Notatnik kulturalny #32

22 stycznia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Atak Paniki” reż. Paweł Maślona

Akson Dystrybucja

Chyba każdy z nas miał nieraz ten moment w życiu, kiedy wszystko przechylało się na stronę ataku paniki, wielkiego wybuchu frustracji. Ludzka niemoc, która doprowadza nas do beznadziei, nierzadko myśli o końcu… najlepiej końcu świata. W swoim debiucie, Paweł Maślona tytułowy atak paniki wrzuca na rodzinne, pełne polskich przywar poletko, gdzie jak wiadomo dulszczyzna wylewa się wszędzie. Opowiada on kilka historii na raz, które momentami przeplatają się ze sobą, historii ludzi na skraju załamania nerwowego; kobiety, która dowiaduje się, że jej mąż chce rozwodu, młodego chłopaka żyjącego w wirtualnym świecie, wystawnego wesela, na którym zagubił się pan młody czy małżeństwa wracającego z zagranicznych wojaży. Wszystko to się kotłuje, powoli dudni, by na sygnał zrobić wielkie bum. Dzieło Pawła Maślony porównuje się, całkowicie niepotrzebnie, a to do argentyńskich Dzikich historii, a to do kina Quentina Tarantino, tylko po co… On ma swój język, swoją myśl, którą tak zgrabnie, ale i z przymrużeniem oka prowadzi. To czysta zabawa kinem. Plus jeszcze jeden, dzięki Bogu, reżyser nie pokusił się na kanon tych samych twarzy występujących w co drugim filmie. Postawił na aktorów głównie teatralnych (świetna Segda, Żmijewski, Popławska, Hajewska) i na tym wygrał. Jest inaczej, świeżo, bez spinania pośladków i silenia się na kino moralnego niepokoju. To satyra w najlepszej rozrywkowej postaci, którą by przeżyć, należy przed seansem zapiąć pasy bezpieczeństwa. Uwaga będą turbulencje. Gorzki śmiech gwarantowany!

“Tamte dni, tamte noce” reż. Luca Guadagnino

 United International Pictures Sp z o.o.

Jak opowiedzieć jeszcze raz historię dwojga kochanków, gdzie uczucie, jak zakazany owoc dojrzewa między dwoma mężczyznami? Tym razem rzecz dzieje się w upalne lato, gdzieś w niewielkiej, włoskiej wiosce, w latach 80. Do domu profesora i jego żony przyjeżdża pracujący nad doktoratem przystojny stypendysta, który z czasem staje się obiektem fascynacji młodego chłopaka, syna profesora. Wszystko to, co dzieje się później, jakby delikatnym muśnięciem maluje historię pełną niewinności i nadziei. W spokojnym tonie rozwija się napięcie, które na długo zostanie w naszej pamięci. Przede wszystkim dlatego, że w filmie Guadagnino unosi się duch sztuki włoskiej, z symbolami i odniesieniami do klasyków. W tym ciepłym, lekko parnym obrazie jest sporo nawiązań do kina Luchino Viscontiego i tej jego erotyki zawieszonej między posągowe postaci, w której docierają się kochankowie (fenomenalni Timothée Chalamet oraz Armie Hammer). Erotyki zawieszonej w niepokojącej ciszy. Nie pamiętam drugiego takiego tytułu w ostatnich latach, który działałby tak na nasze zmysły. To filmowa orgia snująca przepiękne love story. Sensualna uczta, która doprowadzi każdego, nawet wybrednego widza do wizualnego orgazmu. Tutaj zdjęcia są jakby ściągniętymi z kaplicy freskami, ożywionym malarstwem, a do tego dochodzi niesamowicie magnetyczna muzyka. Nigdzie się niespiesząca jest ta opowieść, uczciwa, bez tragedii i wielkich dramatów, chociaż z góry nacechowana brakiem happy endu. Zwykłe życie.

“Flashback” Rosalie.

AGORA

Co to jest za muzyczny sztos! Początek roku w polskiej muzyce jeszcze nigdy nie był tak obfity. Premiera goni premierę, ale co ważne jest różnorodnie i ambitnie. Tak jest też z debiutancką płytą Rosalie. Jej Flashback dla tych, którzy kojarzą ją z mini wydawnictw i koncertów będzie świadomą kontynuacją, którą z pewnością się nasycą do pełna. Dla tych, którzy ją dopiero odkryli, będzie to objawienie i coś czego na polskim rynku muzycznym jeszcze nie było. Tyle lat narzekaliśmy, że u nas r’n’b kojarzy się raczej z obciachem, niż czymś wartościowym, no może prócz dokonań zespołu Sistars. Ale byłoby nietaktem wrzucić Rosalie. do tego niezbyt bogatego worka. W muzyce Rosalie. jest wszystko to, co powinna mieć dzisiaj czarna muzyka. Przede wszystkim świeżość, naturalność i świadomość, o której na początku wspomniałem. Łączenie styli od alternatywy, chilloutowo-elektronicznych brzmień, aż do soulu i tego przeklętego r’n’b. To produkcja na światowym poziomie, która choć wydana w styczniu, już pretenduje do tytułu polskiej płyty roku. Wisienka na torcie rodzimej sceny muzycznej, przeżywającej od jakiegoś czasu renesans. Naprawdę to muzyczny sztos, nasze nowe dobro narodowe!

“Kordian” reż. Jakub Skrzywanek

Teatr Polski w Poznaniu

Jak dzisiaj zabrać się za Słowackiego, by nie stracić na całej jego wartości? Jak nie wpaść w ton pełen wielkości i pomnikowości, od której można nabawić się zgagi, albo nawet i tym narodowym patosem się udusić? Nowe pokolenie, które dostało głos mówi wprost, że wielkość ich nie interesuje, a na myśl o romantyzmie chcę im się raczej śmiać, niż płakać ze wzruszenia. W tym nieco bezczelnym, szczeniackim tonie zabierają się oni za Kordiana – dzieło jakże aktualne, szczególnie w rocznicę obchodów święta niepodległości. Ale zamiast tych wszystkich natchnionych postaci i narodowych bohaterów dostajemy same klony, Kordiany, Kordianki, których zwyczajnie przestało to wszystko już śmieszyć, a i obchodzi też raczej własny tyłek, niż i tak zaplamiona obojętnością flaga. Wszystko zaczyna się od listu od prezydenta Andrzeja Dudy, który choć nie mógł zjawić się na premierze, wierzy, że wraz z narodową lekturą, odpowiednio zachowana zostanie pamięć o bohaterach, którzy budowali polski trzon wartości. Potem to już jest Słowacki, ale w wersji teledyskowej, bardziej pop, pełen cięć i zmontowanych scenek. Kordian w wykonaniu młodych aktorów i reżysera Jakuba Skrzywanka jest jakby na totalnym kacu. Pełen chaosu i bez jakichkolwiek hamulców. To krzyk bezsilności, który rodzi się w grupie nowego pokolenia, szczególnie mocno zaakcentowany w performansie zjawiskowej Alex Freiheit, która zamiast budowania pomników nawołuje do wolności i szacunku. Dostaje się także Janowi Englertowi, który w swojej lekturowej interpretacji Kordiana naraził się samej Freiheit, ale przynajmniej dostał pochwały od wspomnianego prezydenta Dudy. Coś za coś. To wszystko, co oglądamy, tak wstrząsające, trafnie portretuje dzisiejsze myślenie o tym narodzie, który z wielkości stał się zwyczajnie mały, nie dorastający innym do pięt. Z jednej strony chora fascynacja i czczenie betonowych pomników, z drugiej zadziwiająca obojętność i wyparcie własnej tożsamości. Idealny Kordian na nasze czasy.