Notatnik kulturalny #20

17 października 2017, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Dom Lalki” reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska
Teatr Polski w Warszawie

Podchodziłem do tego tytułu z wielką nadzieją, głównie przez uwielbienie do skandynawskich dramatów, które tak precyzyjnie penetrują ludzką psychikę jak żadne inne. Tak jest też z Ibsenem po którego sięgnęła Agnieszka Lipiec-Wróblewska, która w  warszawskim Teatrze Polskim wystawiła Dom Lalki – jeden z najlepszych tekstów norweskiego mistrza. Tytułowy dom lalki to tylko pozorne schronienie dla Normy (zagubiona w roli Eliza Borowska), matki i żony, która stara się posłusznie wypełniać obowiązki narzucone jej rolom, także przez męża (momentami bardzo ciekawy Krystian Modzelewski). Wszystko zaczyna tracić na kontroli, kiedy skrywa przed nim tajemnice. Wszystko po to by chronić. Wtedy zaczyna się Ibsenowska gra. Tylko, że w spektaklu Lipiec-Wróblewskiej tej gry zabrakło, wszystko odbija się o scenografię, gubi gdzieś w połowie. Gorzej jest już tylko w finale sztuki, gdzie zamiast uderzenia otrzymujemy jedynie delikatny powiew. Tak jak gdyby reżyserka bała się postawić wykrzyknik przez co całość nie wybrzmiewa, a dramat tytułowej Nory zwyczajnie nas nie dotyka, przestając obchodzić. Szkoda, bo temat roli kobiety jest dziś szalenie aktualny i wciąż odpowiednio niewykorzystany w teatrze.

„Ten i tamten las” Magdalena Tulli
Wydawnictwo Wilk & Król

Magdalena Tulli przyzwyczaiła nas do literatury z najwyższej półki, pięciokrotnie nominowana do literackiej nagrody Nike po mistrzowsku sięgała do różnych tematów. Jedną z najważniejszych jej pozycji są dla mnie Włoskie Szpilki – krótkie opowiadania, w których autorka poniekąd rozliczała się z przeszłością swojej polsko-włoskiej rodziny w powojennej Polsce. W Ten i tamten las Tulli zaskoczyła wszystkich kierując się w stronę najmłodszych czytelników. Ale ten bajeczny świat, który wykreowała pisarka to nic innego jak ludzkie twarze skryte pod maskami leśnych zwierząt; sprytnej łasicy, przemądrzałego puchacza czy intryganta wilka. Najpiękniejsze w tym wszystkim to, że w przypadku Magdaleny Tulli literatura może być łącznikiem pomiędzy rodzicami i najmłodszymi. To nie jest tylko kolejna bajka na dobranoc, za tym idzie jakiś morał o czym tak naprawdę często się zapomina w pozycjach dla najmłodszych. Ta książka pełni rolę łączenia przyjemnego z pożytecznym. Mówiąc poprzez tą leśną opowieść o nas samych, którzy stworzeni po to, by być sobie nawzajem potrzebni, o czym niestety coraz bardziej zapominamy. Książka potrzebna w każdym domu od zaraz, w dodatku świetnie i lekko napisana!

„Człowiek z magicznym pudełkiem” reż. Bodo Kox
Kino Świat

Polskie kino science-fiction zatrzymało się na latach 80. Wówczas swoje post-apokaliptyczne wariacje pokazywał Piotr Szulkin czy nieco łagodniej podchodzący do tematu Juliusz Machulski. Na szczęście jest Bodo Kox, który przywraca ten gatunek do łask, ustawiając się z premierą pomiędzy Blade Runnerem, a nowymi Gwiezdnymi Wojnami. Kino Koxa to oczywiście przeciwieństwo epickich filmów, on idzie raczej w subtelność, chociaż czy przy tym gatunku jest w ogóle to możliwe? Swoją wizję przyszłości snuje w Warszawie roku 2030, trochę jak z powieści Orwella. Tylko, że z wyznaczonego zadania reżyser wychodzi zwycięsko tylko po części. Najjaśniejszym punktem filmu jest zdecydowanie Piotr Polak, który pomimo, iż na co dzień gra w teatrze to film właściwie dopiero go odkrywa. Jest pozbawiony całkowicie jakichkolwiek kresek i przerysowań, dosłownie wyprany z emocji, smutny, szary człowiek, którego życie nabiera sensu wraz z poznaniem drugiej połówki. Ale w tej wizji Koxa jest też sporo teraźniejszości. Nieumiejętności budowania relacji z drugim człowiekiem, miłości opierającej się na jednorazowym seksie czy podobnie jak w przypadku Gorii (Olga Bołądź) kreacji maskującej nasze prawdziwie emocje i potrzeby. Jest w tym też piękna opowieść o miłości ponad wszystko, ponad świat konsumpcjonizmu i szklanych wieżowców, miłość ponad kraj ogarnięty władzą totalitarną. Tylko, że nie wiedzieć czemu reżyser do tego przepięknego „love story” dorzuca inne fajerwerski, wątki z podróżowaniem w czasie w roli głównej. Powoduje to tylko chaos i wytrącenie, gubiąc w sobie magię jaką kreuje na samym początku.

„Masseducation” St. Vincent

Księżniczka popu i ulubienica Davida Byrne’a powróciła! Dla tych, którzy znają bogaty dorobek Anny Clark ukrywającej się pod pseudonimem St.Vincent wiedzą, że z tym popem u niej nie jest wcale tak oczywiście. Kolejny, piąty krążek w dorobku artystki to wciąż mieszanka różnych styli łącząca bluesowe granie z ostrym glam-rockowym pazurem, znajdzie się tutaj też sporo miejsca dla elektroniki zahaczającej nawet o techno. Jednym słowem kontrolowany przepych pełen nawiązań do pierwszych dokonań Madonny czy nawet Davida Bowie’ego. Ale nowy krążek Clark jest też nieoczywisty, świeży, pełen zaskakujących momentów na płycie. Ona nie pozwala się nam nudzić, przy okazji sama siebie zaszufladkować. Czy jest to jeszcze po prostu doskonały, nowoczesny pop czy już przebojowa muzyka alternatywna? Myślę, że to nie ma tutaj znaczenia. Tego po prostu się słucha. St. Vincent jest jedyna w swoim rodzaju, nagrywając płyty na poziomie, z którego zwyczajnie nie schodzi.