Notatnik kulturalny #37

26 lutego 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Nić widmo” reż. Paul Thomas Anderson

United International Pictures Sp z o.o.

Od samego początku nowemu filmowi Paula Thomasa Andersona towarzyszyła łatka „ostatni”. Ostatni film, w karierze wybitnego aktora Daniela Day Lewisa, zdobywcy trzech Oscarów, który postanowił przejść na przedwczesną emeryturę. Nie jest to dobra wiadomość, zwłaszcza dla wielbicieli tego aktorskiego geniuszu! Po raz ostatni na planie spotkał się z dobrze sobie znanym drugim mistrzem (wcześniej stworzyli współczesne arcydzieło Aż poleje się krew). Tak, to takie spotkanie na filmowym szczycie. W nowym filmie, wraz z reżyserem zaglądamy do Londynu lat 50. by przyjrzeć się jak wygląda idealny, szyty na miarę kostium, ściślej sukienka, która wyszła z pod ręki Reynoldsa Woodcocka. Sukienka mająca być piękną maską. Wszystko to, by schować naszą potworność, która, jak pokazuje historia krawca, potrafi być też zabójcza, a może tak naprawdę ludzka? Anderson kroi na ekranie kostium idealny. Po pierwsze używając do tego najlepszych materiałów i dodatków w postaci wysmakowanych zdjęć, kostiumów, scenografii, światła i niezapomnianej muzyki Johna Greenwooda. Po drugie, wypełniając je pasjonującymi postaciami, które mienią się na przemian siłą i słabościami, wszystko po to żeby zbliżyć się do upragnionej doskonałości. Może nie udało się to bohaterom, ale już twórcom z pewnością. Całość utkana jest ze spojrzeń i gestów, szeptów i krzyków. Nigdzie się nie spiesząca opowieść, przemyślana i precyzyjnie wykonana. Myśmy jakby wszyscy uszyci z filmowego kostiumu Andersona. Przeszyci nicią widmo, która karmi nas toksyczną, acz fascynującą miłością. To kinowe rękodzieło. Możemy już tylko rzucać urok na nieodwołalną decyzję Day Lewisa, on jest największym żyjącym aktorem.

alt ciekawe wydarzenia“American Crime Story: Zabójstwo Versace” Ryan Murphy

FOX

Ryan Murphy nie ma sobie równych. W tej bogatej telewizyjnej ofercie przedziera się co chwila z nowymi pomysłami, by zaskoczyć i nasycić swoich fanów. Najpierw odpowiadał za serię American Horror Story, przypominając nam o wielkim kunszcie Jessiki Lange. Następnie, również z Lange, stworzył pierwszą część mini-serialu Konflikt o życiu Bette Davis i Joan Crawford. Przyszła więc pora na kolejną propozycję, tym razem skupiającą się na najbardziej fascynujących zbrodniach, które odzierają Amerykę z wszystkich masek i kostiumów. No właśnie, kostiumów! Drugi sezon, który wystartował w styczniu na kanale FOX skupia się na zabójstwie Versacego, które odbiło się dużym echem nie tylko w świecie mody. Nie jest to jednak typowy kryminał. Przecież my od początku wiemy kto i kogo zabił, dlaczego i jakie były konsekwencje dla mordercy. Murphy opowiada więc historię od końca, najpierw więc zabija, by później zatopić się w głowie kata. To świetnie opowiedziana historia, często ocierająca się o wszystkie pobliskie gatunki z thrillerem, dreszczowcem czy nawet horrorem na czele. Ten mrok na całe szczęście ubiera się tu w cały ten kamp, kicz, który i z Versace stworzył potęgę. Mówi się na serio o przerażających faktach i stanach ludzkiej psychiki, ale tak, by nie otrzeć się o moralizatorskie tony. To jest cały czas najlepsza rozrywka! Już od trzeciego odcinka widzimy też, że to Andrew Cunanan (fenomenalna, odrażająca rola Darrena Crissa) jest najważniejszy. W tym filmie istotne są małe nazwiska. Judith Light czy Mike Farrell w swych epizodach przyćmiewają Penelopę Cruz czy Ricky’ego Martina. Zresztą ten film zbudowany jest na niuansach, małych częściach, tak  jak powinien wyglądać najlepszy kryminał. W tej całej ferii barw i swoistego pastiszu gatunku wymaga się jednak od widzów skupienia w poukładaniu pasjonujących strzępków umysłu Cunanana. Ostrzegam, ten serial uzależnia, i z każdym kolejnym odcinkiem zaskakuje, pomimo, iż jak wspomniałem wiemy od początku kto i kogo zabił. Niebanalność i nieoczywistość czyli potęga amerykańskich seriali.

alt ciekawe wydarzenia„Wiedza o społeczeństwie” Lao Che

Mystic Production

Wielu się złapie zapewne za głowę, kiedy spojrzy już na sam tytuł. No bo niby znowu babramy się w tym teraźniejszym sosie. Znowu wyciągają twórcy niewygodne prawdy i hasła, by na nich budować swój grunt, karmić się nimi. Ale czy przecież nie oto chodzi w sztuce, o ten komentarz? Z Lao Che sprawa wygląda jednak inaczej. To zespół od początku zaangażowany, komentujący. Zespół dla konkretnej sprawy, ale i nieprzegięty w tę stronę, nawet wyrzucając na pożarcie społeczeństwo, które nas otacza. I tu się nasuwa kolejne pytanie. Czy da się więc w kilku tekstach opisać nas, stworzyć podręcznik do serca naszej społecznej ułomności? Te pytania o teraźniejszość nie tylko w warstwie niepokoju przywracają na myśl lata 80. Muzycznie na siódmej płycie chłopaków jest równie podobnie. Na całe szczęście, przy całej tej ważkiej sprawie, zespół nie zapomniał o drugiej stronie medalu, na rewersie którego znajdziemy najlepszą rozrywkę, odskocznię. To znane wiernym fanom zespołu dyskotekowe pląsy nie tylko syte w elektronikę czy prostą melodię, ale też pełne rytmiki i tempa. To wszystko zasługa produkcji, za którą odpowiada zaproszony do płyty Piotr Waglewski, znany bardziej jako Emade. Nie pozwalają się nam nudzić chłopcy z Lao Che. Stworzyli więc taki album do tańca i do różańca. Znaczy, że ideał?

alt ciekawe wydarzenia„Trans-Atlantyk” reż. Artur Tyszkiewicz

Teatr Ateneum w Warszawie

Wiadomo jak jest z przypadkiem Witolda Gombrowicza. Dla wielu najlepiej gdyby go nie było. Zresztą co poniektórzy starali się go wymazać z naszej świadomości. Nic z tego! My się nie damy. Czy komuś się to podoba czy nie, tej „gęby” nigdy z naszej tożsamości się nie pozbędziemy. Tacy jesteśmy. Myśmy z niej ulepieni, wszyscy my. W ostatnich latach nawet jeśli sięgano w teatrze po Gombrowicza, to raczej z mało efektownym skutkiem. Poza teatralna, biało-czerwona przepychanka zmusza jednak do czytania go na nowo, jeszcze raz! Artur Tyszkiewicz w warszawskim Teatrze Ateneum sięgając po Trans-Atlanyk przypomniał powieść, w której Gombrowicz w 1939 roku, w momencie wybuchu wojny, dopływa do Ameryki Południowej. Tutaj zaczynają się rodzić pytania o ojczyznę, o jej przyszłość, o tak niemożliwą ucieczkę przed tymi naszymi gombrowiczowskimi „gębami”, które tożsamość naszą zbudowały. Pytania o inteligencję, która dziś przegrywa w zderzeniu z kapitalistycznym światem. Pytania o ten kraj podzielony na wszystkie strony. Wszystko gdzieś odpływa, wyjeżdża, nie ma. Brawa należą się dla zespołu Teatru Ateneum, który zaufał reżyserowi i w ten rejs odważył się wypłynąć. Nie da się zapomnieć portretu zmęczonego, pełnego niepokoju inteligenta Gombrowicza (Przemysław Bluszcz), wybitnego Krzysztofa Dracza w roli Gonzala oraz mieniącego się groteskowością Artura Barcisia, który w swym ministrze jakby uchwycił wszystkich politycznych szaleńców świata od Hitlera po Trumpa. To z pewnością spektakl aktorski, który Gombrowicza tak precyzyjnie cedzi, przypominając o jego aktualności, a i ponadczasowości. A skoro ze sceny mówi się już Gombrowiczem, skoro się stara zrozumieć to co napisał, to teraz kolej na publiczność. Tak by ta nasza inteligencja nie opłynęła stąd na zawsze, a została w naszej „synczyźnie”.

alt ciekawe wydarzenia