Notatnik kulturalny #34

5 lutego 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Man of the Woods” Justin Timberlake

Sony Music Poland

To miał być powrót roku! Justin Timberlake wychodzi z lasu, by przypomnieć światu, że to do niego należy palma pierwszeństwa, jeśli chodzi o męskie rozgrywki w muzyce pop. I faktycznie, jeśliby spojrzeć na jego show na tegorocznym Super Bowl, to nie ma on sobie równych. Gorzej, jeśli sięgniemy po nowy album. Tytuł poniekąd okazuje się proroczy. Justin jakby gdzieś w zapomnieniu przez lata, odcięty od świata nie miał styczności z tym co dziś w muzyce aktualne. Płyta brzmi jak odpad, ścinka z jego poprzednich solowych albumów. To taka nudna papka, momentami straszliwie przesłodzona, której brakuje przede wszystkim charakteru. A wszystko miesza się potwornie z czymś na wzór gatunku country, ale jakoś niezręcznie się łączy. Skąd taki pomysł? Trudno powiedzieć. Może lata ciszy i poświęcania się rodzinie spowodowały, że artysta wrócił do kraciastych, flanelowych koszul i korzeni amerykańskiej muzyki. Tylko że ja mu jakoś nie wierzę. Lata mijają, a Justin odchodzi gdzieś w rejony panteonu, jego miejsce przejmuje niezwykle świeży i twórczy Bruno Mars, a i pozostała konkurencja nie śpi. Przerwa nie podziałała mobilizująco. Man of the Woods nie wnosi nic nowego do muzyki, a wręcz przeciwnie szybko się o tej płycie zapomina. To taka przedwczesna emerytura, odcinanie kuponów od wcześniejszych dokonań i powielanie sprawdzonych schematów. Niezwykle leniwy ten dojrzały Justin.

“Tango” Rasmentalism

Asfalt Distro

Nie da się tkwić w jakimkolwiek gatunku bez patrzenia wprzód. Niby oczywiste, ale kiedy prześwietli się rodzimą scenę hip-hopową, to widzimy jednak dużą hermetyczność, szczególnie u doświadczonych graczy. No bo niby przyjęło się, że w pewnych kręgach, pewnych rzeczy nie wypada. A jednak, tacy wytworni gracze jak Rasmentalism, mówiąc delikatnie, pieprzą te naleciałości, zaściankowości i zwyczajnie tańczą Tango. Ale proszę państwa, jak oni to robią! Chłopaki porzucili swą bestialskość i wkurzenie z poprzedniego albumu i zwyczajnie przyjrzeli się światu z większą lekkością. Trochę jak niewinni czarodzieje, jak przez różowe okulary, zaproponowali nam najlepszej jakości piosenki, gdzie rap odbija się o wszelakie gatunki, a Ras bardziej przyjmuje rolę wokalisty, niż rapera. Przypomina to wszystko opus magnum polskiej animacji, tytułowe Tango Rybczyńskiego. Wielką, szaloną wariację komentującą nasze ułomności i ograniczenia. Prześwietlenie świata „fast food”, które nie musi mienić się szarością i beznadzieją. W końcu rap może mieć ten nowy kolor. To jest tango zatańczone na maksymalną ilość punktów.

„Człowiek tygrys” Eka Kurniawan

Wydawnictwo Literackie

Slogany i hasła reklamujące na książkach mogą często nas zmylić, spowodować, że dzieło trafi w nieodpowiednie ręce. Na wydanej właśnie książce Człowiek tygrys Eka Kurniawana widnieje bowiem porównanie do Murakamiego. Ależ to nieczyste zagranie, literatura indonezyjskiego pisarza ma do zaoferowania znacznie więcej, posiada niejedno dno. Pisarz już na początku snuje opowieść z gatunku kryminału, zbrodni, która stawia na nogi całą lokalną społeczność opisywanego miasteczka. Ale pisarza nie interesuje śledztwo, cały ten nudny proces i zabawy w zagadki. Tutaj ciekawsza staje się penetracja ludzkiej psychiki, psychiki młodego zabójcy, którego śledzimy prawie od samego początku. To wszystko ubrane w obraz niesprzyjający czytelnikowi. Pełno tu brudu i biedy, ale nie tej szokującej na siłę. To niemal reporterskie podejście pisarza sprawia, że cały problem zaczyna nas interesować, przejmować, jakby dział się na naszym podwórku. Z drugiej strony Kurniawan nakreśla mocno indonezyjskie miasteczko i trochę otrząsa nas z letargu, by pokazać drugą stronę medalu tego świata, gdzie głód i brak wykształcenia są codziennością. To przekroczenie tego literackiego gatunku, wyjście ze sztywnych ram. Popełniono literacką ucztę, kryminał, który nie jest rozrywką!

„Nad czarnym jeziorem“ reż. Iwona Kempa

Teatr Ateneum

Od paru miesięcy odnoszę wrażenie, że trwa ten sam spektakl. Teatr jako kanał informacyjny, zalewający nas rozwścieczonymi newsami czy przeprowadzający krzykliwe debaty społeczne o przegranym losie złego człowiek na skażonej ziemi. To wszystko powoduje, że ten kanał informacyjny nigdy nie gaśnie, miga nam 24 godziny na dobę. Wraz z nową premierą Teatru Ateneum złapałem oddech, zwyczajnie ktoś przypomniał sobie o codziennych problemach, tragediach, które często bardziej interesują nas od katastrofy, w której ginie grupa ludzi. To zrozumiałe, te nasze tyłki i problemy, jako katastrofa ludzkości. W Nad Czarnym jeziorem, wraz z czworgiem aktorów, uczestniczymy w czymś na wzór terapii czy przesłuchania. W sterylnym, białym pokoju, gdzie brak okien, a i z mebli zostały tylko krzesła, wyrzuca się problem na środek, na pożarcie. Dwie pary, dwa małżeństwa w samym epicentrum spotykają się po latach, by porozmawiać o niewyjaśnionej samobójczej śmierci ich dzieci. To takie życie po końcu świata. Ale ta rodzinna katastrofa jest właściwie tylko zalążkiem do czegoś znacznie potworniejszego. Wraz z mikroskopijnym śledzeniem zachowań bohaterów dociera do nas, że umiejętność rozmawiania i słuchania staje się luksusem, ociera się o wyginięcie, a śmierć dziecka jest niczym, gdy dochodzi do zderzenia z niespełnieniem i rodzącymi się przez to frustracjami. Problem przede wszystkim wybrzmiewa dzięki formie, jaka została narzucona w tekście (napisy białym wierszem, bez znaków interpunkcyjnych), z którą bardzo dobrze radzą sobie aktorzy (wyborna Agata Kulesza). Oni wszyscy, jak pod mikroskopem publiczności, budują postaci niezwykle świadomie, przeważnie na ciszy, w chłodzie, opanowaniu, przez to skala problemu miażdży nas jeszcze bardziej. Cieszy mnie to, że po latach błądzenia warszawskiego Teatru Ateneum, w końcu obrano odpowiedni kurs. Zwyczajnie zaczęto rozmawiać i słuchać publiczności. Brawo!

„Żeby nie było śladów” reż. Piotr Ratajczak

Teatr Polonia w Warszawie

Na ten bardzo ważny głos ta scena czekała od dawna, właściwie od momentu, kiedy Krystyna Janda zaczęła w Internecie intensywnie komentować rzeczywistość. Nie brakowało takiego ostrego rysu w doborze tematów w jej teatrach, ocierało się to bardzo często o ważne problemy, ale jakby nie do końca obejmujące ich skalę. Tym razem dostajemy długo wyczekiwaną kropkę nad i. W spektaklu Żeby nie było śladów sięgnięto po książkę Cezarego Łazarewicza nagrodzoną w zeszłym roku literacką nagrodą Nike. To reportaż o Grzegorzu Przemyku, maturzyście, którego historia obnaża okres komunizmu w Polsce, ale też jest komentarzem do rzeczywistości. Ważny temat wyciśnięty do maksimum, ale nieprzebrany w hałaśliwe slogany. To spektakl, który nie ma kusić wizualną orgią pełną fajerwerków. Jest zszyty z najskromniejszych środków, surowy, odziera problem i przechodzi do sedna. Komentuje historię, ale niebezmyślnie, by odbębnić zakurzoną lekcję historii, nie na siłę, by wpisać się w nurt sztuki zaangażowanej. To zasługa nie tylko reżysera, ale też i aktorów, szczególnie Agnieszki Przepiórskiej, która świadomie buduje postać złożoną z wszystkich naszych boleści, naiwności, strachu i odwiecznego krzyża na plecach. To taka „Matka Polka Teresa”. Tutaj roi się od aluzji i odniesień, ale w bardzo wyważony sposób. Tutaj wszystko ma swoje uzasadnienie, ale nie po to by wojować, a ostrzec. O tym czy czekać nas będzie powtórka z rozrywki zadecydujemy tylko my. My, których świadomość ciągle się transformuje i zmienia. Dobrze, że powstają spektakle takie jak ten, w których prawda nie jest wykreowana.