Notatnik kulturalny #23

6 listopada 2017, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Spowiedź motyla” reż. Wojciech Faruga i Julia Kijowska

Teatr Ateneum w Warszawie

 

Nie jest łatwo zrobić teatr dla widzów zarówno tych starszych i najmłodszych, łącząc tym samym pokolenia na scenie, a jeszcze przy okazji poruszając istotny temat. Niestety rzadko udaje się zachować naturalność u dzieci, nierzadko przez to wytrącając dorosłych widzów. W warszawskim Teatrze Ateneum z tym zadaniem zmierzył się Wojciech Faruga, który wraz z aktorką Julią Kijowską na warsztat wziął postać Janusza Korczaka i jego pamiętnik z okresu młodzieńczego. Ale jak to w przypadku reżysera bywa nie będzie to oczywiste podejście do tematu, co Faruga pokazał chociażby w wystawionej w tym roku eksperymentalnej Mewie Antoniego Czechowa. Tym razem mamy do czynienie z opowieścią o dojrzewaniu, które kształtuje się wraz ze zmierzeniem się z brutalnością świata. W spektaklu ten proces oglądamy w formie strzępków, wielobarwnych obrazów, nie układających się w jednoznaczną opowieść. Całość wymaga od widzów procesu, drogi podobnej, którą przeszedł Korczak. Sukces tego spektaklu zawdzięczamy głównie dzięki niesamowitej scenografii Farugi i magnetyzującej Julii Kijowskiej, która nie tworzy kolejnego pomnika Korczaka tylko człowieka przesiąkniętego nadzieją o szczęśliwym i bezpiecznym śnie. W Spowiedzi motyla Kijowska tworzy portret przejmujący, acz niezwykle surowy zbudowany jedynie na muśnięciach, delikatnym trzepocie skrzydeł, w środku zaś wypełniony po brzegi emocjami, do tego śpiewa tak, że śmiałoby mogła udać się z Nickiem Cavem w trasę koncertową. Co istotne jeszcze, pojawiające się na scenie kilkunastoletnie dziewczynki niesamowicie się w tę formę wklejają, idealnie przenikając z pozostałymi elementami spektaklu, odbijając od siebie wszelkie ckliwe tony. Tej warszawskiej scenie zdecydowanie potrzeba było takiego przewietrzenia, otwarcia. Cała nadzieja w nowym dyrektorze, który na początku dał szansę Farudze. Faruga zaś z Kijowską zrobił pierwszy ważny krok, w toporny ciężar wpuścili wielobarwnego, lekkiego motyla.

„Listy i pamiętnik” Marek Hłasko
Wydawnictwo IKSRY

Wszystko rozpoczyna się fotografią stojącego tyłem do obiektywu Marka Hłaski, autorstwa Agnieszki Osieckiej. Ta okładka mówi nam właściwie wszystko o zawartości tej książki, w której będziemy mogli zmierzyć się z mitem pisarza, Marka Hłaski. Hłaski, który w naszej świadomości zbudowany z wielu legend o awanturniku, kobieciarzu, człowieku porywczym. Inaczej buntowniku z wyboru. Wraz z publikowanymi po raz pierwszy listami oraz fragmentami pamiętnika poznajemy go z okresu młodzieńczego, poznajemy jego takiego jakim był prywatnie, jaki dorastał i się kształtował. Wracając do wspomnianej fotografii, ta niewielka książka przybliża nam portret człowieka, który zachwyca się codziennością, opisuje z nostalgią powojenną Warszawę i co najistotniejsze obnaża się z bardzo silnych relacji z matką. Właściwie dzięki tej książce możliwe, że po raz pierwszy odwracamy tę znaną nam dobrze fotografię i poznajemy go jako niezwykle wrażliwego chłopaka żyjącego marzeniami i miłością do matki. W lutym 1945 roku napisał w swoim pamiętniku tak: jestem warszawiakiem, mam jedenaście lat, chciałbym być lotnikiem i chodzić do szkoły. Nazywam się Marek Hłasko i będę należeć do zuchów. Mam siostrę Alę, kilka książek lotniczych, zbiór obrazków samolotów, trochę narzędzi, trochę prochu, kilka zeszytów i dobre chęci pisania dalej swego pamiętnika. Oto narodziny jednego z najbardziej wrażliwych literatów zlepionego z mitu buntownika. Aż chciałoby się więcej takich kartek z jego pamiętnika.

„Plunge” Fever Ray

Większość wyznawców debiutanckiego krążka Fever Rey straciła już nadzieje, że album z 2009 roku znajdzie swojego następcę. Ukrywająca się pod tym pseudonimem Karin Dreijer na co dzień jest członkinią legendarnego już zespołu The Knife, który w poprzedniej dekadzie przedstawił nowe oblicze muzyki elektronicznej, mieniącej się futuryzmem i intensywnością dźwięków. Jej solowy projekt był odejściem od tego chaosu w stronę wyciszenia i intymnej opowieści o życiu prywatnym, skupiający się na relacjach damsko-męskich czy założeniu rodziny. Po latach milczenia i zakończenia działalności zespołu, Fever Rey podnosi się i idzie na wojnę z aktualnym syfem całego świata. Na mocnym merytorycznie Plunge wykrzykuje hasła polityczne, krzywi się na brak wolności wyboru. Niemal jak przywódczyni lewicowej armii w świecie utopii walczy o prawo do aborcji  i decydowaniu o własnym ciele. Jest przy tym wszystkim niezwykle szczera i pełna bólu, a charakterystyczny śpiew często przeradza się w krzyk. To jej manifest! Muzycznie to tygiel charakterystycznych skandynawskich dźwięków, które oscylują wokół niekonwencjonalnego electro-popu z miejscem dla afrobeatowych czy wręcz etnicznych elementów. Niełatwa to płyta, wręcz wstrząsająca, acz przepiękna. Warto porzucić wszelkie uprzedzenia do muzyki elektronicznej, która za sprawą Fever Ray pokazuje swoje całe bogactwo, będąc obok muzyki klasycznej najbardziej wszechstronną stroną muzyki. A co najważniejsze ta płyta stanowi cały sens tego gatunku, który pozwala zarówno świetnie się bawić jak i poddać się głębokiej kontemplacji. Płyta totalna!

„Koncert w NOSPR” Artur Rojek

AGORA S.A.

Koniec roku to okres wygaszenia w muzyce. Rozpoczyna się czas wydawnictw świątecznych, gdzie obok zestawów świątecznych przebojów pojawiają się składanki typu The Best of oraz albumy koncertowe. Po prostu wszystko to, co nie wymaga specjalnie nakładu pracy, a i sprzeda się i znajdzie pod choinką. Na całe szczęście to wydawnictwo w tą plastikową papkę się nie wpisuje. Najnowszy album Artura Rojka zapowiadała niezwykła interpretacja klasyku – Cucurrucucú Paloma z repertuaru Caetano Valoso, którego możemy kojarzyć chociażby z filmów Pedro Almodovara czy oskarowego Moonlight. Już wtedy mogliśmy przypuszczać, że będzie to przeżycie dość frapujące. I taka jest też ta płyta, która przypomina prawdziwą wartość koncertów i takich wydawnictw, które stoją zupełnie gdzie indziej, niż studyjne krążki. Będące celebracją, czymś odrębnym, nieznanym, co stanowi istotę muzyki. Rojek także zaskakuję, pomimo, iż gra dobrze nam znane piosenki, nawet z repertuaru Mysltovitz i Lenny Valentino, udowadnia, że mają one wiele odcieni, a on sam potrafi się poruszać po najbardziej odległych dźwiękach. Nawiązując do początku zamiast po raz kolejny przeżywać święta w rytm wytartych amerykańskich hitów pozwólmy się unieść duchowej uczcie Artura Rojka.

„Mindhunter” Joe Penhall, David Fincher

Netflix

Ostatnio usłyszałem w radio, że najlepszą i najciekawszą obecnie literaturą są amerykańskie seriale, a ściślej scenariusze do tych seriali. Patrząc na to, co proponują nam prześcigające się w pomysłach stacje, nie sposób się z tym nie zgodzić. Potęgą w tym jest platforma Netflix, która regularnie serwuje nam seriale, które często swoją jakością przewyższają kino. Tu od razu rodzi się pytanie o przyszłość zarówno kina, jak i telewizji. Swoją drogą na przyszły rok ten gigant zapowiedział, aż 80 nowych premier… Zanim przyjdzie nam zmierzyć się z kolejną porcją „netflixowych” hitów warto nadrobić te z tego roku, a w szczególności Mindhunter,  produkcję, przy której maczał sam David Fincher. O czym tym razem? A więc mamy lata 70. i historię dwóch behawiorystów, którzy wprowadzają nowatorską metodę psychoanaliz na przestępcach w federalnym wydziale zabójstw. Niby po raz kolejny mamy to samo, ale w gruncie rzeczy i tak wszystko już zostało powiedziane, ważne jest w jaki sposób się opowiada tą samą historię. Fincher, twórca takich klasyków jak Siedem, Zodiak, Dziewczyna z tatuażem czy przede wszystkim Fight Club udowadnia, że budowaniu napięcia i wikłaniu zagadki nie ma sobie równych. Jak on to robi, że zarówno w przypadku filmów jak i najnowszej telewizyjnej produkcji wsysa widza od pierwszej minuty do ostatniego odcinka? Mistrz!