Notatnik kulturalny #47

30 kwietnia 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

Caer” Twin Shadow
Warner Music Group

Początek obecnej dekady to był prawdziwy rozkwit muzyki elektronicznej, która rozdrabniała się na szereg różnych podgatunków. Kiedy jedni zachwycali się neonowym synth-popem, drudzy zapuszczali się w tajemniczy, oniryczny świat chillwave’u. Jest i powrót do „nowej fali” (inaczej wariacji wywodzącej się z punkowego grania), której najmocniejszym punktem okazał się Twin Shadow z debiutanckim „Forget”, który do dziś uchodzi za jeden z najważniejszych albumów dekady. Przez lata muzyk nagrywał kolejne płyty i na tyle ile miał ochoty skręcał w różne strony, niestety przy ostatniej płycie idąc w zbyt mocne, popowe, momentami bezbarwne granie.
Ten rok przynosi nam czwarty album, który przypomina to co w jego muzyce najlepsze. Inaczej, prawdziwa bomba pełna syntezatorów, która przesiąknięta latami 80’ dziś wciąż wydaje się niezwykle świeża, ale i momentami bardzo odważna, zaskakująca. To muzyka, która pozwala unieść się gdzieś nad ziemią. Shadow posiada niezwykłą lekkość bytu, dryg do pisania wpadających w ucho, ale niebanalnych melodii. W dodatku jego głos też przechodzi ewolucje, dość często przypominając równie bogate wcielenia samego Prince’a. Jeśli tak ma wyglądać jego następca to jestem spokojny o muzykę. Na jej czele stanął właśnie nowy, bardziej mroczny książę.

4/6

Śmierć Stalina” reż. Armando, Kino Świat

Niby kolejna komedia łącząca się z ostrą satyrą, ale w całej Rosji nowy film Armando Iannucciego został zakazany, uznany za atak na ich bohaterów. Jak wiadomo, Rosjanie, podobnie jak my, są nazbyt przewrażliwieni na swoim punkcie i nierzadko nie potrafią się śmiać z samych siebie, albo przynajmniej podchodzić do tematu momentami z przymrużeniem oka. Tak postanowił zrobić wspomniany Iannucci, urodzony w Glasow reżyser, znany przede wszystkim z przebojowego serialu „Figurantka” gdzie snuje równie komiczną opowieść o wiceprezydencie Stanów Zjednoczonych.

W swoim najnowszym filmie idzie jednak o krok dalej, wchodząc na obce terytorium, zaglądając do 1953 roku, kiedy to śmierć Stalina stała się w Związku Radzieckim powodem do politycznych przepychanek. To taka komedia, która początkowo wywołuje w nas salwy śmiechu, głównie za sprawą genialnego Steve’a Buscemiego, by chwilę później przerazić nas, przybić. Polityka jest jakby piekłem za życia i ten obraz tak udanie w nawias wziął Iannucci. Dla tych, którzy będą szukać tutaj historii to niewłaściwy wybór, to po prostu najlepszej klasy kino rozrywkowe, z gatunku satyry, którą tak rzadko dziś się uprawia. To film tylko dla tych w pełni świadomych, tych, którzy w polityczne szpony nie wpadli, wciąż mając własne zdanie, inaczej poczują się jak zwykle obrażeni…

4/6

“Bal Manekinów” reż. Jerzy Stuhr
Och Teatr w Warszawie

„Cóż to za rozkosz poruszać się, upajać się ruchem. Czyż można wymyślić większą mękę, niż ta jak kamień stać nieruchomo latami w jednym miejscu.” Czyż jest bardziej trafne podsumowanie aktualnego stanu świadomości wielu zastygłych ludzi, niż to, które rozpoczyna tytułowy bal, wypowiedziane przez manekin damski? Idąc dalej, czy jest bardziej aktualny tekst od tego, który w latach 30. ubiegłego wieku napisał Bruno Jesieński? Aż się chciało, żeby ktoś przypomniał sobie o tym, sięgnął, po jakże aktualny szablon. Tym bardziej, że w pamięci wciąż mamy legendarną interpretację Janusza Warmińskiego z 1974 roku. Niestety żaden z młodych twórców tego nie zrobił. Odwagę miał tylko Jerzy Stuhr, który na scenie Och-Teatru zmierzył się z tym wysmakowanym tekstem.

Odwaga po pierwsze jeśli chodzi o treść, by wziąć w nawias tytułowy bal manekinów, na którym pojawia się nieproszony człowiek, w dodatku lider partii, by w konsekwencji pozbyć się własnej głowy. Odwaga, by z mowy ciała stworzyć język, pokłonić się nad rzemiosłem, które dziś jakby zastygło w aktorach. Dużo łatwiej jest przecież rozebrać się, pokazać penisa, niż zrobić skłon i obrót w przeciwną stronę. Zdanie o tyle trudne, żeby odpowiednio wywarzyć proporcję teatru słowa, myśli z teatrem formy, wręcz awangardy. Udało się Jerzemu Stuhrowi. Momentami bardzo zaskakuje on budowaniem swojej opowieści, która z jednej strony osadzona jest w klasycznej formie, z drugiej nasiąknięta świeżością. Nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie plastyczność młodych ludzi, z którymi reżyser zrobił ten tekst na dyplom w AST w Krakowie, na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu. Jedyne czego by się chciało to podobnego ryzyka w scenach „politycznych przypychanek”, tej ohydnej zabawy we władzę, która momentami schodzi na drugi plan. „Balem manekinów” Jerzego Stuhra uruchamia w nas tęsknotę do świata ludzi, który gdzieś zanika, podobnie jak z teatrem, który wychodzi z rzemiosła.

4/6


Dama Kameliowa” John Neumeier
Teatr Wielki – Opera Narodowa

Balet w Teatrze Wielkim w Warszawie najczęściej ustępuję miejsca operze, która swym rozmachem sprowadza go do postaci drugoplanowej. To co zrobiono z „Damą Kameliową” jest wielkim wydarzeniem i przypomnieniem świata, który jak żaden inny uruchamia w nas zastygłe emocje i bodźce. Balet, który ograniczony jest brakiem słowa, a dotyka nas po najbardziej odległych zakątkach naszego wnętrza. Na czele tego sukcesu stoi przede wszystkim John Neumeier, jeden z najważniejszych współczesnych choreografów, istny mag ludzkiego ciała. W przepięknej muzyce Fryderyka Chopina oprawia on ludzkie ciało, które uwalnia z emocji tworząc fascynującą narrację. Udało się to wszystko podbić transcendentnym budowaniem opowieści, która dodaje wartości całemu temu widowisku. Tutaj brawa należą się też zespołowi, który poddał się mistrzowi, z lekkością kreując jego wizję. Chciałbym, żeby nowa inscenizacja „Damy Kameliowej” była dla wielu pierwszą lekcją styczności z tym innymi światem, który zrobiony w klasycznej formie prowokuje nas do ciągłych poszukiwań. To nie jest zmierzenie się z kolejnym sezonem przeboju Netflixa czy teatr pseudo-inteligenck. To balet wymagający od nas większego skupienia, ale też oferujący znacznie więcej. Zamknięty w muzyce ruch, który jest polem do nieskończoności w interpretacji. Wielka klasa!

5/6

„Porwanie Edgarda Mortary” David I. Kertzer

Wydawnictwo Czarne

David I. Kertzer lubi wkładać kij w mrowisko. Pokazał to chociażby nagrodzoną nagrodą Pulitzera książką „Papież i Mussolini”. Tym razem ponownie podważa temat wiary, w mistrzowski sposób pokazując całe jej zakłamanie. Wszystko dzieje się w połowie XIX wieku we włoskiej Bolonii, gdzie dochodzi do porwania sześcioletniego żydowskiego chłopca, tytułowego Edgarda, który został uprowadzony przez żandarmów kościelnych. Wszystko przez to, że został ochrzczony przez gosposię w trakcie poważnej choroby, a jak mówiło ówczesne prawo, taki człowiek nie mógł być już wychowywany przez Żydów… Kertzer w swojej nowej książce w zarówno fascynujący jak i przerażający  sposób przedstawia jedną z wielu haniebnych kart kościoła, która dotyczy bezwzględności wobec Żydów, którzy w ówczesnym czasie byli traktowani i przedstawiani w najgorszym świetle. Książka Kertzera posiada wiele wartości. Jest doskonałą literaturą, rozrywką, która jak najlepszy prasowy reportaż czy też kryminał wciąga nas po uszy w swój świat. Jest też ważnym głosem sprzeciwu wobec ciągłej panującej władzy kościoła, który, jak udowadnia autor, świetnie opowiedzianą historią potrafi na lata zmieniać myślenie ludzi. Niby historia sprzed 150 lat, a jakże aktualna dziś. My się nic nie zmieniamy!

5/6