Notatnik kulturalny #52

4 czerwca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

“Czuwaj” reż. Robert Gliński

Monolith Films

2/6

Nie jest trudno coś powiedzieć, szczególnie jeśli używa się do tego sztuki, w tym wypadku kina. Właśnie można powiedzieć co się chce. Zawsze jakiś temat leży na ulicy. Gorzej jeśli nie ma się do tego odpowiednich narzędzi, wtedy wszystko wydaje się stracone, ba śmieszne i mało skłaniające do pochylenia się nad wyciągniętym problemem. Taki efekt ewidentnie uzyskał Robert Gliński z filmem „Czuwaj”, pokazywanym w zeszłym roku na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Swoją drogą wciąż nie potrafię zrozumieć dlaczego ten film został zakwalifikowany do konkursu głównego, a pominięto w nim świetne „Dzikie róże” Anny Jadowskiej. A właściwie to może ja wszystko rozumiem… W „Czuwaj” ponownie dotyka problemów młodzieży („Cześć Tereska”, „Świnki”). Reżyser historię zamyka w obozie harcerskim złożonym z chłopaków z dwóch różnych światów. Te podziały klasowe i przynależności mają być dla nich najważniejszą lekcją, moralności, szacunku, tolerancji. Tylko, że z czasem na obozie zaczyna dochodzić do morderstw.

Wszystko w kameralnym, czarno-białym tonie, wręcz mocno offowym przypomina kino raczej stworzone na zaliczenie w szkole filmowej, niż film uznanego reżysera. Gliński gubi się w narzuconej przez siebie konwencji thrillera, która zamiast budować napięcie, raczej sprawia, że czujemy się zażenowani. Ewidentnie nie czuje on tego gatunku, wyślizguje mu się on z rąk. Podobne potknięcia są też w samej warstwie scenariuszowej, która wielokrotnie powoduje, że nieraz stawiamy pytania z niezrozumienia po kuriozalnych scenach jak chociażby w tej, kiedy dochodzi do pierwszego morderstwa, a życie na obozie niemal toczy się dalej tym samym rytmem… Powstało kino niewiarygodne, poczynając od prowadzenia historii, jak i samych bohaterów. To takie dziobanie trudnego tematu, o którym się nic nie wie, a wypowiada i jeszcze w dodatku szarżuje moralizatorką. Warto zapomnieć, albo inaczej… powrócić do wspomnianego świetnego filmu „Cześć Tereska” Glińskiego, który ma wszystko to, czego brakuje temu filmowi.

„Albo Inaczej 2” Różni Wykonawcy

Alkopoligamia.com

3/6

Cenię sobie eksperymenty muzyczne, które łączą różne style, albo co za tym idzie artystów ponad pokoleniami czy podziałami. Tak było chociażby na pierwszej części składanki „Albo Inaczej”, gdzie za klasyki polskiego hip-hopu zabrali się m.in.: Zbigniew Wodecki, Krystyna Prońko, Andrzej Dąbrowski czy Ewa Bem. W zupełnie nowych, mocno jazzowych aranżacjach zaśpiewali oni teksty Pezeta, Kalibra 44 czy Tede. Odbiór słuchaczy jak i krytyków był niezwykle entuzjastyczny, płyta otrzymała także status złotej. Siłą rzeczy, że na jednorazowej przygodzie się nie skończy. Do słuchaczy trafia właśnie druga odsłona tego projektu, z tą różnicą, że za hip hop zabrało się tym razem młode pokolenie. I tak w imponującym składzie mamy Mroza, Rosalie., Darię Zawiałow, Krzysztofa Zalewskiego, Natalię Nykiel oraz wiele innych nazwisk.

Niestety sukces udał się tym razem połowicznie. Zabrakło w tym wszystkim spójności i konsekwencji, którą posiadał pierwszy album. Różnorodność gatunków, po których poruszają się goście trochę przytłacza i nie zawsze ze sobą współgra. Fantastycznie jak zawsze radzi sobie Justyna Święś z zespołu The Dumplings, która wykonuje „Czerwoną sukienkę” Fisza.  Justyna udowodniła już w projekcie poświęconym Agnieszce Osieckiej, że ma niezwykłą łatwość i ogromną wrażliwość w wykonywaniu „cudzych” utworów. Ona je zwyczajnie pokochuje i daje im swoją anielską duszę. W „Czerwonej sukience” unosi się gdzieś po latach 90. i wspomina z nami złote czasy trip-hopu. Jest w tym wszystkim magnetyczna! Takich momentów jest jeszcze parę, chociażby wspomniana bujająca Rosalie. czy subtelny Ralph Kamiński. Stylistyczne rozbicie rozmywa nieco ten album i nasuwa się pytanie dlaczego on właściwie powstał. Ta rozpiętość to jest właśnie urok, ale i przekleństwo składanek.

„Ojczyzna w sztuce”

MOCAK w Krakowie

5/6

W krakowskim MOCAK’u jak zawsze głośno i konkretnie. Tam sztuka bardzo często bierze na warsztat trapiące nas dzisiaj pytania i pozwala poszukać odpowiedzi. Tym razem zabiera się za słowo „ojczyzna”, które wywołuje u jednych tyle samo wzruszeń, co w drugich niechęci. Jak opowiadają twórcy wystawy, ojczyzna w dawnym rozumieniu było to miejsce, w którym się dorastało, do którego się przynależało i którego za cenę życia należało bronić przed obcymi. Ojczyzna była twierdzą, gdzie mówiono w jednym języku, czczono lokalnego boga i hołdowano tradycji szanowanej na równi z rytuałami religijnymi.

Dziś, podobnie jak inne symbole, uległa ona ostrej modernizacji, a nawet transformacji. Na wystawie w MOCAK’u zabrano się za jej sportretowanie. Wielu mogłoby się oburzyć, że efekt jest zbyt powierzchowny, stereotypowy, ubrany we flagi i biało-czerwone barwy. Tylko że, jeśli się właśnie temu przyjrzeć, to tak w istocie o ojczyźnie myślimy, tak ją dekorujemy. Znajdziemy tu prace m.in.: Edwarda Dwurnika, Krzysztofa Wodiczko, Rafała Bujnowskiego, Davida Černego, Władysława Hasiora czy nawet Jana Matejko. Warto zobaczyć tę wystawę i później zadać sobie pytanie czym dla nas jest ojczyzna. Z pewnością odpowiedź znajdziemy w jednej z prezentowanych prac.

„Ulga” Natalia Fiedorczuk

Wielka Litera

4/6 

Wszyscy szukamy znieczulenia, które pozwoli nam ukoić ból istnienia, albo chociaż uspokoić na pewien czas. Takiego „leku”, tytułowej ulgi szuka się też w nowej książce Natalii Fiedorczuk, laureatki Paszportu Polityki za „Jak pokochać centra handlowe”. W najnowszej powieści maluje ona istne piekło za życia, piekło, którego ofiarami są kobiety. Podpatrujemy tę codzienność, w której niemal walczą one o przetrwanie. Mierzymy się z ich traumami, frustracjami i ograniczeniami, jakie narzuca im świat. Cała beznadzieja powoduje, że szukają one ulgi w narzuconych przez czasy rolach. To książka o współczesnych kobietach, które popycha się na głęboką wodę, gdzie następnie toną one w roli modnej mamuśki i przebojowej businesswoman. Takie role ma spełniać też Karolina, która musi stawiać czoła przeszłości tej bardziej odległej, której symbolem jest jej matka, oraz niedawnej, gdzie staje się ofiarą przemocy fizycznej.

Książka Fiedorczuk nie tylko przeraża wydźwiękiem opowieści, ale także fascynuje od strony literackiej. Codzienność jest opisana niemal z namaszczeniem. Autorka porusza się po niebezpiecznej granicy, gdzie bolesny zapis codzienności, niemal reporterski styka się z prostą literaturą. Na całe szczęście w tej prostocie jest wielka siła i uczciwość pisarki.