Notatnik kulturalny #50

21 maja 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Ognisty anioł” reż. Mariusz Treliński

Teatr Wielki – Opera Narodowa

5/6

Ostatnie premiery Teatru Wielkiego – Opery Narodowej nie potrafiły mnie napełnić do syta.  Szczególnie w obecnym sezonie, w którym twórcy od początku gdzieś błądzą, by tylko wspomnieć dość nużącą realizację „Erosa i Psyche” w reżyserii Barbary Wysockiej. Owiana w skandale związane z protestami pracowników, powstająca w napiętej atmosferze najnowsza premiera „Ognistego anioła” zapowiadała raczej kolejne niepowodzenie. Nic bardziej mylnego. Dość nieoczywista i niepokojąca opera Siergieja Prokofiewa, wystawiana zaledwie drugi raz w naszym kraju, to wielkie wydarzenie i jedna z najlepszych oper Mariusza Trelińskiego na warszawskiej scenie.

„Ognisty anioł”, choć mieni się wieloma barwami, jest zagłębieniem się w środek mrocznej duszy człowieka. Pojawia się wiele pytań, które szczególnie dziś stają się niezwykle aktualne. Wszystko przez postać głównej bohaterki, mierzącej się ze światem mężczyzn doprowadzających ją do obłędu, a wręcz opętania. Treliński tworzy niezwykłą całość. Zresztą to jego domena, że każda opera utkana jest z wielu środków, by w końcowym efekcie otrzymać właśnie całość. Ponownie inspiracji szuka w kinie. Jego opery to niemal filmowe dzieła. Tym razem wszystko zanurzono w klimacie kina noir czy suspensów, jak u Alfreda Hitchcocka, pełne mroku i niepewności.

Oczywiście równorzędne laury należą się stałemu scenografowi reżysera. Boris Kudlička tworzy doskonałą wielopiętrową, a przez to wielowymiarową scenografię, penetrując tym samym dogłębniej ludzką psychikę. W końcu pada kluczowe zdanie w całej operze: Człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo samego Stwórcy, dlatego ma w sobie cechy niezrozumiałe ani dla aniołów, ani dla demonów. Mariusz Treliński podjął próbę namalowania tego wręcz nieludzkiego stworzenia i wyszło mu to perfekcyjnie.

 

„W Polskę idziemy” Wojciech Młynarski

Proszyński i S-ka

5/6

Są takie książki, które zwyczajnie trzeba mieć na swojej półce. Takie kanony, które powinniśmy przekazywać tym, którzy nie mieli jakimś cudem z nimi styczności. Radzę odrzucić wszelkie proponowane obecnie pozycje lekturowe i samemu poszukać tego, co zwyczajnie zacne i wartościowe. „W Polskę idziemy” Wojciecha Młynarskiego to portret idealny Polaka. Idealny, choć złożony z wielu stron, również tych haniebnych. To potężny zbiór wierszy i piosenek (w tym bardzo dużo nigdy niepublikowanych), w których autor niezwykle trafnie opisuje naszą rzeczywistość. Rzeczywistość, która rozbita jest na wiele dekad, będąca twarzą przeszłości i tego, co dziś dzieje się w kraju po obu stronach Wisły.

Ale jak to w twórczości Młynarskiego, nie znajdziemy w niej topornego, ciężkiego ładunku, raczej pełen ironii i humoru język, który zmusza do refleksji. I w tym tkwi wielka wartość jego tekstów, które są pozornie gładką płaszczyzną, jednak gdy przyjrzymy się bliżej posiadają wiele rys i wgłębień, by zacytować maleńki fragment: Gdy przez chmury zły deszczyk przeciekł, i paskudny wiaterek zawiał, na pobliskim uniwersytecie, powołano Wydział Bezprawia… Czytajmy Młynarskiego, on pomoże nam wiele rzeczy zrozumieć, przy tym wciąż zachowując pozytywne nastawienie. Autor nie chce nas zdołować. Ten wciąż nieodpowiednio doceniony myśliciel pisał najpiękniejsze ballady o życiu, o nas wszystkich, bez wyjątku.

„Patrick Melrose”

HBO GO

6/6

Łapię się za głowę, kiedy widzę kolejne zapowiedzi serialu promowanego na taki, co to jeszcze nigdy nie powstał, albo że tego jeszcze nie widzieliśmy… Ale nie dlatego, że z góry zakładam porażkę, wręcz przeciwnie, boję się dopisać kolejny tytuł do listy obowiązkowej. Produkcje telewizyjne naprawdę rosną w siłę, potęgę! „Patrick Melrose” przeszedł jednak moje wszelkie pojęcie. Zmiażdżył swoim ładunkiem tak, że po obejrzeniu pierwszego odcinka, poczułem się wypluty jak jego bohater walczący z nieustannym zjazdem ponarkotykowym.

Tytułowy Patrick nie jest jednak facetem z marginesu, a wręcz przeciwnie. To współczesny arystokrata, inteligent, który, wydaje się, nie ma żadnych limitów na swoich bankowych kontach. Nie ma też żadnych limitów, jeśli chodzi o smakowanie życia. Jednak najlepsze garnitury, hotele i przepiękne kobiety mu nie wystarczają, bowiem to, co go wciąż dręczy, to traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, z których najważniejsze dotyczy ojca-tyrana. Wybitnie prowadzony pięcioodcinkowy mini-serial jest zarówno wizualną, jak i aktorską ucztą. Benedict Cumberbatch wstrząsająco maluje portret pokolenia nie potrafiącego żyć, zagubionego, wręcz niewychowanego czy nieprzystosowanego do życia. Jego Patrick tylko pozornie kąpie się w złocie, w rzeczywistości tapla się w gównie.

Dawno już żaden serial komercyjny nie był zrobiony z tak dużą precyzją. Powiedzmy sobie wprost, to nie jest przyjemne doświadczenie. Warto pamiętać, że telewizja i nałogowo oglądane seriale, to również uzależnienie, ucieczka przed rzeczywistością. Przyznaję. „Patrick Melrose” jest jak najtwardszy narkotyk, przerzuca nas po wielu płaszczyznach zagubionej ludzkiej psychiki. Jest demoniczny i zabójczy, ale szalenie wciągający. Spróbujcie koniecznie, ale nie ponoszę odpowiedzialności za efekt końcowy!

„120 uderzeń serca” reż. Robin Campillo

Gutek Film

 4/6

Dosłownie kilka dni temu zakończyła się kolejna edycja festiwalu filmowego w Cannes. Złota Palma powędrowała do Japonii, zaś nas ogromnie cieszy fakt, że za reżyserię nagrodzono Pawła Pawlikowskiego. W naszych kinach wybrzmiewa właśnie echo zeszłorocznej edycji, mianowicie do kin wszedł fantastyczny obraz Robina Campillo. Jeden z najlepszych wówczas konkursowych filmów nagrodzony Grand Prix, nagrodą FIPRESCI czy Queer Palmą. „120 uderzeń serca” to kino na nasze czasy, kino portretujące pokolenie, które dziś błądzi, a przecież jeszcze nie tak dawno niepozbawione było nadziei.

Tak modne dziś „najntisy”, czyli szalone lata 90. są tłem dla obrazu Campillo. To tło niezwykle efektowne, dziś powiedzielibyśmy stylowe. Takie, do którego chciałoby się wejść. Paryskie kluby, kultura rave i jakaś nieograniczona niczym wolność. Ale poza nostalgią dotyka się tu ważnych spraw. Reżyser wprowadza widza w sam środek walki o prawa ludzi chorych na AIDS, paryskiego stowarzyszenia ACT UP. Przy tym wszystkim, pokazuje czasy w końcu tak nieodległe, a tak bogate w nadzieję, że wszystko jest możliwe. Może i naiwne, ale dziś całkowicie nieaktualne i dlatego jego film oglądamy jak najlepsze wspomnienie. Campillo udowodnił to, pisząc scenariusz nagrodzonej Złotą Palmą „Klasy”. Jeśli chodzi o uruchamianie w ludziach emocji jest niezastąpiony, ale też przy tym niezwykle prawdziwy, niemal jak w dokumentalnym zapisie. Szybsze bicie serca gwarantowane!