Notatnik kulturalny #41

19 marca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Happy End” reż. Michael Haneke

Gutek Film

Od takich uznanych mistrzów europejskiego kina jak Michael Haneke poniekąd wymagało się podjęcia próby komentarza na temat kondycji współczesnej Europy. Szkoda tylko, że na tej próbie się skończyło. Reżyser takich wybitnych filmów jak Biała Wstążka, Pianistka czy Miłość przygląda się tym razem wielkiej burżuazji Europy, francuskiej elicie, która w swym czystym, sterylnym i majętnym życiu najbardziej obawia się zabrudzenia swoich dłoni. Wszystko do momentu, kiedy tę ciszę i spokój przerywają napływający imigranci. Pod tą wyrafinowaną fasadowością, rodzina jest niezwykle prosta, uboga w uczucia, momentami patologiczna. Tylko to wszystko już Haneke nam powiedział we wcześniejszych filmach, dotykając perwersji (Pianistka) czy eutanazji (Miłość). Taką zagubioną i pozbawioną sensu życia Europę już znamy. Czuć tutaj zmęczenie, przejedzenie tematu. Jakby sam Haneke nie do końca wiedział jak się poruszać po znanym sobie doskonale obszarze jakim jest kino. To wszystko jest tylko kalką poprzednich jego filmów. Owszem to błądzenie wielkiego mistrza, tylko, że w poczuciu zmarnowania tematu. A może to błądzenie jest metaforą Europy? Chyba jednak zbyt ryzykowne wytłumaczenie.

alt nowości filmowe, książkowe

“Ach!” Katarzyna Groniec

Warner Music

Na naszej przaśnej scenie muzycznej niewiele jest takich artystek jak Katarzyna Groniec, która od lat konsekwentnie podąża swoją drogą, ciągle się rozwija i proponuje nowe. Po romansie z piosenkami Agnieszki Osieckiej tworzy najważniejszą płytę w swojej bogatej już karierze. Pozbawioną jakichkolwiek kreacji, ram i ograniczeń. Mocno intymną, przywodzącą na myśl Przypadki. Tym razem nie jest ani Brelem, ani Osiecką czy Ciechowskim. Nie jest też księżniczką z albumu Pin-Up Princess. Jest sobą, w czystej krasie, kobietą zawiedzioną, dojrzałą, a to najciekawsze co może przynieść sztuka – bagaż doświadczeń. Ach! to płyta osobista, szczera i bardzo naga. Odziera się tu emocje, których na co dzień boimy się wypowiedzieć, a przecież tak często do nas dochodzą. Na tym albumie mówi się o niemiłości, rozczarowaniu, śmierci i wszystkich stanach smutku, które przychodzą po zakochaniu. A co najważniejsze mówi się o tym końcu z nadzieją. Przecież po każdej zimie musi nadejść wiosna. Całą tę poezję ubiera się w muzykę dość nowoczesną, poruszającą się po różnych obszarach odmienności. Ta liryka przeplata się tu z mrokiem, by za chwilę nabrać elektronicznego rozpędu. Przepiękna księga ludzkich emocji.

alt nowości filmowe, książkowe

„Przewijanie na podglądzie” Król

Wydawnictwo Agora

Błażej Król wydał właśnie czwarty, solowy album zatytułowany Przewijanie na podglądzie. Dla wielu to nazwisko może okazać się nieznane, obce. Ale bez obaw, bowiem artysta nagrał właśnie swój najlepszy krążek i tę oniryczną przygodę można zacząć od końca. A potem przewijać i przewijać do początku. Jest tu cała kwintesencja jego stylu, melancholii zanurzonej w utopijnym obrazie, inaczej trans-elektroniczny seans terapeutyczny, gdzie dotyka się najmroczniejszych i pełnych obaw zakamarków ludzkiej psychiki. To spowiedź mężczyzny, który mierzy się z codziennością, bólem i goryczą. Niezwykłe jest tego wszystkiego wysłuchać. Tu elektronika mieni  się wielobarwnością, to nie tylko psychodelia, ale i często najlepsza zabawa, którą Błażej Król ubiera w słowa jak w wiersze ułożone. Ale to śmiech przez łzy. Niesamowicie dopracowany i dojrzały album. Dziś łatwo jest przypisać do siebie koronę królów. Założyć coś boskiego na siebie. Z chamstwem i premedytacją nazwać siebie wielkim. Prędzej czy później ta błazenada wyjdzie jednak na jaw. Całkiem odwrotnie jest w przypadku Króla, który królem się urodził, a czwartym albumem udowadnia, że jest niezwykłą indywidualnością, która zwyczajnie robi swoje, jak śpiewał Wojciech Młynarski.

„Zapiski z wygnania” reż. Magda Umer

Teatr Polonia w Warszawie

Wszystkie ważne rocznice zazwyczaj obfitują w wiele różnych wydarzeń upamiętniających karty historii. Ćwiczą naszą pamięć. W przypadku Marca ’68 mamy jednak do czynienia z czymś niezwykle ważnym. Po pierwsze, to data, która w świadomości wielu ludzi absolutnie nie istnieje, jakby zmuszenie kilkunastu tysięcy Żydów do opuszczenia Polski w ogóle się nie wydarzyło. Po drugie, to wydarzenie, które jeszcze inni próbują wymazać z naszej tożsamości. Zatrzeć ślady, które pozostały, mam wrażenie, w niewielkiej pamięci. Tylko że nikt naszej pamięci i tożsamości narzucić nam nie może, inaczej będziemy pogubionymi ludźmi, ofiarami. I o tym też mówi w przepiękny, acz wstrząsający sposób Krystyna Janda. W Zapiskach z wygnania wraz z Magdą Umer (wcześniej realizując już z aktorką legendarną Białą Bluzkę i Kobietę zawiedzioną) sięgają po wspomnienia Sabiny Baral. To historia młodej, dwudziestoparoletniej dziewczyny, która wraz z rodziną zmuszona jest opuścić swój kraj. Tylko że tragiczne antysemickie naciski i hasła, mimo upływu pięćdziesięciu lat, wciąż się pojawiają, jakby czas się zatrzymał albo zapętlił koło. Cały proces, konsekwencje i traumę te trzy kobiety niezwykle malują na scenie, tkają z ciszy i cienia. Tylko ta cisza w wykonaniu wybitnej Krystyny Jandy jest wielkim krzykiem, bólem niezgody na zakłamywanie faktów i niepamięć. Ten cień jest światłem reflektorów skierowanym na widzów. Ostrzeżeniem przed konsekwencjami letargu. Dawno w teatrze nikt nie dotknął tak niezwykle subtelnie istoty rzeczy. Tutaj na bok odchodzą wszystkie nazwiska, ikony, kreacje, liczyć się ma słowo, myśl, którą autorki tego spotkania chcą nam przekazać. Wierzę, że widzowie na ten dialog i pamięć się otworzą.

alt nowości filmowe, książkowe

„Wyspa” Sigríður Hagalín Björnsdóttir

Wydawnictwo Literackie

Apokaliptyczny krajobraz to taki, po który często sięgamy w sztuce. Przy użyciu jego środków łatwiej nam sportretować cały problem zachwianego świata. Swoją przerażającą wizję snuje też debiutująca Sigríður Hagalín Björnsdóttir. Jej powieść Wyspa to surrealistyczna eksploracja nacjonalizmu, opowieść o dążeniu do dna, zgniłego jądra ziemi. W tej dobijającej opowieści dotykamy wizji Islandii odciętej od świata, bez Internetu, telefonów i łączności. Nie ma tu żadnej możliwości na to, by wydostać się z tej uwięzionej na ocenie wyspy. Pozostają więc ludzie, tutejsi mieszkańcy, jedyni z którymi można, a wręcz trzeba się zmierzyć. Książka ta przywodzi na myśl klasyki gatunku z Drogą czy Ludzkimi dziećmi Cormaca McCarthy na czele. Ale autorka dołącza swoim czarnowidztwem także do szeregu z George’em Orwellem. Tutaj świetnie miesza się rozrywkę w gatunku powieści science-fiation z psychologią. Tutaj fajerwerki literackie zestawia się z ludzkim, przerażającym mózgiem. To mocny i uczciwy literacki debiut!

alt nowości filmowe, książkowe