Notatnik kulturalny #42

26 marca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Neron” reż. Wiktor Rubin

Teatr Powszechny w Warszawie

Moim zachwytom nie było końca jeśli chodzi o warszawski Teatr Powszechny. Oczywiście są spektakle mniej udane, ale i te naprawdę wyborne, których wszystkie inne sceny powinny im zazdrościć. Przede wszystkim najważniejsza scena teatralna w kraju kreuje i przekazuje spójną i konkretną myśl. Myśl będąca ostrzeżeniem, manifestem, trafnym komentarzem do realnego obrazu, rozpoczęciem dialogu, który w inscenizacji Nerona Wiktora Rubina gdzieś uleciał, a kreacja jakby zaczerpnięta z „hitów” Powszechnego. Uczta do której zaprasza Neron (Michał Czachor) odbywa się tu i teraz, w naszej rzeczywistości. Posiada on wiedzę o nas i konfrontuje to ze sobą. W swoich ogrodach daje popis i przepycha sam siebie w co chwila wymyślanych atrakcjach, jest przy tym niezwykle mały, słaby i śmieszny. W teatrze wykorzystano tu bramy raju, żeby chyba tylko zaszokować widza i przekreślić parę granic teatru wciągając w swe „gagi” publiczność. Jest parę świetnych monologów, aktorskich popisówek, jak chociażby z Julią Wyszyńską, która wciąż jest w doskonałej formie. Jej Matka Stara Europa do bólu chwyta swym upadkiem za nasze gardła. Niby trzyma wszystko w rękach, niby moralizuje, ale to wszystko już jest tylko na niby. Niestety te treści nikną gdzieś w gruzach z nagich ciał, odchodzą na drugi plan. Po całej uczcie człowiek niestety zostaje wciąż głodny. Możliwe, że to przez podanie dania, których smaki dobrze znam i nie są dla mnie zaskakujące, czyt. kontrowersyjne, a przecież o to chyba chodziło twórcom. O naciągnięcie granic wytrzymałości widza. Ten ogon został zjedzony. A sam spektakl wychodzi z wszelakich ram i właściwie nie wiadomo dokąd zmierza. Może kontrowersją i sztuką byłoby zrobić spektakl do bólu klasyczny, przerysowany, sięgający do najbardziej odległych kart teatru? Dramat antyczny. Pytanie czy taki teatr wytrzymaliby dziś widzowie, a tak podane na tacy piersi i penisy choć pyszne, są mało wyszukane.

“Boarding House Reach” Jack White

Sonic Distribution

Co ten Jack White najlepszego narobił? Wszyscy biją się w głowę i ręce załamują, że największe obecnie nazwisko w rockowym graniu rozmieniło się na drobne. Przyodziało w modne chwyty i zamiast gitarowych riffów proponuje nam plastik. Oczekiwania o tyle duże, że White czy solowo czy niegdyś w kapeli The White Stripes, zawsze przełamywał granice i zaskakiwał, stawiając w czasach zalanych przez r’n’b i hip-hop, gatunek rockowy na nowo do pionu. Pewnie gdyby nie pojawienie się artysty na początku XXI ten gatunek wyglądałby inaczej, a z pewnością dość ubogo. Skąd tyle hałasu nie wiem, bo prawda jest taka, że Boarding House Reach to doskonała płyta! Przede wszystkim White, mimo swojej pomnikowości, idzie po więcej, nie powiela schematów, a wciąż przekracza niebezpiecznie granice. Ale co istotne, jest w tym niezwykle mądry i spójny, oddając szacunek nie tylko wiernym słuchaczom, ale i swoim wcześniejszym milowym dokonaniom. W duchu Franka Zappy, Davida Bowiego czy Princa (oszałamiający, funkowy Ice Station Zebra)  wrzuca do mocnego grania przenikające gatunki od soulowego tła, po syntezatorowe wstawki i zmodyfikowany głos. To istny kosmos! Jest też miejsce na bluesowe granie i powrót do samych korzeni, a nawet i country, które muzyk szczególnie w solowej karierze często przywoływał. Ten eklektyzm tworzy całość, o jakiej pomarzyć mogą tylko jego koledzy. Kiedy wszystko zostało już w muzyce powiedziane, nagrać album zarówno klasyczny i nowatorski jest sztuką. Album ponadczasowy. Wielki Jack White nagrał wielką płytę, którą wielu doceni po latach.

„Znikam na chwilę” Linia Nocna

Wydawnictwo Agora

To niesamowite, że jeśli prześledzimy dziś polskie podwórko muzyczne, to znajdziemy tam niezliczoną ilość fantastycznych muzyków i zespołów. Widać i różnorodność i indywidualność. Myślę, że śmiało możemy mówić o „Nowej Młodej Polsce”, która w ciągu kilku lat wywróciła rynek do góry nogami. Na początku obecnej dekady bardzo mocno wybiła się szczególnie elektronika, która za sprawą chociażby Kamp!, XXANAXX, Rebeki czy The Dumplings urosła do naszej specjalności. Linia Nocna wydaje się wychować na wspomnianych bandach, ale i dodać do tych inspiracji swoją własną nutę, duszę. Debiutancki album Znikam na chwilę gromadzi różne oblicza elektroniki, gdzie damsko-męski duet zaprasza nas zarówno do przedniej zabawy, jak i koi swoją lekkością i spokojem. Jest dniem i nocą, które spaja ciepły i delikatny głos wokalistki Moniki Wydrzyńskiej. Przy tym wszystkim to album spójny, na którym młodzi ludzie zwyczajnie tworzą taką muzykę, jakiej sami chcieliby słuchać. Niby oczywiste, a tak nieczęsto spotykane. Dobry kurs obrała Linia Nocna. Przemyślany, świeży, nie puszący się na siłę na wielkie odkrycia muzyczne. Na to przyjdzie jeszcze czas, mam taką nadzieję.

„Edi Hila. Malarz Transformacji”

Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

Po sezonie obfitości, laurów i nagród dla funkcjonującego nad Wisłą Muzeum Sztuki Nowoczesnej przyszedł czas na sztukę. Z początkiem marca otwarto wystawę poświęconą Ediemu Hili, malarzowi albańskiej transformacji. Trzeba koniecznie ją zobaczyć. Po pierwsze, to artysta całkowicie pominięty przez nasze muzea i galerie, nieistniejący. W pawilonie nad Wisłą będziemy mogli po raz pierwszy zobaczyć jego imponujący dorobek. Zresztą sama wystawa pochodzi z cyklu „Przeoczeni mistrzowie z Europy Wschodniej”. Po drugie to sztuka, która przez wymiar polityczny jest dziś niezwykle aktualna. Za namalowanie w latach 70. ciepłego i kolorowego obrazu „Sadzenie drzew”, Hila skierowany został przez reżim Envera Hodży do prac przymusowych, na które szczególnie oddalano albańską inteligencję. Zresztą, w całej jego twórczości pełno takich manifestacji, malarz szczególnie w drugiej dekadzie lat 90. skupił się na konfrontacji dwóch rzeczywistości, od komunizmu po czasy kapitalistyczne Albanii. I ten moment przemiany jest bardzo zauważalny w jego malarstwie pełnym wyblakłych kolorów, niedoskonałych budowli i prób odrzucenia tradycji na rzecz Zachodu. Niezwykle poetyckie choć tak surowe są obrazy Hili. Obrazy o rzeczywistości, która chce i idzie po zmiany, tylko zupełnie nie potrafi ich wdrożyć w życie, jest ułomna i prowizoryczna. Wystawa otwarta dla zwiedzających do 6 maja.