ulega on stereotypom, ani łatkom dziwoląga. Lelio się jej przygląda, gra z nią fair (tym samym z widzami) obserwując jej miłosne uniesienia czy stan żałoby. Nie traktuje jej jako przegranej, wręcz przeciwnie w tej grze to ona wychodzi zwycięsko. Jest fantastyczną kobietą górując nad przeraźliwą ułomnością ludzi, którzy w konfrontacji z nią pokazują swoje najgorsze cechy. Wyszedł z tego przepiękny film!

„Blade Runner 2049” Denis Villeneuve
Film obejrzano dzięki uprzejmości Cinema City

Z takimi tytułami zawsze jest trudniej. Oczekiwania całego świata, nawiązania do klasyku z lat 80., medialna panika, chwilowe wstrzymanie oddechu, a później kłótnie… Z jednej strony wywyższanie filmu do rangi arcydzieła, z drugiej strony krytykowanie wszystkiego co w nim zawarte. O ataku histerii na sam widok Ryana Goslinga nie wspomnę. Czym więc jest dzisiejszy Blade Runner? Na pewno to odrębna historia, w której Villeneuve nie kopiuje dzieła Ridleya Scotta, on tworzy swoją wariację, po której porusza się z niezwykłą precyzją. Snuje przerażającą opowieść transhumanizmie, o wypranych z ludzkich emocji robotach, którymi poniekąd już się stajemy. Nie można przejść obojętnie obok tego filmu. Nie jest to tylko kino si-fi, właściwie reżyser schodzi na odrębny gatunek kina metafizycznego. To doskonała wariacja wizualna, efekciarski orgazm z twarzą najbardziej pożądanego aktora świata. Wśród tego wszystkiego przenikają pytania o szokującą przyszłość, która jak się okazuje, jest tuż za rogiem. Tylko, że te pytania znacznie bardziej wybrzmiewały w poprzednim filmie (Nowy początek) Denisa Villeneuve’a, gdzie zamiast przepychu dostaliśmy ciszę, a cisza jest znaczenie bardziej przerażająca, przynajmniej dla mnie.

„Dramaty” Dorota Masłowska
Wydawnictwa Noir sur Blanc/ Wydawnictwo Literackie

Dorota Masłowska to wielkie objawienie poprzedniej dekady w polskiej literaturze. W ostatnich latach gdzieś zaginęła, by w tym roku powrócić świetną, dojrzałą książką Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu. Przez ten czas ciszy mogliśmy za to podziwiać jej teksty, przede wszystkim w teatrze, chociaż powstała także wersja performansu filmowego przeniesionego ze sceny przez Grzegorza Jarzynę. Wydawnictwo Noir sur Blanc postanowiło przypomnieć to co najlepsze u Masłowskiej wydając jej teksty na nowo (wcześniej Pawia królowej oraz Wojnę polską-ruską pod flagą biało-czerwoną). Tym razem przyszła pora na dramaty. Ale niech nie zrazi nikogo hasło „dramat teatralny”, teksty Masłowskiej to znacznie szersze pojecie. Czyta się je jak najlepszą powieść, ba to serial, który mógłby wyjść spod ręki amerykanów, z każdym sezonem zachwycając widzów, news z codziennej gazetki, który pochłania nasze oczy i zostaje na wieki. To wciąż tak aktualna satyra na naszą codzienność, z której wiele cytatów już zostało klasykami. To po prostu trzeba znać, trzeba czytać, nawet na wyrywki!

„Dedicated To Bobby Jameson” Ariel Pink

Ariela albo się kocha albo nienawidzi. Jest ekscentryczny, nonszalancki czasami wręcz nietaktowny szczególnie wtedy, kiedy pojawia się na koncercie pod wpływem alkoholu i dragów. Tylko, że to wszystko poniekąd wpisuje się w jego kreację – buntownika bez powodu. Powód jednak tym razem jakiś jest. Otóż nawiązując do tytułu, Ariel Pink na najnowszej płycie oddaje hołd zmarłemu dwa lata temu outsiderowi, muzykowi, który w latach 60. był o krok od wybicia się i zrobienia kariery, przerwanej przez kłopoty z prawem i nałogami. Właściwie dziś nikt nie wie o istnieniu Bobby Jamesona. Ale współczesne wcielenie Kurta Cobaina nam o nim przypomina. Jak na Pinka jest to dość spójna i mało ekstrawagancka płyta, mniej bezczelna od pozostałych. Chociaż to wciąż niechlujnie nagrane songi łączące psychodeliczny rock z halucynogennym funkiem z lat 70. Taki dyskotekowy traktat o życiu i śmierci. Można by nawet zaryzykować, że to najlepszy pop z zaćpanego rynsztoka! Mocny kandydat do płyty roku!