Notatnik kulturalny #39

5 marca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Czas mroku” Joe Wright

United International Pictures Sp z o.o.

Zapewne stało się tak, że podczas poprzedniej, oscarowej nocy jednym z najważniejszych zwycięzców został Gary Oldman za swoją „rolę życia” w Czasie mroku Joe Wrighta. Tylko czy nie jest to jeden z tych przypadków, kiedy zamiast doskonałej kreacji rekompensuje się pozostałe, niedocenione przez lata role? Przypadek Oldmana jest dość niesprawiedliwy. Aktor przez poprzednie trzy dekady na podobne laury znacznie bardziej zasłużył, by wymienić chociażby role w takich filmach jak Szpieg, Dracula czy Leon Zawodowiec. Film Wrighta doskonale wpisuje się w obecne czasy. To wielka, potężna Europa, która chyli się ku rozpadowi, a jej ówczesnym wybawicielem przed nazistowskimi Niemcami miał być Winston Churchill. Tylko że poza odrobioną lekcją historii, ten film wypada dość blado, żeby nie powiedzieć w tym mroku jest niezauważalny. Tutaj emocje podbija się przyciemnionymi wnętrzami, muzyka Dario Marianelli jest tak podniosła i potężna, że aż mdli. Wright przyzwyczaił nas do wysmakowanego kina brytyjskiego, ubranego w kostium i historię. Stworzył niepowtarzalną wizualnie Annę Kareninę, Pokutę czy bardzo udaną adaptację Dumy i uprzedzenia. Czas mroku nie jest złym filmem, tylko zdecydowanie nieuczciwie zrobiony. Tak jakby zamiast lekcji historii ostrzegającej przed powtórką z rozrywki, zamiast zabawy kinem, ktoś chciał rozbić oscarowy bank. Udało się już z sześcioma nominacjami, w tym na czele ze zwycięskim Gary Oldmanem za dość krzykliwą rolę. Sam film pozostaje w cieniu.

alt nowości kultura

„In a Poem Unlimited” U.S. Girls

4AD

Muzyka popowa może mieć wiele odcieni, przeważnie mieniących się wpływami z innych gatunków. Wtedy ma największą wartość, całe swoje bogactwo. Udowadnia to Meghan Remy ukrywająca się pod pseudonimem U.S. Girls. Dla wielu może być świeżynką, odkryciem roku, ale trzeba wiedzieć, że jej doskonały, nowy album jest już szóstym w dorobku. Świętująca dziesięciolecie kanadyjska artystka mocno jednak odcina się od poprzednich, surowych dokonań i stawia na nieograniczoną zabawę muzyką. Słuchając krążka In a Poem Unlimited ma się wrażenie jakby Kylie Minogue jeszcze raz złączyła siły z Nickiem Cavem. Drapieżne momenty przebija się tutaj słodkim, dziewczęcym głosem i odwrotnie. Przyjemne i lekkie melodie zaś brudnymi dźwiękami. Czuć tutaj zarówno bluesowe wpływy, gitarowe granie nawiązujące do rocka lat 70., jak i erę disco i funku. Ten unikalny efekt to z pewnością zasługa jazzowych muzyków z Toronto, których artystka zaprosiła do pracy nad płytą. W tym muzycznym mariażu zachowano na szczęście zdrowy rozsądek, przez co całość jest niezwykle spójna. To na nic się niesilące, świetne dziewczyńskie granie ma w sobie znacznie większą moc, niż przekombinowany nowy Justin Timberlake. Warto zwrócić na ten album uwagę i zapamiętać zanim nam umknie, jak pozostałe pięć krążków tej ciekawej artystki.

alt nowości kultura“Plecy pomników” Małe miasta

Alkopoligamia

Niemal co tydzień jesteśmy świadkami jak w tym roku polska muzyka mieni się niezwykłą jakością. Z jednej strony doskonałe i przemyślane debiuty od Rosalie. czy Poli Rise, z drugiej dobrze znani gracze jak Lao Che czy Zalewski wydają bardzo dobre płyty. No mamy jeszcze cały ten hip-hop, który za sprawą chłopaków z Rasmentalism wszystko to potwierdza. Trzeci krążek Małych Miast przebija jednak wszystko. Dwóch Mateuszów, czyli hip-hopowy duet, porzucił przy nowym krążku swoją hermetyczność, surowość oraz swoistą powagę, i mówiąc wprost, przewrócił pomniki na drugą stronę. A tam znajduje się zwykłe życie, zwykłego młodego pokolenia spod znaku Netflixa, które mierzy się z codziennością i wspomnieniami sprzed dekady, najciekawszą dla nich historią. Duet niezwykle zręcznie maluje ten portret pokolenia, portret wielobarwny, z przymrużeniem oka. Oni bawią się słowem, bawią muzyką, która często skręca w oldschoolowe tony, jak chociażby w kawałku Już wiem, że jutro będę żałował, proponując mocno soulowy refren. Jeśli hip-hopowy album może być uroczy i przyjemny, a przy tym szalenie inteligentny to jest nim krążek Plecy pomników. W czasach szukania na siłę wielkości, ten album przywraca wiarę w wolność, czystość i dobrą energię. Przywraca wiarę w małych bohaterów. Brawo chłopaki!

alt nowości kultura„Żebrowski. Hipnotyzer” Jakub Socha

Wydawnictwo Czarne

Edward Żebrowski nie miał szczęścia na dużym ekranie. Zrealizował zaledwie trzy pełnometrażowe filmy, w tym chociażby najbardziej znany Szpital przemienienia na podstawie prozy Stanisława Lema. Za ten film otrzymał zresztą nagrodę na festiwalu w Gdyni, podobnie jak za ostatni swój obraz w Biały Dzień z Michałem Bajorem i Krystyną Jandą. Prócz tego, Żebrowski pracował przy scenariuszach do filmów Kieślowskiego czy Zanussiego. Był wybitnym pedagogiem, a przy okazji outsiderem i wrażliwcem.  Jakub Socha przywraca tego niesłusznie zapomnianego mistrza polskiego kina, który był doskonałym odzwierciedleniem powojennej inteligencji. Był ofiarą swojej choroby, z którą się zmagał niemal od początku kariery i politycznej prowokacji, która wpakowała go do więzienia. To opowieść gorzka, pełna niespełnienia, zawodu, ale i z drugiej strony szacunku zarówno do siebie samego, jak i tego piekielnego i niewdzięcznego zawodu czy miłości, jaką jest kino. A, że kino często przypomina życie, ono podobnie pełne jest niedopowiedzeń. Taka jest też książka Sochy, pełna nieoczywistości, niewyczerpanego tematu i tajemnicy jak życie Żebrowskiego. Przez co tak precyzyjnie autor maluje wnikliwy portret zapomnianego hipnotyzera polskiego kina. Maluje go w ciszy, a nie przegaduje anegdotkami.

alt nowości kultura

„Casa Valentina” Maciej Kowalewski

Och-Teatr w Warszawie

Po fantastycznej, styczniowej premierze Żeby nie było śladów w Teatrze Polonia przyszła pora na drugi teatr Krystyny Jandy. W Och-Teatrze ten rok rozpoczyna się od komedii w czystej postaci, ale niech to nikogo nie zmyli. Pod falami śmiechu w sztuce Harveya Fiersteina czyha wiele dobra. Warszawscy widzowi kojarzą autora zapewne z przebojowego musicalu Kinky Boots, po którego sięgnął Maciej Kowalewski. W Casa Valentina snuje on historię opartą na faktach, gdzie w latach 60. w niewielkim, amerykańskim miasteczku prowadzony jest hotel dla transwestytów. To dla nich raj i jedyna odskocznia, by na moment zrzucić ciężkie marynarki i przyodziać zwiewne sukienki. Oczywiście efekt, wiadomo, jest poniekąd komiczny. Ale nieco ważniejsza od śmiechu jest teatralna lekcja, która porusza swoją drogą bardzo pomijany tematu w rodzimym teatrze. Tutaj ta inność jest najważniejsza, to jej robi się miejsce. Wszystko po to, by inność normalnością się stała, zmieniała świadomość tych, którzy są jeszcze zamknięci na te tematy. Najtrafniej oddaje to wszystko fantastyczny Cezary Żak, który w roli Bessie jest niezwykle naturalny, świadomy, nie stosuje on grubych, karykaturalnych kresek, po które czasem sięgają jego koledzy. Wykorzystuje on cały potencjał roli w każdym słowie i delikatnym geście, nawet jeśli przez moment schodzi na drugi plan. Chciałoby się więcej tej lekkości, jaką ma w sobie Cezary Żak, który tym samym udowadnia, że aktorstwo może być niezwykle mądrą zabawą. A tak przy okazji, z nowym rokiem, w teatrach Krystyny Jandy robi się coraz ciekawiej!

alt nowości kultura