Notatnik kulturalny #36

19 lutego 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Dziecko w śniegu” Włodek Goldkorn

Wydawnictwo Czarne

Niby wszystko już wiemy w tym temacie. Niby wszystko zostało już powiedziane. A jednak patrząc na dzisiejszą porażającą lekcję historii, odnoszę wrażenie, że co poniektórym ludziom ktoś wymazał tożsamość, dał przyzwolenie na zapisanie po swojemu czystej, białej kartki. Z okazji rocznicy marca 68. nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się przepiękna opowieść o czasie, który dla wielu lepiej żeby nie istniał. Włodek Goldkorn opowiada nam w niej swoją historię. Zapisuje z pamięci obraz dzieciństwa i przypomina dzieje swojej rodziny, która w wyniku antysemickiej kampanii musiała opuścić Polskę. To głos intelektualisty, który przez swoją opowieść nakłania do dyskusji, ale przy tym wszystkim jest niezwykle uczciwy. Mówi wprost o zarówno dobrych i złych stronach, o tym, że połowa Żydów w kamienicy, w której żył po wojnie była komunistami. Buduje opowieść na wspomnieniach o rodzinie, ciotkach, sąsiadach składających się na życie codzienne w Katowicach. Życie po końcu świata. Przy tym wszystkim jest niezwykle uczciwy, wyważony. Nawet kiedy opisuje niewinne, dziecięce zabawy na podwórku w Auschwitz opisuje to tak, by podkreślić dziecięcą niewinność, czystość, która kształtuje się za małego. Wyczyszczona tożsamość, którą ktoś drugi próbuje narzucić. Przeczytałem gdzieś, że ta książka jest idealna dla obcokrajowców, którzy nie mają pojęcia o tym piekle. Myślę, że nawet sam Goldkorn nie przypuszczał, że ta książka będzie nieodrobioną lekcją dla wszystkich, szczególnie dla błądzących w labiryncie propagandowej polityki. Odkładając na moment historię, to także wybitna literatura, którą się czyta jak najlepszą powieść. Obowiązkowo!

alt

„Niemiłość” reż. Andriej Zwiagincew

Against Gravity

Miłość w czasach zarazy. Uczucie, które przeradza się w istne piekło, a dwójka bliskich sobie ludzi staje naprzeciw siebie, by walczyć o życie. Rosyjski mistrz kina Andriej Zwiagincew tym razem zafascynowany Scenami z życia małżeńskiego Ingmara Bergmana snuje na ekranie swoją balladę o miłości. Schemat klasyczny, jak w co drugim domu. On z krwi i kości, dążący do założenia rodziny, podstawowej komórki społecznej oraz skupiony na pracy, która go z tej rodziny rozlicza. Onabez wielkich ambicji zachodzi w ciążę z mężczyzną, który na początku wydaje się jej całym światem. Wszystko wygasza, a dostaje się bogu winnemu dziecku, które z czasem ginie. Autor takich współczesnych klasyków jak Wygnanie czy Lewiatan rysuje ostry rys relacji damsko-męskich. Świat dążący do doskonałości, mierzący się z nowoczesnością. To Rosja zapatrzona na zachód. Klasa średnia, która w zachłyśnięciu zapomniała o jakichkolwiek wartościach i tożsamości własnego kraju. Kraju, który swoją ohydną polityką steruje umysłami mieszkańców. Tutaj ważniejsze od rozmowy z przyjaciółkami jest zrobienie sobie z nimi selfie, a jedyną formą spędzania czasu z kochankiem jest używania ciała. Życie na facebooku wychodzi z czasem do rzeczywistości i wtedy zaczyna się komplikować. Reżyser trochę jak Lew Tołsoj w swej Sonacie Kreutzerowskiej wyśmiewa się z nas łudzących się, że będzie inaczej, rzucających się na związki pełne wielkich uczuć. Tylko że ten schemat zawsze wygląda tak samo. Przerażające jest to jak prawdziwe jest kino Zwiagincewa, jak precyzyjnie wyważone. Odarte ze skóry, ale wciąż ludzkie, niepozwalające widzowi wyjść obojętnym. Tutaj każdy z nas zada sobie pytanie czy w dzisiejszych czasach możliwa jest w ogóle miłość? Ale nie ta epicka, filmowa czy z książek, tylko taka, jakiej nie udało się utrzymać bohaterom filmu Zwiagincewa. Miłość, która jest naszym piekłem za życia. Wstrząsające.

alt

„Little Dark Age” MGMT

Sony Music

Panowie z MGMT od lat byli mocno zagubieni. Zachłyśnięci swoim przebojowym debiutem, którym zachwycali się zarówno krytycy jak i amerykańskie dzieciaki na domówkach, ustawili sami sobie poprzeczkę, którą od ponad dekady nie byli w stanie przeskoczyć. Nagrywali albumy wtórne, pełne udziwnień i bez pomysłu. Jakieś psychodeliczne poematy o destrukcji życia. Ale minął na szczęście czas błądzenia i ostrej krytyki fanów. Wielu, w tym także ja, spisało już zespół na straty. A jednak autorzy przebojowego Kids, nie są jednorazową sensacją, która po czasie odcina tylko kupony od sukcesu. Jak wielu artystów zanurzyli się w beznadziei tego świata, by wyciągnąć z niego coś wartościowego. Jak wiadomo nie ma nic bardziej twórczego, niż „złe” czasy, a w szczególności kontrowersyjna polityka Donalda Trumpa. Little Dark Age to obraz zagłady świata, ale nie duszący się we wspomnianej psychodelii z poprzednich dwóch, nieudanych albumów. To pop w najlepszej postaci! Uciekający w lata 80. mieni się neonowym punkiem, pełnym syntezatorów i przyjemnych melodii. Możliwe, że to polityka Trumpa, albo zapatrzenie na łudząco podobne tony z poprzedniego, doskonałego albumu Ariela Pinka. Niemniej, uszyto z tych inspiracji album trafnie snujący wizje amerykańskiego snu z zewnątrz pełnego kolorów, w środku zaś porośniętego pleśnią. Brawo panowie!

alt wydarzenia kulturalne

„Beats & Pieces” Urbanator Days

Wydawnictwo Agora

Dziś często się zapomina o tym, że wszystko to co w muzyce rozrywkowej możemy zaobserwować wywodzi się od jazzu. To jazz był jej początkiem, przez to tak nieograniczony, wolny, pełen różnych, krętych dróg. To muzyka, która jest pozbawiona jakkolwiek kreacji, a nawet i zasad. Udowadnia to na najnowszym albumie Michał Urbaniak. Tym razem zaprosił do współpracy wielu gości. Czterech muzyków z Nowego Jorku i Londynu oraz polskiego pianistę, którzy pomogli mu stworzyć niezwykły band (Troy Miller, Otto Williams, Xantone Blacq, Femi oraz Jan Smoczyński). Nagrali wspólnie płytę, która jest niczym innym jak przyjemnością ze wspólnego grania. Tutaj nikt się nie sili na wielkie rzeczy. Urbaniak ma to już za sobą. Pełno tu odniesień do różnych styli, podróże po gatunkach, od soulu, hip-hopu, chilloutowych brzmień. Ale wszystko to w tak bardzo wyważony sposób, by nie przytłoczyć słuchacza. Na Beats & Pieces jest niezwykła lekkość, a nawet forma, która nie wymaga zbyt wiele od słuchacza. Ale w zasadzie można traktować to jako plus, oddech inny niż wszystkie. To wielka fuzja muzyki, po prostu bardzo udany album.

alt wydarzenia kulturalne

„Biesy“ Natalia Korczakowska

Teatr Studio w Warszawie

W czasach wielkiego krzyku, w których każdy chce powiedzieć swoją wersję historii, kiedy każdy ma swój pomysł na podtrzymanie przy życiu świata, wystawianie takich klasyków jak Biesy Fiodora Dostojewskiego jest strzałem w dziesiątkę. Niestety same chęci nie wystarczą, potrzeba jeszcze zrozumieć to wszystko, co zostało w tej monumentalnej książce zapisane. Albo przynajmniej chcieć starać się to zrozumieć. Oglądając najnowszą premierę warszawskiego Teatru Studio ma się wrażenie całkowitego zagubienia. A właściwie masowego uwielbienia, tutaj każdy zjada swój ogon, zapominając o samym Dostojewskim. W tej współczesnej interpretacji owszem, podjęto próbę odpowiedzenia na nurtujące nas pytania, tylko że zapomniano o próbie poszukania na nie odpowiedzi. Mało pomysłowe jest ciągnięcie wątku „pisowskiej” polityki na kolejnym ikonicznym dziele. Owszem, nie da się oczywiście nie zestawiać tego wszystkiego ze sobą. W końcu to idealny komentarz do zderzenia się ze sobą starego i nowego, dwóch idei o budowaniu świata bez prawa i moralnych zasad. Ale czy tylko na tyle stać twórców? Nie ma tu awangardy, chociaż wydaje się aspiracje były duże. To chaotyczny, znudzony głos, który wypowiada odbijające się o ścianę hasła. One tylko się odbiją, ginąc gdzieś w gęstwinie przeciwnych, teatralnych fajerwerków, a powinny raczej burzyć to, co w naszych głowach z wątpliwości i nieprawdy poskładane. Jak się okazuje, wszyscy gdzieś błądzimy i nic dobrego z tego nie wychodzi.

alt wydarzenia kulturalne