Notatnik kulturalny #33

29 stycznia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” reż. Martin McDonagh

Imperial – Cinepix

Amerykańskie kino ma wiele odcieni, ostatnio coraz częściej zabiera głos w ważnej sprawie. Rozlicza potęgę Ameryki, policzkuje, moralizuje, mówi jak jest wprost, często potępiając politykę Donalda Trumpa. Swój głos zabiera też Martin McDonagh, ale jak na twórcę szalonego In Bruges przystało, nie będzie to moralizatorska lekcja, pełna mocnych, patetycznych haseł, raczej bardziej mu do śmiechu… oczywiście śmiechu przez łzy. W swoim najnowszym, zwariowanym filmie, o równie zwariowanym tytule zagląda na amerykańską prowincję, gdzie przygląda się hierarchii, jaka tam panuje. Biali mężczyźni, policjanci, heterycy z krwi i kości, to oni mają głos. Wśród nich znajduję się Mildred Hayes, która w rozpaczy po utracie zamordowanej córki, postanawia wyjść przed szereg i walczyć z bezradną w tej sprawie policją, przy okazji znaleźć sprawcę morderstwa. Inaczej mówiąc, typowy film o walce dobra ze złem. Ale nie byłoby tak piorunującego efektu, gdyby nie kilka znaczących elementów. Po pierwsze scenariusz McDonagha jest jak najlepsza literatura, pełen krwistych i ciętych dialogów i ripost, nie pozwalający się w żadnym gatunku zaszufladkować. Potrafi zarówno wzruszać, przerażać, ale i bawić do łez. To prawdziwa bomba w stylu braci Coen czy Quentina Tarantino. Cały ten literacki majstersztyk został świetnie zinterpretowany przez całą obsadę z absolutnie wybitną Frances McDormand, która mieni się wszystkimi barwami współczesnej, amerykańskiej kobiety. Jest zmęczona, zapomniana, samotna, ale przy tym potrafi być zaradna, przebojowa i walczyć o swoje. Dawno amerykańskie kino nie było dla mnie tak prawdziwe.

“Zalewski śpiewa Niemena” Krzysztof Zalewski

Warner Music Poland

Na każdego rodzimego artystę przychodzi taki czas, kiedy zabiera się za śpiewanie klasyków. Od lat królują szczególnie piosenki z tekstami Agnieszki Osieckiej czy Wojciecha Młynarskiego. Zdarzają się też kosmiczne połączenia jak Krzysztof Krawczyk śpiewający Boba Dylana… Twórczość Czesława Niemena przewija się sporadycznie, pokusiła się o niego  chociażby jego córka, Natalia Niemen, która ewidentnie popłynęła w swych „boskich”, natchnionych krzykach na dno, topiąc ojcowski okręt. Zupełnie inaczej jest z propozycją od Krzysztofa Zalewskiego. On właściwie jest w kontrze do tego wszystkiego. Zalewski odrzuca wielkość i ściąga z pomnika wszystko co ciężkie i pełne patosu. Wprowadza w piosenki Niemena lekkość, młodzieńczy bunt i zabawę formą. Ta forma jest tutaj najistotniejsza, słychać to w aranżacjach pełnych różnorakich dźwięków i chórków (siostry Przybysz). To Niemen zagrany na rockowo, ale mieniący się wieloma odcieniami, od soulu, funku, po niezwykłą, subtelną elektronikę. Nie ma na płycie samych wielkich przebojów, raczej mniej znane i nieznane piosenki mistrza, które towarzyszą jego opus magnum, czyli utworowi Dziwny jest ten świat. Niemen jest ponadczasowy i to udowadnia Zalewski. A co najważniejsze muzyk rezygnując z patosu nie zapomniał o szacunku. Tak się powinno śpiewać i grać wielkiego Czesława Niemena!

“Delfina” Bownik

Independent Digital

Trzeba było trochę poczekać na długogrający, debiutancki album zespołu Bownik. Męskie trio przez ostatnie dwa lata sporo już namieszało na alternatywnej, polskiej scenie muzycznej. Za sprawą mini wydawnictwa sprzed dwóch lat istotnie zaznaczyło swoje miejsce. To było wówczas nowe spojrzenie na dobrą popowo-alternatywną piosenkę. Tylko właściwie Bownik jest znacznie gdzie indziej, nie należy go szufladkować. Album Delfina jest kontynuacją tej drogi. Muzyka na płycie oscyluje gdzieś między melodią z gatunku indie, zahaczając o elektroniczne tony. Wszystko z jak zawsze istotnym tekstem (tym razem wszystkie numery po polsku) oraz zaśpiewane w mocno stylowy sposób przez Michała Bownika. Nie do podrobienia. Ale ta płyta nie jest doskonała. Czasami popada w tony wtórne, mniej zaskakujące. To co było przy poprzednim mini albumie świeżością, tutaj chwilami nuży powtarzalnością pomysłów. Nie mniej to płyta, po którą warto sięgnąć, płyta niezwykle wysublimowana, która stawia trio na półce najciekawszych debiutów ostatnich lat. A tak na przyszłość więcej odwagi chłopakom, wyjścia chociaż o krok przed schemat, którzy sami sobie stworzyli i będzie już doskonale!

„Peleas i Melizanda“ reż. Katie Mitchell

Teatr Wielki – Opera Narodowa

Co jeszcze może nas zaskoczyć w operze? Jest to Katie Mitchell, jedna z najwybitniejszych reżyserek teatralnych, która w warszawskim Teatrze Wielkim stworzyła operę totalną, szytą na miarę, na współczesne czasy. Reżyserka na co dzień związana z Royal Shakespeare Company pokusiła się o przypomnienie niezwykle głębokiej i nieoczywistej opery Peleas i Melizanda Claude’a Debussy’ego. Opery balansującej na pograniczu snu i jawy. Cała ta wariacja mitu o Tristanie i Izoldzie staje się powodem do nieoczywistych rozwiązań reżyserki, która postanawia w widzu uruchomić wyobraźnię i proces myślenia, co nie jest tak ewidentne w przypadku innych inscenizacji operowych. Tutaj wiele rzeczy trzeba sobie wyobrazić, woda zalewająca pokój jest tylko w słowie, obraz ma być naszą własną projekcją.  Co nie znaczy, że w warstwie wizualnej postawiono na minimalizm. To tu dopiero osiągnięto najwyższe szczyty. Wszystko przywołuje na myśl kultowe malarstwo Edwarda Hoppera, gdzie światło i barwy odgrywały największą rolę. To wizualna poezja, która zamyka swoich bohaterów w dusznym pięknie. Tutaj ogromne brawa i ukłony należą się grupie technicznej, która wykonała wybitną pracę w skoordynowaniu całej scenografii. I choć pierwsza część może niektórych widzów przytłaczać swoją lekkością i podobną temperaturą, to jednak ma to swoje uzasadnienie w momencie, kiedy dojdziemy do drugiej części, tam bowiem cała ta poetyckość nabiera znamion wielkiej tragedii. Warto poddać się tej wspaniałej psychoanalizie Mitchell.