Notatnik kulturalny #5

3 lipca 2017, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

Muzeum Warszawy

Warszawska mapa galerii i muzeów ma się znakomicie. Do listy miejsc, które odwiedzić trzeba, nie tylko będąc miłośnikiem sztuki, dołącza otwarte na nowo Muzeum Warszawy, mieszczące się na rynku Starego Miasta. Po trwającym trzy lata remoncie dostajemy miejsce, składające się z jedenastu połączonych ze sobą kamienic, które w środku prezentują niezwykle bogatą historię miasta zamkniętą w dwudziestu jeden gabinetach, z których każdy dotyka zupełnie czegoś innego. Oczywiście nie może zabraknąć wciąż modnej i inspirującej twórców syrenki i jej losów, historii miasta, które po wojnie zostało zbudowane na nowo, słynnych warszawiaków, ale są i przedmioty, które zapisały w sobie historię stolicy czy reklamy lokalnych produktów. Ta wystawa udowadnia, że jak zakochać się to tylko w Warszawie!

„Piękny nieczuły” Jean Cocteau
Teatr Polonia – reż. Edward Wojtaszek

Mijający sezon w Teatrze Polonia został zakończony owacjami na stojąco. Wszystko to za sprawą Natalii Sikory, która zachwyciła nas po raz kolejny swoim talentem. Pretekstem do spotkania się z artystką stał się napisany w 1940 roku, przez poetę Jeana Cocteau tekst Piękny nieczuły, który na deskach warszawskiego teatru przypomniał Edward Wojtaszek. Nie da się opisać uczuć, które towarzyszą oglądaniu Sikory na scenie. To tak jakbyśmy podziwiali gwiazdę rangi samej Piaf. Talent, który na scenie rozkwita. Jej wstrząsający monolog kobiety samotnej, wylewającej na zewnątrz swój ból wbija widza w krzesło, kiedy zaś śpiewa piosenki z repertuaru Edith Piaf, wzrusza publiczność, która nie przestaje bić braw i prosić o kolejne bisy. Spektakl ten skromny i bardzo krótki, za to dość awangardowy, odważny w swoich pauzach i ciszy jak na dzisiejsze chaotyczne i przekrzyczane czasy. Pozwalający celebrować widzowi, każdy gest aktorów, poznać dogłębniej tę pustkę, w której oboje tkwią. Ten spektakl jest zwyczajnie piękny w nieczułym świecie.

„Volta” reż. Juliusz Machulski
Kino Świat

Król Komedii Juliusz Machulski powraca z kolejnym filmem. Tym razem interesuje go korona Kazimierza Wielkiego, która staje się przyczyną całego zamieszania, splatającego losy wielu bohaterów, także na przestrzeni kilku wieków. Ale Machulskiego jak zawsze nie interesuje tylko stworzenie komedii mającej zapewnić jedynie prostą rozrywkę. Pod całym płaszczykiem absurdu kryje się komentarz do otaczającej nas rzeczywistości, w której roi się od podobnych cwaniaczków, chcąc przywrócić Polsce to, co utracone. Szkoda tylko, że wszystko w tym filmie jest nierówne, balansujące na granicy przyzwoitego kina i żenady od scenariusza, detali (korona przypomina plastik z supermarketu), po aktorstwo. To na co czekamy przez cały film to pojawienie się na ekranie brawurowego duetu Jacek Braciak – Andrzej Zieliński, który bawi się tym przerysowaniem, odpowiednio ważąc proporcje tego humoru. Gorzej z głównymi bohaterkami (Aleksandra Domańska i Olga Bołądź), które pozbawione pomysłu na postaci w swej bezbarwności giną. Nie ma volty ani rewolty, raczej przeciętna zabawa.

„Crack-Up” Fleet Foxes
Warner Music Poland

Raz na parę lat przyjdzie taki dzień, kiedy Fleet Foxes, mistrzowie folku wydają płytę. Tym razem po sześciu latach przerwy doczekaliśmy się następcy genialnego Helplessness Blues. Ale to czekanie ponownie się opłaciło. Na Crack-Up Robin Pecknold proponuje nam folk w nieco ciemniejszej, mrocznej odsłonie, dotykający niemocy twórczej i stawiający pytania o życiowe cele i priorytety. Inspirowany esejami z 1936 roku Francisa Scotta Fitzggeralda (Wielki Gatsby) album jest wielobarwny i dopieszczony, w każdym szczególe. Tutaj każdy dźwięk coś oznacza, każda sekunda jest przemyślana, tworząc niezwykły koncept pozwalający słuchaczowi na zatrzymanie się w tej psychodelicznej, muzycznej podróży do wnętrza człowieka.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha
Wydawnictwo Karakter

Zbieranie rzeczy jest jak narkotyk, uzależnia. To chwilowa przyjemność, którą zaraz będzie trzeba zastąpić nowym doznaniem. Najpierw trafia coś w nasze ręce, co zwyczajnie zachwyca, po chwili pozostaje jedynie zakurzonym elementem na półce, który ustępuje miejsca nowej rzeczy. Podobnie mam z książkami. Czasem zdarza się jednak taki tytuł, który pozostaje na dłużej, niekiedy na zawsze. Tak jest i tym razem. Marcin Wicha z książki na książkę staje się niepozornie jednym z najważniejszych literatów w Polsce. W książce Rzeczy, których nie wyrzuciłem, rozprawia się z przeszłością, z matką, jej historią zakodowaną w przedmiotach, które po niej zostały. Wicha w swym eseju jest mistrzowski, bawi, wzrusza, prowokuje nas do wejścia w ekshibicjonistyczną grę, w której ludzi poznaje się dopiero po śmierci. Wcześniej nikomu na takie prawdziwe poznanie nie starcza odwagi. A teraz nie żyje. Siedzę w jej mieszkaniu. Wszystko zniknęło. Zostały tylko książki… Całe życie z nich wróżyłem. Szukałem puent…