Notatnik kulturalny #45

16 kwietnia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Soma 0,5 mg” Taconafide

e-Muzyka / Step Hurt

To miało być wydarzenie roku. Album, który przełamie kolejne granice na rodzimym podwórku. Takie „Watch The Throne” znad Wisły, gdzie zamiast Kanye Westa i Jay Z, stoją nasze arcyzdolne chłopaki. Za całe zamieszanie odpowiedzialni są Taco Hemingway i Quebonafide – najgorętsze obecnie nazwiska w polskim hip-hopie. To, że połączyli swoje siły niejednych przyprawiło o zawał serca. Podbijali napięcie sprytnie wypuszczając kolejne single zapowiadające album. Teraz przyszedł czas na sprawdzian całości. Niestety płyta mocno zawodzi, a szaleństwo i pomysłowość zastąpiono dość nużącymi, schematycznymi momentami. W efekcie dostajemy album o niezwykle, jak na chłopaków, przeciętnych zwrotkach, którym raczej daleko do tego, co reprezentowali na solowych płytach. Inaczej, to taki traktat o ogromnej kasie, którą w ostatnich miesiącach zarobili, chcąc przy okazji tego albumu znacznie więcej. A może odwagą jest to, by nagrać album jedynie jako maszynkę do zbijania pieniędzy, nie szukając w tym zbytnio wielkiej sztuki, przesłania i oryginalnych pomysłów?

Zdecydowanie warto wrócić do solowych projektów obu panów, tam jest przynajmniej pewna niewinność, tutaj liczyć możemy na przepych w wersji poklatkowej. Chociaż odmówić nie możemy im jednego. Panowie swym hip-hopem przebili się w najbardziej hermetyczne muzycznie zakątki, będąc na językach tych, którzy dawniej stronili od tego gatunku. To oni rozdają karty, a że czasem błędnie… Cóż, wszystkim się to zdarza.

alt aktualne wydarzenia kulturalne

„Isolation” Kali Uchis

Universal

Okładka płyty może nas mocno zmylić, bowiem nie mamy w tym wypadku do czynienia z kolejną „księżniczką” r’n’b, która, idąc drogą Mariah Carey, rozerotyzowana wije się cierpiąc z miłości w satynowej pościeli. Kali Uchis jest muzycznym objawieniem. Została nazwana następczynią Amy Winehouse. Ale odejdźmy od tych wszystkich kalek i porównań. Ta młodziutka artystka jeszcze nie tak dawno próbowała sił w rodzinnej Kolumbii, by teraz, ze swym południowym temperamentem, obudzić czarne rytmy matki Ameryki. Na debiutanckim „Isolation” robi to perfekcyjnie, mieszając wszystkie barwy tej muzyki.

Uchis potrafi być niezwykle subtelna i stylowa, mieniąc się nie tylko wpływami soulu czy jazzu, ale nawet tak zapomnianej dziś bossa novy. Kiedy trzeba, jest zadziorna, wręcz wulgarna, zapraszając do swojego świata hip-hop. To wszystko przełamuje latynoskim akcentem. W tym kolażu tkwi cały jej sukces i zwycięstwo, idąc dalej, także przyszłość muzyki, która bez ograniczeń czerpie inspiracje z różnych stron. Hermetyczne albumy z pewnością nie interesują młodziutkiej Kali. Ona ma dużo więcej odwagi, żeby połączyć wszystkie te kontrasty, które przyjdą jej do głowy. Świeżość, na którą czekaliśmy od dawna!

alt aktualne wydarzenia kulturalne

“Zbrodnie serca” reż. Jarosław Tumidajski

Teatr Współczesny w Warszawie

Nie mają szczęścia aktorzy stołecznego Teatru Współczesnego, którzy od kilku dobrych sezonów taplają się w miałkim sosie swojego repertuaru. Najpierw nieudane „Fantazy” i kuriozalny „Czas barbarzyńców”, później „Psie Serce”, które publiczność może i porwało, ale raczej daleko mu do legendarnych przedstawień Macieja Englerta. Gdzie jest ta świeżość, lekkość, która uleciała w powietrze? Przyszła więc pora na pierwszą premierę w tym roku i kolejne rozdanie Jarosława Tumidajskiego, który zrealizował już trzeci tytuł dla Współczesnego (wcześniej wspomniany „Czas Barbarzyńców” oraz „Bucharest Calling”). Tym razem sięga po klasyczny amerykański tekst Beth Henley, nagrodzonej Pulitzerem, gdzie jak w każdym zakątku na świecie, odwagi do realizacji marzeń szukają… trzy siostry. Ten rozgrywający się w stanie Missisipi dramat to świetna okazja do namalowania portretu człowieka zagubionego w relacji z drugim człowiekiem. To także szansa na pokazanie jaką trudność sprawia nam dziś wysłuchanie czy przyznanie się do błędu, nawet przed samym sobą. Taki świat samotnych jednostek, samobójców.

Niestety mimo potencjału tekstu, temperatura spektaklu jest letnia, gubi gdzieś po drodze prawdę. Jakby narzucono na widzów szklaną zasłonę, która nie pozwala dotrzeć do aktorów. Te dość przerysowane postaci ze sceny są nam obce, niezrozumiałe, szybko o ich problemach zapominamy. Z zadania wywiązuje się jedynie Monika Kwiatkowska, która nie przeciąga postaci grubą kreską, odrzuca farsowość oraz fasadowość i tworzy niezwykle czystą rolę, skażoną wewnętrzną tragedią. Aż chciałoby się, żeby tą prostą, prawdziwą drogą poszli wszyscy, cały teatr przy Mokotowskiej, który ciągle gdzieś błądzi, szukając prawdziwej odpowiedzi. Tam grają naprawdę świetni aktorzy, a jakoś nie dane im się wykazać, szkoda.

alt aktualne wydarzenia kulturalne

„Turandot” reż. Mariusz Treliński

Teatr Wielki – Opera Narodowa

Mariusz Treliński nie wstydzi się sięgać po inspiracje w najbardziej odległe zakątki. Popowe półki ograbia z najlepszego i wrzuca do wielkich operowych dzieł, tworząc z nich swoje wirtuozerskie wariacje. Są tacy, których to bulwersuje, ale są i tacy, którzy wpatrzeni jak w święty obrazek w jego opery, zachwycają się, nazywając je odrodzeniem w tej dziedzinie sztuki. Okazją żeby się o tym przekonać, jest powracająca co jakiś czas na afisz opera „Turandot”, zrealizowana w 2011 roku. Giacomo Puccini w swojej ostatniej, nieukończonej operze zaprasza nas w świat orientu, w mury chińskiego zamku, który mieni się całym swych bogactwem i tradycją. To tam rozgrywa się krwawy dramat tytułowej księżniczki Turandot.

Ale Mariusz Treliński odrzuca to wszystko, by stworzyć z opery Pucciniego to, co zrobiono z partią „Nessun dorma” czyli popowy hit! I trzeba przyznać wychodzi z tego zwycięsko. Burzy te ciężkie mury i wszystko to, co przypisane operze miesza ze współczesną sztuką, zakłada na nią projekcje, doszywa elementy filmu i teatru, cytuje klasykę czarnych postaci w kinie grozy, od Drakuli po Jokera z Batmana. Okleja w kontrolowany kicz, nie bojąc się erotyzmu. Do tego wszystkiego dorzuca jeszcze chóry śpiewające z widowni i mocno musicalowe draq queen. Muzycznie idzie jeszcze dalej, naruszając tę warstwę chociażby poprzez dodanie pogłosów. Ale jest przy tym wszystkim niezwykle czujny, i co najistotniejsze, bardzo estetyczny, żeby nie powiedzieć subtelny. Ktoś za moimi plecami nazwał operę Trelińskiego śmietnikiem. Owszem, to śmietnik, ale przecież i tam można znaleźć istne skarby. A za taki uważam totalne dzieło Mariusza Trelińskiego.

alt aktualne wydarzenia kulturalne