Notatnik kulturalny #28

11 grudnia 2017, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

  • Twórcy przebojowej Małej Miss powracają na duży ekran, tym razem by opowiedzieć historię spotkania Bobby Riggsa z Billie Jean King, kobiety, która zrewolucjonizowała tenisa
  • W Teatrze Narodowym pierwsza premiera tego sezonu na dużej scenie. Czarodziej Piotr Cieplak bierze na warsztat niesamowity tekst Barbary Klickiej Elementarz. W roli Ali zobaczyć możemy Edytę Olszówkę
  • Niecodzienna nauka z Ilustrowanym Elementarzem polskiego dizajnu to gratka zarówno dla najmłodszych jak i ich rodziców. Mamy tu przekrój stu lat naszej zmieniającej się codzienności
  • Supergrupa U2 powraca po trzech latach przerwy i kontynuuje tym samym muzyczne odmładzanie, którego dokonali na poprzedniej płycie. Tym razem zapraszają do współpracy Lady Gagę i Kendricka Lamara i próbują przekonać nas do swojej muzycznej świeżości

„Wojna płci” reż. Jonathan Dayton i Valerie Faris
Film obejrzano dzięki uprzejmości Cinema City

Filmowy duet Jonathan Dayton i Valerie Faris nie rozpieszcza nas swoimi produkcjami. Mowa oczywiście o częstotliwość kręcenia filmów. W ciągu dwóch dekad nakręcili oni zaledwie trzy filmy, z czego od razu debiutując mocnym uderzeniem w postaci nagrodzonej dwoma Oscarami Małej Miss. Byli wówczas nieprzesiąknięci Hollywoodzką papką, nakręcili film autorski, uniwersalny, wpisując się tym samym w historię kina i porywając tłumy. Wojna płci początkowo zapowiadała pójście na łatwiznę, nieczyste zagranie, jakby skrojona pod kolejne Oscary. Taka zbrodnia z premedytacją. Po pierwsze mamy historię, która dziś wydaję się szalenie aktualna. Oto opowieść o pojedynku, jaki miał miejsce w 1973 roku, pojedynku, do jakiego doszło pomiędzy wówczas wschodzącą gwiazdą tenisa Billie Jean King oraz Bobby Riggsem podstarzałą legendą, showmanem uzależnionym od hazardu. Ale prócz rywalizacji sportowej pomiędzy nimi rozgrywa się walka o życie, normalne życie, bez szowinistycznych i nietolerancyjnych uprzedzeń. W dodatku w główne role wcielają się – Emma Stone – tegoroczna laureatka nagrody Akademii dla najlepszej aktorki i Steve Carell – aktor od lat walczący z wizerunkiem speca od głupich komedii. Trzeba przyznać, że ryzyko fałszywych tonów było w tym wypadku kolosalne, wyszedł z tego bardzo przyzwoity film, dopracowany w każdym calu, oddający ducha tamtych czasów, pozwalający poczuć emocje, jakie towarzyszyły panice tamtejszego pojedynku. Faris i Dayton stworzyli film momentami moralizatorski, ale wciąż niezwykle autorski, spójny, podobnie jak w przypadku Małej Miss nakłaniający do zadawania niełatwych pytań i przede wszystkim dający nadzieję na lepsze jutro.

„Elementarz” reż. Piotr Cieplak
Teatr Narodowy w Warszawie

Jak opowiedzieć o biało-czerwonej rzeczywistości nie używając litery „P”? Udało się to Piotrowi Cieplakowi w słodko-gorzkim Elementarzu na podstawie debiutującej w teatrze poetki Barbary Klickiej. Zdziwieni będą Ci, którzy od Teatru Narodowego oczekują poprawności i to nie tylko tej politycznej. Ale byłoby pójściem na łatwiznę nazywając rzeczy po imieniu, tym bardziej jeśli za całość opowiada Piotr Cieplak – mistrz teatralnego surrealizmu. Dostajemy więc historię Ali, dorosłej kobiety zmagającej się z bolesną codziennością, która wpada do krainy, która bynajmniej nie jest krainą czarów. To raczej podróż będąca orzeźwieniem z letargu, stawieniem czoła zaburzonej świadomości, przebudzenie z niewłaściwego snu. Na szczęście ta podróż zarówno dla głównej bohaterki, jak i widza będzie podróżą wielobarwną, niepozbawioną nawiasów, symboliki, zarówno przerażającą, wzruszającą, ale i często zwyczajnie zabawną, niewinną. Wyszedł z tego wspaniały spektakl, jakiego było mi potrzeba, szczególnie w dość jedno-smakowej zalewie teatralnej, która bazuje ostatnio na krzykliwym języku. Ta poetyckość Klickiej jest znacznie dosadniejsza. Ale nie można nie wspomnieć o wielkiej kreacji Edyty Olszówki. Jej Ala kłębi w sobie całą gamę emocji, którą tak świadomie odczytuje aktorka. To rola nieoczywista, zbudowana na wielu poziomach, z wielu liter alfabetu, choć w rzeczywistości niezwykle organiczna, pozbawiona fajerwerków i w tym tkwi jej siła. To Ala, która ma twarz każdego widza na publiczności. Magią jest to co stworzył Piotr Cieplak wraz z zespołem aktorskim, scenografem Andrzejem Witkowskim i autorką tekstu. Idźcie na to, przeczytacie w końcu ten właściwy elementarz naszej rzeczywistości. Jestem pewny, że okryjecie wiele nieznanych wam liter.

Ilustrowany Elementarz Polskiego Dizajnu, czyli 100 projektów narysowanych przez 25 ilustratorów
Wydawnictwo Wytwórnia

Na edukację nigdy nie jest za późno, tym bardziej tą właściwą, a to w czasach wybierania pomiędzy prawdą, a polityczną przepychanką nie jest łatwe. Jeżeli chodzi o kwestię dizajnu, chyba nie ma się co spierać. Zwyczajnie jesteśmy w nim potęgą, narodową dumą. Twórcy Ilustrowanego Elementarza postanowili nam o tym przypomnieć, a tych nieświadomych douczyć, na całe szczęście zrobili to w niesamowity sposób. Kierując się w stronę najmłodszych, przybliżają oni historię, w której główną role odgrywają kultowe meble, neony, zabawki, przedmioty codziennego użytku, które przez ostatnie sto lat towarzyszyły naszym rodzicom i dziadkom. Podobnie jak omawiane przedmioty, każda ilustracja jest tutaj odrębną historią, indywidualnością, wizualną ucztą. Warto też dodać, że wydaniu towarzyszy wystawa,  która obecnie podróżuje po wielu krajach Europy, roznosząc tym samym wiadomość o niedocenionej potędze polskiego dizajnu. Bez żadnych patriotycznych obowiązków, po prostu warto nadrobić tę zaległość, tym bardziej że wydany album jest absolutnie fenomenalny. Po prostu tylko przerzucać strony, oglądać, podziwiać i zachwycać się jego pięknem, by na koniec zwrócić większą uwagę na wypełniające nasze domy przedmioty.

“Songs Of Experience” U2
Universal Music Polska

Bycie wciąż aktualnym, twórczym i mającym coś do powiedzenia artystą nie jest łatwo. A jeśli rozciągniemy to na czas czterech dekad to zadanie wydaje się nam jeszcze bardziej skomplikowane. Supergrupa U2 nie musi nikomu już nic udowadniać. Zarówno muzycznie, jak i merytorycznie już dawno zapewnili oni sobie miejsce w muzycznym panteonie. Co nie oznacza, że mają teraz spocząć na laurach, albo powielać to, co zapewniło im miejsce na szczycie. Zdecydowali się na krok odważny, inaczej romans z nowoczesnością, to też kontynuacja myśli z poprzedniej płyty grupy Songs Of Innocence. Bono wraz z chłopakami z zespołu wciąż pragną być jak Coldplay, a nawet więcej, jak znacznie młodsi Arcade Fire czy LCD Soundsystem. Mieszają więc rockowe granie z tyglem elektronicznych, popowych dźwięków. Zaprosili na płytę samą Lady Gagę, dziewczyny z modnej grupy Haim czy hip-hopowego króla Kendricka Lamara i zdecydowanie nie potrafili tego udźwignąć. To wszystko jakby na siłę, szyte dla niewłaściwego klienta, który chciał nas oszukać, albo – co gorsza – przekonać siebie, że wciąż potrafi zaskakiwać. Mamy tu zbiór piosenek, które nie tworzą żadnej całości, a wręcz przeciwnie mają przyciągnąć jak najbardziej rozbieżnych muzycznie słuchaczy. Tylko że w przypadku grupy U2 oto już nie chodzi, oni nie muszą nas zaskakiwać, a przynajmniej nie nagrywać tak złych i nieprzemyślanych płyt. Scenicznym dinozaurom to zwyczajnie nie przystoi. Songs Of Experience to artystyczna porażka.