Notatnik kulturalny #22

30 października 2017, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Dobra terrorystka” reż. Agnieszka Olsten

Teatr Studio

W spektaklu Agnieszki Olsten, która przerzuciła na scenę powieść noblistki Doris Lessing mamy do czynienia z grupą ludzi wyplutych przez system, którzy wrzuceni pod jeden dach muszą dojść do porozumienia, by rewolucja się udała. Rewolucja, która pozwoliłaby im odpędzić się od strachu, w którym żyją. Pomóc ma im w tym miejsce, prowizoryczny azyl,  magazyn, squat, który gromadzi zarówno cenne przedmioty i śmieci. Podobnie jak z ludźmi, którzy dzielą się na pożytecznych i pasożytów, albo jeszcze inaczej na dobrych i złych terrorystów. Tylko, że jak to w przypadku outsiderów, indywidualistów łatwo nie będzie. Jest w grze świetnego zespołu Teatru Studio lekkość, zabawa teatrem, bez spinania pośladków potrafią poruszyć widza, rozbawić i poirytować zarazem. Nie każdy dziś potrafi opowiadać o najistotniejszych rzeczach, przeważnie bardzo gorzkich, obnażających pokolenie nieporadnych marzycieli nie przygniatając widza ciężarem. Olsten w tej beznadziei świata wraz aktorkami daje nam światło i przypomina, że najlepsze efekty osiągniemy w grupie, jednocząc się i otwierając na drugiego człowieka. Nawet jeśli bunt i działanie jest momentami parodią, dość grubą kreską, którą wciągamy, żeby poczuć się lepiej. Liczą się chęci do działania, później przychodzi efekt. Im to się wyjątkowo udało, a teraz pora na widzów.

„Mikrotyki” Paweł Sołtys

Wydawnictwo Czarne

Ostatnio bardzo często wracamy do wspomnień, przeszłości, czaru PRL, lat 80. czy kultury rave, która zrodziła się dwie dekady temu. Każdy ucieka gdzieś myślą. Wszyscy cofamy się we wspomnieniach z nostalgią zestawiając to z dzisiejszą rzeczywistością. W niewielkich opowiadaniach Mikrotyki Paweł Sołtys (na co dzień wokalista i muzyk Pablopavo) również wzrusza się nad minionym. Ale jest w tym wszystkim niewinność, piękny sen, idylla, którą snuje autor. Z dala od rozliczeń, oskarżeń i politycznych manifestów. Sołtys zwraca uwagę na przemijający czas, umierające miasto, które zastępują szklane wieżowce, osiedla, które kiedyś tętniły życiem, a dziś są jedną wielką niewiadomą bez duszy. To świetnie spisane przez pisarza strzępki z pamięci, także tej wykreowanej, które składają się na fascynującą opowieść o naszej tożsamości. Tożsamości tego kraju, stolicy, jednostek, które żyją codziennością; erotycznymi fascynacjami, bajkami, śmiercią, używkami. Proza życia pod flagą biało-czerwoną, którą tak samo się kocha jak i nienawidzi.

„Suburbicon” reż. George Clooney

Monolith Films

Lata 50., niewielkie amerykańskie miasteczko, w którym życie tylko na pozór jest idealne. Za precyzyjnie przystrzyżonym trawnikiem i wypolerowanym cadillakiem kryją się bowiem ludzkie dramaty. Krwawe dramaty, gdzie zdrada miesza się z zemstą. Dodajmy także, że to okres prześladowań rasowych w Stanach Zjednoczonych, stąd też w filmie śledzimy dwie sąsiednie rodziny (białą i czarną). Dalej zaczyna się groteskowe show, które jest pastiszem na dziś tak aktualne w amerykańskim śnie rasowe czystki. Za reżyserię odpowiada sam George Clooney, który dekadę temu popełnił świetny Good Night and Good Luck. W obsadzie Matt Damon i Julianne Moore. No jest jeszcze najważniejsze, scenariusz spod ręki braci Coen. Znaczy się przepis na sukces? Niestety tym razem coś nie zagrało. Oglądając ten film, ma się wrażenie, że cała ta zabawa konwencją, jaką zastosowali twórcy jest jakby na siłę. Scenariusz powstały jeszcze w latach 80. jest odpadem, którego nie udało się zrealizować genialnym braciom, Clooney przygarnia ten projekt i używa podobnych środków co oni. Tylko, że w jego wypadku okazuje się, że narysowanie kreski nie jest wcale takie proste. Przede wszystkim gubi on tempo i mistrzowską dramaturgię znaną z filmów Coenów przez co fantastyczna gra przeradza się w nudną i nieudaną kopię mistrzów. Tak jakby na planie zabrakło reżysera i głowy pełnej indywidualnych pomysłów. Wszystko jakby za pancerną szybą.

„Colours” Beck
Universal Music Polska

Nie każdy może dorobić się takiej pozycji w światowym mainstreamie co Beck, chłopak z gitarą, który już od niemal trzech dekad robi swoje – nagrywa znakomite albumy. Zaszufladkować się dzisiaj go nie da, chociaż jeszcze na początku lat 90. próbowano mu przypisać różne łatki od nowego Boba Dylana, The Beach Boys po Davida Bowiego. Dziś wraz z wydaniem trzynastego krążka udowadnia, że to on wygenerował noweg pokolenie rozmarzonych, buntowniczych, nieco „przyćpanych” chłopców z Arielem Pinkiem i Mac DeMarco na czele. Pytanie czym dziś zaskakuje sam Beck? Na Colours podobnie jak w tytule płyty dostajemy prawdziwą feerię barw, muzycznych styli, które muzyk znakomicie łączy. W porównaniu do poprzedniego krążka sprzed trzech lat tym razem wszystko oparte na zabawie i klubowym zmierzeniem się muzyka. Więc jest i dużo elektroniki, nawiązań do neonowych lat 80., ale i najlepszego funku jak chociażby w kawałku No Distraction. To płyta, którą śmiało w najlepszym okresie mógłby nagrać sam Prince!

„Discordia” Natalia Nykiel

Universal Music Polska

Od razu trzeba sobie powiedzieć, polskie podwórko muzyczne coraz bardziej rośnie w siłę. Generując tym samym nową falę artystów, którzy swoją twórczością prezentują jakiś koncept, pomysł na siebie, myśl. Taka jest też młodziutka Natalia Nykiel, która zrodzona z muzycznego talent-show, dziś za sprawą drugiej płyty staje się jedną z najciekawszych młodych wokalistek, udowadniając tym samym, że nawet telewizja (najgorsze zło do kreowania sztuki) jej nie zaszufladkuje. Na Discordii jest odważniejsza, niż przy debiucie, bardziej surowa, dojrzalsza w tekstach i niezwykle świadoma tego co proponuje słuchaczom. Muzycznie dostajemy to co najlepsze w elektronice, która jak udowadnia artystka wraz Foxem (producentem płyty) jest nieograniczona. To po prostu świetnie wyprodukowana płyta, która posiada wiele chwytliwych refrenów i melodii. W dodatku dojrzale zaśpiewana. Ocierająca się o cienką granicę mainstreamu i alternatywy Nykiel udowadnia, że nie interesuje ją gdzie zostanie przypisana. Ona zwyczajnie robi swoje, bawi się muzyką. Ale bawi rozsądnie i niezwykle twórczo, a tego w przypadku jej kolegów z telewizyjnego talent-show dziś niestety brakuje.