Notatnik kulturalny #35

12 lutego 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Dom z ognia” Barbara Wrońska

Warner Music / Kayax

Barbara Wrońska, znana z siostrzanego duetu Ballady i Romanse oraz zespołu Pustki postanowiła zadebiutować solowo. Zrobiła to z niezwykłą prostotą i zamysłem. Zabawa w szufladkowanie jest tutaj zbyteczna, choć to po prostu doskonała muzyka pop, nawiązująca do złotej ery big-bitu. Ale nie pamiętam, który ostatnio album nosił tak prawdziwy, momentami niepokojący ładunek emocji, jak chociażby w utworach Rozmowa czy Blask. Mieni się ta płyta różnorakim blaskiem, odbija od siebie kalki. Jest nieoczywista, zaskakująca. To płyta nieosadzona w konkretnym tonie, niczym życie młodej dziewczyny, takiej jak Barbara Wrońska. Słucham tej płyty od kilku dni i mam wrażenie, że jestem w innym czasie. Jakbym był w rozkwicie polskiej piosenki lat 60. Świetnie skrojonej kompozycji, dojrzale zaśpiewanej, z niebanalnym tekstem. Ale co istotne, całość jest nieprzesadzona. Fantastyczna jest ta muzyczna podróż. Gdyby ta płyta ukazała się pół wieku temu byłaby dziś klasykiem, chciałbym wierzyć, że to „teraz” nie zmasakruje doskonałego albumu Wrońskiej swoją monotonnością. Wzorowy, solowy debiut!

alt wydarzenia kulturalne„Kształt wody” reż. Guillermo del Toro

dys. Imperial – Cinepix

Czy jest coś bardziej inspirującego dla twórców czy w ogóle nas ludzi od miłości? Przecież to ona nami rządzi, układa nam życie. Jej rozkwit, przepełnienie, zawód lub całkowity brak. Kino lubi kochać. W takie „love story” rzucił się mistrz baśniowości Guillermo del Toro, autor niezapomnianego Labiryntu Fauna. Zresztą nie da się nie uciec od tych porównań przy okazji nowej premiery jego filmu. Kształt wody snuje opowieść mieniącą się gatunkami, to historia fantasy, której bohaterką jest Elisa Esposito. Niema, poturbowana przez życie woźna pracująca w tajnym laboratorium, której los pewnego dniazmienia się całkowicie. Tutaj wszystkie elementy tej obfitej układanki się uzupełniają, zdjęcia, muzyka, charakteryzacja wspólnie kreują dzieło o potrzebie miłości, od którego nie da się przejść chłodno. Ale nie da się też nie wspomnieć o roli Sally Hawkins, która sprawia, że film jest odpowiednio napięty i gwałtowny. Magiczne i porywające to kino! Romantyczne aż do rdzenia. Kino zmysłowe, ale będące baśnią z moralnym wydźwiękiem. To film, który gra według wszystkich zasad, żadnej nie traktując po macoszemu. Udać się to może tylko najlepszym, jak del Toro.

alt“Pomiędzy słowami” reż. Urszula Antoniak

Best Film

W najnowszym filmie, Antoniak opowiada o polskich emigrantach zamieszkałych w Berlinie, o konfrontacji do jakiej pomiędzy nimi dochodzi, w dodatku konfrontacji między ojcem i synem (Andrzeja Chyra i Jakub Gierszał). To zupełnie innego rodzaju spojrzenie na temat. Tutaj omija się ten wszędobylski brud i ubóstwo. Reżyserka skupia się na tych, którzy wyjechali z kraju i im się udało, którym idylliczny sen się ziścił. To wszystko nie jest równomierne z poczuciem szczęścia, ale „nowy” świat robi wszystko, by nie dopuścić do siebie słabości. To wszystko tak pięknie zarysowane zostało w wybornych i możliwe najlepszych w dorobku kreacjach Gierszała i Chyry. Także pod kątem plastycznym to obraz niezwykle frapujący, zwyczajnie piękny, skupiający się na detalach, subtelności przez co tak namacalnie malujący sterylny, wyobcowany świat, który wykreował sobie główny bohater. Nie bez powodu film otrzymał na zeszłorocznym festiwalu w Gdyni nagrody za zdjęcia i dźwięk. Berlin w zdjęciach Lennerta Hillegego to nie jest najmodniejsze miasto wśród millenialsów, to zwyczajnie obca planeta, na której pierwiastek ludzkości wymiera. Antoniak stworzyła przerażającą opowieść o kondycji świata, człowieka, o przepaści jaka się wytworzyła między przeszłością a przyszłością, którą odbudować może tylko zagubiony człowiek. Najgorsze, że jest on zbyt rozleniwiony i skupiony na sobie jak główny bohater. Filmowa poezja!

alt„Purezento“ Joanna Bator

Wydawnictwo Znak

Nagrody dla każdego twórcy często są bardziej zmorą, niż laurem. Rzucają nam pod nogi większe oczekiwania, ale i bardziej mobilizują do rozwoju, poszukiwań. Joanna Bator należy do pierwszego szeregu najważniejszych współczesnych polskich pisarek. Wielokrotnie nagradzana autorka świetnych powieści Ciemno, prawie noc czy Piaskowa góra. Swoją drogą ta pierwsza doczekała się właśnie swojej adaptacji filmowej, którą szykuje Borys Lankosz z Magdaleną Cielecką w roli głównej. Ale wrócimy do najnowszej książki, która jest pierwszą japońską powieścią pisarki. W Purezento tradycja ściera się ze współczesnością, duch tego kraju walczy z zachodnimi wpływami. Miesza się rzemiosło z plastikowym syfem. Gdzieś pośród tego rozgrywa się opowieść o kobiecie, która po śmiertelnym wypadku swojego chłopaka ucieka z Polski w podróż do kraju kwitnącej wiśni, by skleić swoją potłuczoną na kawałki duszę. Zarówno Tokio, jak i Japonia czy cała Azja, są pełne nieoczywistości i symboli, ale Joanna Bator nie do końca potrafi to wykorzystać, przenieść w swoją opowieść, która często mieni się uproszczeniami i lekką banalnością. To takie bardzo delikatne stąpanie po niewyczerpalnym temacie. Niepotrzebna ostrożność w temacie równowagi dusz. Chciałoby się więcej i to nie przez wzgląd na nagrody i tytuły. Joanna Bator to po prostu świetna pisarka, która zaproponowała nam nieco poradnikową pozycję.

alt„Ciemności” reż. Monika Strzępka

Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach / Imka w Warszawie

Świetna passa teatralnego duetu trwa po krakowskim Triumfie woli i poznańskim K. przyszła pora uczczenia roku Josepha Conrada. Tylko że kto zna Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego ten wie, że zajrzenie w Jądro ciemności jest tylko pretekstem do dalszych poszukiwań. A więc przed nami opowieść o rodzącym się złu w kolonialnej polityce, łapaniu świata zakrwawionymi rękoma, świecie pełnym nowych idei, celów, podróży w konfrontacji z człowiekiem. Wszystko w świetnie zmontowanej, wielobarwnej konwencji nie pozwala się widzowi nudzić. Przeradza się raz w ważki dramat, by za chwilę mienić się przygodą, a nawet i sitcomem czy wielokrotnymi odniesieniami (dulszczyzna zarysowana przez świetną Annę Kłos-Kleczewską). Najlepsze w tym wszystkim, że przy całym zlewie silenia się innych twórców na „wielki teatr” Strzępka niepozornie i lekko w ukryciu zrobiła gdzieś spektakl ważny i przemyślany. Tutaj nie ma kalkulacji, szarżowania z pytaniami. Rzucić przed widzem mięso nie jest dziś trudnością, gorzej jeśli przyjdzie nam uzasadnić ten gest. W Ciemności odnajdujemy argumenty tego szalonego widowiska, jesteśmy nimi oślepieni, wszystko po to by nas przebudzić z mało „amerykańskiego” snu. Na szczęście nie chodzi tutaj o krwawy moralizatorski manifest, tylko mądry, świetnie zrealizowany teatr, który ogląda się jak najlepsze kino. Co istotniejsze nie rzuca się w nas jak zwykle pytaniami podczas trwania spektaklu, a zmusza do zadania ich po jego gorzkim końcu. Nie często spotykana w teatrze mądrość.

alt„Śmierć Dantona” reż. Barbara Wysocka

Teatr Narodowy w Warszawie

W czasach wielkich zmian, twórcy coraz częściej sięgają po teksty, w których mocno odbija się cień historii. Odnoszą się do przeszłości, zestawiając ją z tym co teraz. Szukają w zapisanych kartach odpowiedzi na dzisiejsze nurtujące nas pytania. Takim tekstem z pewnością jest Śmierć Dantona Georga Büchnera. Powstała w latach 30. XIX wieku powieść opisuje słynny proces Georgesa Dantona, przywódcy francuskiej rewolucji skazanego na śmierć. Czy można doprosić się o bardziej aktualny tekst? Niestety reżyserka Barbara Wysocka niepokojąco zaczęła się powtarzać, i to nie chodzi o wypracowany styl czy język. W najnowszym spektaklu ma się wrażenie oglądania jedynie strzępków po poprzednich jej tytułach. Nawet wizualne rozwiązania, jak obrotowa scena, przypominają nam ruch znany chociażby z realizacji świetnego Juliusza Cezara czy Moby Dicka. W dodatku te przenikania ze sobą nowoczesności i czasów minionych powtarzają się też w innych rozwiązaniach. Ładny obrazek nie zastępuje nam treści, ani też nie tuszuje braku podjęcia chęci szukania odpowiedzi na zadawane ze sceny pytania. Aktorów Teatru Narodowego mi szkoda. Przez tę gęstwinę pudru nie dają rady się przedrzeć. Ale błędów nie da się zatuszować. Rewolucji nie ma, są tylko wykrzyczane, odbijające się od publiczności hasła. W jakimś stopniu to trafny komentarz do współczesnego dialogu ludu, ale chyba nie o taki efekt chodziło. Efekt nie dający odpowiedzi, a jedynie dający zaskakujący, powielany wszędzie komentarz o beznadziejności sytuacji. To niewiele. Zabrakło mi odwagi, ognia tej delikatnie tlącej się rewolucji.

alt