Notatnik kulturalny #46

23 kwietnia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Life On Planet B” Bokka

Mystic Production

4/6

Kiedy na początku obecnej dekady, w Polskiej muzyce mieliśmy prawdziwy wysyp elektroniki, nikt się nie spodziewał, że ten fenomen osiągnie taką skalę. Dziś śmiało możemy mówić o renesansie tego gatunku, który zaowocował w wiele niezwykle ciekawych artystów. Jednym z takich objawień w 2012 roku był zespół Bokka, największa tajemnica na naszym podwórku. Ukrywający się pod maskami muzycy konsekwentnie zachowują swoją anonimowość i idąc śladami chociażby Daft Punk skupiają się tylko na muzyce. Oczywiście w tym szaleństwie jest metoda. Na szczęście, potwierdzeniem tej scenicznej kreacji jest muzyka. Zespół udowodnił to już pierwszym albumem, który był mocno zwrócony ku skandynawskim brzmieniom (niezwykle wówczas popularnym). Drugi krążek to już poważny sprawdzian i szaleństwo, znacznie ostrzejsze w graniu, zahaczające o indie-rocka.

Nowym krążkiem Bokka potwierdza, iż cały czas przechodzi przez proces, chcąc łączyć dwa światy, muzykę dla mas i niezależne granie. „Life On Planet B” to propozycja dla myślącego słuchacza, który czasem potrafi się też zabawić. Muzyka łącząca taneczne dźwięki z kontemplacją, w postaci kojącego fortepianu. A wszystko to z głosem wokalistki zespołu, która swą rzadko spotykaną barwą dodaje mroku i tajemnicy. Dobrze jest obserwować, jak muzycy dojrzewają i ciągle idą do przodu, rozwijając tym samym nie tylko siebie, ale i słuchacza.

„Nigdy cię tu nie było” reż. Lynne Ramsay

Gutek Film

5/6

Długo musieliśmy czekać na nowe dzieło od Lynne Ramsay, autorki fantastycznego „Musimy porozmawiać o Kevinie” z wybitną rolą Tildy Swinton. Po ponad sześciu latach od pamiętnego filmowego wydarzenia, Ramsay ponownie zaprasza nas w świat, gdzie pod powierzchnią ciszy czyha istne, obłędne szaleństwo. Horror! W najnowszym dziele snuje opowieść niczym Martin Scorsese w „Taksówkarzu” o szaleństwie, które ma w sobie każdy człowiek, a ono za sprawą kilku zderzeń z rzeczywistością, potrafi się wylać na powierzchnię. Joe (kolejna magnetyczna rola Joaquina Phoenixa) to były żołnierz, żyjący na skraju załamania nerwowego, który udaje się w misję, by odnaleźć więzioną przez pedofilów córkę senatora. By pokonać wroga, musi zmierzyć się z najtrudniejszym zadaniem, mianowicie swoją głową.

Największą zaletą kina Ramsay jest umiejętne łączenie plastyki, formy i prowadzenie głębokich i skomplikowanych ról swoich aktorów, co nieczęsto niestety się zdarza w kinie. To festiwal psychologicznych niuansów, podbity efektowną warstwą wizualną, z której przebija chociażby transowa muzyka Johnny’ego Greenwooda – najciekawszego i najbardziej niedocenionego obecnie kompozytora. Lynne Ramsay stworzyła ponownie duszny, nerwowy, pulsujący film, którego dziś nie powstydziłby się mistrz suspensu, Alfred Hitchcock, przy okazji udowadniając, że nie ma nic bardziej fascynującego od ludzkiego umysłu.

“Kartoteka Rozrzucona” reż. Radosław Rychcik

Teatr Studio w Warszawie

4/6

Błądzi Teatr Studio od jakiegoś czasu. Wdaje się w liczne romanse, które jeszcze przed powstaniem z góry narzucają sobie awangardę. Tylko, że przypominając sobie tegoroczne „Biesy” albo zeszłoroczne „Wyzwolenie”, to raczej wartości szukać tam na próżno. Kolejnym sprawdzianem była ostatnia premiera, w której Radosław Rychcik mierzy się z samym Tadeuszem Różewiczem. Jego bohater, niczym sam teatr, snuje się gdzieś w zagubieniu i mgle gęstej od postaci i demonów z przeszłości, które nie pozwalają na zrobienie kroku do przodu.

Reżyser wraz z zespołem aktorskim Studio proponuje nam podróż w głąb tego bohatera, którego tak idealnie, na nasze „wystylizowane” czasy tworzy Bartosz Porczyk. Jego bohater, odzwierciedla te nasze „gęby”, które choć tak piękne, to są samotne, puste, dążące donikąd. Jest w jego postaci tajemnica i cisnące się z podświadomości pytania, które rzadko dostają odpowiedź. Dość celnie to wszystko wybrzmiewa, ale przy okazji nie chce się tu zanudzić widza psychoanalizą. To zabawa w teatr (zabawa w świat?), gdzie pojawiają się liczne groteskowe postaci zderzające się z naszą świadomością. Tu należy przede wszystkim pochwalić Tomasza Nosińskiego, którego macierzysty teatr wciąż nie potrafi docenić. W „Kartotece” jest istnym mistrzem tej teatralnej ceremonii, mieniąc się wielobarwnością i solidnym rzemiosłem. On, podobnie jak reżyser, mruga do widza często przerysowując swoje postaci. Ale w tym tkwi idealna metoda na formę, która została narzucona.

To Różewicz odczytany na nowo, przez kolejne pokolenie, które żyje już w znacznie innym świecie. Jednak pokolenie wciąż ułomne, mierzące się z demonami skrywanymi w zakamarkach własnej psychiki. Różewicz, któremu oddano hołd i szacunek nie miażdżąc mistrza jak to miało miejsce przy okazji pseudointelektualnych „Biesów” według Dostojewskiego. Różewicz, którego potraktowano z przymrużeniem oka, wręcz popkulturowo, wciąż zachowując geniusz jego języka. Różewicz, który wciąż jest aktualny i należy podziękować Radosławowi Rychcikowi, że potrafił to wyciągnąć na powierzchnię, rzucając widzowi przed oczy, nie tracąc przy tym swojej poetyki. Fajny wyszedł z tego teatr!

„Białe łzy” Hari Kunzru

Wydawnictwo WAB

4/6

Temat rasizmu niestety nie przestaje być aktualny. Mijają lata, powstają kolejne filmy czy książki, a prześladowania na tle rasowym wciąż są pierwszoplanowym bohaterem dla wielu twórców. Po niezwykle ważnej książce „Kolej podziemia” Colsona Whiteheada, którą wychwalał sam Barack Obama, przychodzi pora na równie istotną pozycję, która na początku tego roku ukazała się w Polsce.

„Białe łzy” Hari Kunzru to surowy, pozbawiony ckliwej lekcji moralizatorskiej obraz Ameryki pełnej podziałów. Pisarz wprowadza nas w ten brudny świat poprzez bluesa. Wszystko oczami dwójki młodych ludzi, pokolenia millenialsów, nowojorskich hipsterów, którzy wraz z odkryciem zaginionej płyty bluesowej legendy, wybierają się w podróż, by czym prędzej odnaleźć zaginionego mistrza. Tylko że z czasem okazuje się, że ta wyprawa do najprzyjemniejszych nie będzie należeć, a wręcz przeciwnie będzie powodem do licznych bolesnych konsekwencji. „Białe łzy” to upokarzająca lekcja dla białych Amerykanów, którzy zapomnieli skąd wywodzi się blues, a dla pozostałej części chłosta, żebyśmy nie zapominali o swoich korzeniach. Przeczytajcie czym prędzej Kunzru to pisarz, który odkrywa Amerykę… taką jaka ona jest w rzeczywistości.