Notatnik kulturalny #24

13 listopada 2017, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„K.” reż. Monika Strzępka
Teatr Polski w Poznaniu

Teatr w ostatnich miesiącach mieni się bogactwem. Twórcy prześcigają się w komentowaniu brutalnej rzeczywistości, rozliczają nas z niepochlebnych zachowań i ostrzegają przed konsekwencjami totalnego rozleniwienia umysłu. W ten nurt wpisuję się także niezastąpiony duet Monika Strzępka i Paweł Demirski, który efekty tego rozleniwienia rzuca nam w swoim najnowszym spektaklu na tacę. W K. snują opowieść o przyszłych wyborach w 2019 roku i konsekwencjach jakie przyniesienie ze sobą ich wynik, ale nie dostaje się tylko ówczesnemu rządowi i tytułowemu Kaczyńskiemu, to byłoby jednostronne, niezwykłe uproszczenie. Duet zagląda głębiej i pokazuje, że każdy inny wynik również będzie towarzyszyć uczuciom niepokoju i strachu, tylko dlatego, że przez wspomniane rozleniwienie od trzech dekad wciąż pozwalamy się pociągać przez te same gombrowiczowskie gęby. To „nowe” ma dać nadzieję na otrzeźwienie się tego odurzenia wolnością po 89’ roku. Niezwykle to cenny i uczciwy spektakl, nie pozwalający widzowi się nudzić, zabawny, przerażający, lekko groteskowy, przerysowany, przez to tak dosadny. Takie Polish Horror Story. Przy okazji duet stworzył teatralny hit, który sprawia, że teatr jak żadna inna dziedzina sztuki w ostatnich miesiącach jest na języka całego kraju. Ale co ważne podobnie jak chociażby Klątwa Olivera Frljicia prócz rozgłosu i niemal pop-kulturowego kultu sprząta to co w naszych umysłach pobrudzone, wręcz zasyfione przez lata. Oni starają się odbudować przepaść jaka w nas się wytworzyła i przypominają, że tak naprawdę nikt nie rodzi się zły, to zło kształtuje się w nas przez lata, szczególnie jak odbiera się nam prawo do życia. To takie „nieżycie”, które doskonale znamy, a boimy się mu spojrzeć głęboko w oczy. Skoro władza tego nie potrafi, pozostaje nam teatr.

„niXes” niXes
AGORA S.A.

Od samego początku Ania Rusowicz świadomie pokazuje, że mimo wielkiego talentu nie pozwoli się tak łatwo zaszufladkować. Ona wciąż poszukuje, odbywa muzyczną, niezwykle duchową podróż. Najpierw romansowała z grupą Dezire grając właściwie nieistniejący u nas gatunek R&B. Później w odniesieniu do twórczości swoich rodziców zdobyła miłośników oldskulowych, pełnego big-bitu grania. Dziś już jest gdzie indziej, pod tajemniczą nazwą niXes tworzy projekt, w którym ucieka do psychodelii lat 70. Nieco jak guru new agowskiego ruchu tka opowieść z pogranicza snu i jawy. Muzycznie mieni się bogactwem dźwięków, jakby w oparach narkotykowych uczt. Zestawia ze sobą gitarowe granie z elektroniką, to jest jak metafizyczne przeżycie. Słuchając debiutanckiego krążka niXes nie można nie uciec od porównań do takich współczesnych artystów jak Tame Impala czy Melody’s Echo Chamber, ale tylko dlatego, że na rodzimym podwórku wciąż ta karta była niezapełniona. Rusowicz wraz z niXes nikogo jednak nie naśladuje, ona tym muzycznym odniesieniom dodaje swój charakter, momentami niezwykle subtelny, wręcz anielski. To płyta dla wysmakowanych słuchaczy, odważnych.

„mother!” reż. Darren Aronofsky
Film obejrzano dzięki uprzejmości Cinema City

Już od pierwszego pokazu na tegorocznym festiwalu filmowym w Wenecji nowy film twórcy Requiem dla snu czy Czarnego Łabędzia wzbudził ogromny popłoch. Jedni zarzucali mu grafomanie, drudzy wywyższali do rangi arcydzieła. Trzeba przyznać jedno, drugiego takiego jak Aronofsky w Hollywood nie ma! Tym razem opowiada on historię młodego małżeństwa (Jennifer Lawrence oraz Javier Bardem), które żyje w swoim idealnym życiu z dala od chaosu całego świata. Spokój i idylla zostają jednak zaburzone, kiedy ten świat przychodzi do nich, dosłownie wchodząc butami do ich czterech ścian. Podobnie jak jego młodsi koledzy (szczególnie Ozon) zatapia się i inspiruje kinem Romana Polańskiego (Dziecko Rosemary) czy Luisa Buñuela (Viridiana). Jest w tym dość ostry i namacalny, ale właściwie cały ten film zbudowany jest na symbolach, inspiracjach i zapożyczeniach. Szczególnie mocno przebija tutaj biblia, do której mocno się odwołuje, to jego wizja szóstego dnia Stworzenia Świata, gdzie następuje stworzenie człowieka i zwierząt lądowych. Tak jakby Aronofsky chciał nas przed czymś ostrzec zaglądając do samego początku. Rozczarują się Ci, którzy oczekują krwistego horroru, ta łatka podobnie jak wszystko inne zostaje przypisane przez reżysera z premedytacją. On doskonale wie co chce osiągnąć i jak przeczołgać widza, by poczuł się jak główna, tytułowa matka. Nie jest to przyjemny seans filmowy, ale na pewno po nim wszystko inne nie będzie już takie samo, przynajmniej nie kino, które za sprawą Darrena Aronofsky’ego wciąż potrafi zaskakiwać… przynajmniej mnie.

„Marlena. Ostatni koncert” reż. Józef Opalski
Teatr Polski w Warszawie

Sztuka i polityka kochają się na zabój, będąc od początku ze sobą nierozłączne. Takim przykładem z pewnością jest Marlena Dietrich, której historia dziś staje się niezwykle aktualna. Jako przeciwniczka Hitlera i faszyzmu musiała bowiem zapłacić cenę niemalże wygnania z kraju, pozbawienia siebie tożsamości. Ale Marlena. Ostatni koncert to nie tyle opowieść o romansie z polityką czy afiszowaniu się ze swoimi poglądami. Józef Opalski mierzy się z mitem aktora, artysty, który stworzony na podobieństwo boskie, by karmić swoich wyznawców nierzadko sam tapla się na dnie zagubienia. Atrakcyjną biografię dzieli więc na pół, opowiada historię Błękitnego Anioła z początku jej kariery, jak i ostatnich dni, które Marlena spędziła w osamotnieniu i odurzeniu alkoholem w paryskim hotelu. Stąd też ciekawy zabieg, by w głównej roli osadzić dwie aktorki: Izabellę Bukowską-Chądzyńską i Grażynę Barszczewską. Nie jest to też spektakl odważny w formie, można śmiałoby użyć stwierdzenia, że nieco archaiczny. Tylko akurat w przypadku tej historii to jest niezwykle cenne, bo pozwalające widzom dotrzeć bliżej do legendy. Bez zbędnego ubierania w pióra, maski i fajerwerki zamykamy się z Dietrich w jednym pokoju, by zrozumieć całe sedno jej dramatu. Jej psychika zostaje wyrzucona przed widzami, staje się atrakcyjnym kąskiem. Ale nie byłoby tego efektu, gdyby nie odtwórczynie tytułowych ról, szczególnie Barszczewska, która w niezwykle świadomy sposób odrzuca wszelkie charakterystyczne dla Dietrich zachowania. Ona nie kalkuluje, nie naśladuje, ona zwyczajnie nią jest, co w przypadku takich pomników jest rzadkością. To jej koncert i możliwe najlepsza rola w ostatnich latach. Mierzy się z mitem aktora jako niezniszczalnego super-bohatera, pokazuję wszystkie jego słabości i kruchości. Ten koncert to wciąż przez wielu nieodrobiona lekcja życia.

 „Filip” Leopold Tyrmand
Wydawnictwo MG

Wznowienia takich tytułów jest niezwykle cenne, szczególnie, że Leopold Tyrmand dziś został niesłusznie zapomniany. Niesłusznie, bo jest w nim tyle świeżości i aktualności do dzisiejszych czasów. W Filipie opowiada o młodym chłopaku, którego wyrzuciło poza kraj, konkretnie do Frankfurtu roku 1943. Tam wraz z innymi musi się odnaleźć na nowo, stworzyć swoją przestrzeń od podstaw, wciąż jednak będąc naznaczonym najnowszą historią. Trymand potrafi niezwykle szczegółowo i precyzyjnie opisywać rzeczywistość, która dosłownie za sprawą jego opisów staje nam przed oczami. Daje nam wszystkie narzędzia do stworzenia sobie świata, w którym żyje bohater. Bogactwo jego opisów to najmocniejsza strona tej powieści, która co istotne mimo czarno-białego losu głównego bohatera nie pozwala nam na chwile ckliwości, prezentując go często w złym świetle, tak byśmy mieli odpowiedni dystans. To pozycja obowiązkowo do nadrobienia!