Notatnik kulturalny #51

28 maja 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

Miuosh / Smolik / NOSPR

My Music

4/6

Miuosh to jeden z najciekawszych polskich raperów, który od lat konsekwentnie się rozwija, włączając w ten proces swoich fanów. Jest jednak, w porównaniu do kolegów z podwórka, mało przebojowy, żeby nie powiedzieć pozerski, pajacowaty. Za to ta muzyka! To ona się ma liczyć, a mniej kolejny nowiutki, różowy dres… Swoją wartość pokazuje też na albumach, gdzie tak jak w przypadku świetnego krążka „POP.” rezygnuje z kolaboracji z „ziomkami”, na rzecz Organka, Kasi Nosowskiej czy Piotra Roguckiego z zespołu Coma. To dopiero szacun! Jego najnowsza propozycja to projekt stworzony wspólnie ze Smolikiem w sali NOSPR w Katowicach. Zapis koncertu, który zaskakuje swoim ogromnym rozmachem.

Mamy tu licznych gości, kolosalną orkiestrę i dwójkę utalentowanych muzyków, którzy udowadniają, że muzyka zdecydowanie łączy. Za materiał posłużyły tu pozycje ze wspomnianego albumu „POP.”, z którego pochodzi niezapomniany kawałek „Miasto szczęścia” z gościnnym udziałem Bajmu. Lubimy takie połączenia! Tym samym potwierdza się ponownie teza, że polski rap (zresztą podobnie jak na świecie) to obecnie jeden z najbardziej wszechstronnych i najmocniej rozwijających się gatunków. Takie cierpienia współczesnego inteligenta, który na całe szczęście, wyzbył się łatki chłopaka z osiedla. Miuosh jest jednym z jego odbić i warto śledzić jego drogę.

„Książę i dybuk” reż. Elwira Niewiera, Piotr Rosołowski

Against Gravity

5/6

Życie Michała Waszyńskiego jest jak najlepszy scenariusz filmowy, który gdyby tylko znalazł się za oceanem, już dawno byłby filmem biograficznym w gwiazdorskiej obsadzie. Posypałyby się też zapewne Oscary… Na naszych rodzimych warunkach powstał jednak film dokumentalny. Dobre i to, bo fascynująca postać Michała Waszyńskiego, jednego z ojców polskiego kina, zdecydowanie powinna znaleźć się na językach wszystkich. Oto on, chłopiec pochodzący z żydowskiej rodziny, urodzony jako Mosze Waks. Jednak z czasem, kiedy dorasta, odcina się od korzeni, które przed drugą wojną światową jak wiemy, nie były mile widziane i wchodzi w świat przedwojennej polskiej kinematografii, stając się tym samym jednym z najbardziej płodnych wówczas reżyserów.

Dalej jest już jak z amerykańskiego snu, życie pełne wzlotów i upadków, które doprowadza go do Włoch, by tam zająć się kinem z największymi gwiazdami jak Anna Magnani, Victorio de Sica, Sofia Loren, Orson Welles czy Audrey Hepburn. Sam film jest poprawnym formalnie dokumentem, nie ma tu szczególnych zabiegów reżyserskich, jakiś fajerwerków, do których przyzwyczaili nas w ostatnim czasie inni twórcy zabierający się za temat biografii. W tym wypadku nie jest to jednak najważniejsze.

Liczy się to, co zostało w końcu powiedziane. Ogromna, rzetelna i uczciwa praca jaką wykonali Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski. Ma liczyć się on, Michał Waszyński, człowiek, którego życie przekonuje, że wszystko jest możliwe, szczególnie jeśli chodzi o kino. To istna magia!

„Król” reż. Monika Strzępka

Teatr Polski w Warszawie

6/6

Powoli dobiegający do końca sezon teatralny wskazuje, iż na jedną z najciekawszych obecnie scen teatralnych wyrasta Teatr Polski w Warszawie. Kierowany przez kilka lat przez Andrzeja Seweryna teatr, był miejscem prezentującym najlepszej jakości klasykę, której brakowało jednak choćby muśnięcia odwagi w interpretacjach. To taki teatr, który raczej nie prowokował do dyskusji, teatr gdzieś na uboczu. To, co się wydarzyło w tym sezonie przechodzi wszelkie pojęcie, żeby wspomnieć chociażby świetnego „Wujaszka Wanię” w reżyserii Iwana Wyrypajewa czy koprodukcję Polskiego z Teatrem Żydowskim z okazji obchodów rocznicy Marca 68’, której efektem był niezwykle ważny spektakl Anny Smolar (pisaliśmy o nim w tym artykule).

Strzępka i Demirski ponownie

Przyszła jednak pora na najhuczniej zapowiadaną premierę, może nawet najważniejszy spektakl jaki powstał na tej legendarnej scenie od wielu, wielu lat. Za jego rozgłosem stoi duet Monika Strzępka i Paweł Demirski, którzy tym razem na warsztat wzięli powieść Szczepana Twardocha. Mamy więc przedwojenną Warszawę, która jakby ubrana w filtr serialu „Peaky Blinders” przedstawia tamtejsze realia, ich mroczną stronę, napięte stosunki polsko-żydowskie. Gangsterka, porachunki, a w tle wielkie zmiany obnażające nasze myślenie o innych.

Cieszy mnie rozmach i niezwykła kreatywność Moniki Strzępki, która w ciągu roku tworzy kolejną premierę będącą zarazem spójną całością, jak i czymś odrębnym, niepowtarzalnym. W „Królu” łączy ona dwa tak gryzące się dziś światy, teatru nowoczesnego, wręcz krzykliwego, zakorzenionego w popkulturze z pełnym symboliki czy wręcz poezji klasycznym spektaklem. To teatr, który pod płaszczykiem pewnej umowności tej dziedziny sztuki, niesie na barkach arcyważne przesłanie. Teatr, który wtrąca się i przepycha łokciami do przodu, by zakomunikować tym co zapomnieli, że nie jesteśmy jedynie ofiarami, albo co gorzej bohaterami.

Jest w tym wszystkim szacunek do tekstu Twardocha, historii, także historii miejsca, do widza i przede wszystkim aktorów, którzy pokazali, że w dzisiejszym zalewie indywidualności i kultu jednostki można stworzyć zespół grający do jednej bramki. Takiego potężnego aktorstwa dawno nie widziałem na deskach teatru, by wspomnieć chociażby świetnego Adama Cywkę, Pawła Tomaszewskiego, Elizę Borowską czy kolejną wybitną rolę Krzysztofa Dracza. Oburzeni są ci, których uwiera zamazywanie nieskazitelnego portretu Polaka. A ja się cieszę, że nie wszystko jest jednak takie oczywiste i czyste, a w szczególności teatr, idąc dalej, sztuka mówienia prawdy. Brawo!

„Love is Dead” Chvrches

Universal Music Polska

3/6 

Młodzi ludzie wieńczą koniec miłości. Są bez nadziei, samotni, tułają się po świecie. Wszystko to oczywiście sprawka szkockiego zespołu Chvrches, pod którego nazwą ukrywają się Lauren Mayberry, Iain Cook i Martin Doherty. Kiedy się pojawili na początku dekady, byli sporą sensacją. Zresztą trafili ze swoją muzyką w najgorętszy okres brzmień z gatunku electro-pop, zdobywając wyznawców na całym świecie, a przy okazji zajmując 5 miejsce w prestiżowym konkursie „BBC Sound of”. Teraz przyszła pora na trzeci rozdział, płytę, za której produkcję odpowiadają Greg Kurstin (Sia czy Adele) oraz Steve Mac (Ed Sheeran, Pink). Gościnnie zaś głosu udzielił Matt Berninger z zespołu The National.

Na „Love is Dead” miłość umiera przy znanych fanom zespołu synthpopowych dźwiękach, pełnych syntezatorów i miękkiej elektroniki. To taka leniwa dyskoteka samotnie przetańczona. Pełne neonowego różu tło. Niektórzy fani poprzednich dwóch albumów mogą być jednak zawiedzeni. Jest delikatniej, ostrożniej, zwyczajnie popowo, jakby ta miłość potraktowana była przez jakiś nastolatków. Nieco infantylna, banalna, szczeniacka. To wszystko po pierwszym przesłuchaniu zlewa się w dość nużącą całość. Brakuje tu szaleństwa i niepokoju, który szczególnie mocno odbijał się na debiucie „The Bones of What You Believe” w 2013 roku. Chciałoby się więcej, chciałoby się w tej płycie zakochać, a tak pozostaje tylko niewinne acz zalotne spojrzenie.