Notatnik kulturalny #53

11 czerwca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

“So sad, so sexy” Lykke Li

RCA

3/6

Lykke Li przez ostanie lata długo milczała. Poniekąd było to zrozumiałe, w końcu pierwsze trzy płyty – niezwykle spójne i równe wyniosły ją na pozycję jednej z najważniejszych współczesnych wokalistek w Europie. Taka offowa księżniczka popu ze Szwecji. I nie mowa tutaj tylko o granym przez wszystkie letnie tańcbudy przeboju „I Follow Rivers”. Jej doskonała trzecia płyta „I Never Learn” była potwierdzeniem wszelkich laurów i pochwał, przełamując wszelkie stereotypy muzyki rozrywkowej. Potwierdzeniem tego była jeszcze lepsza trasa koncertowa. Przyszła więc pora się ocknąć i zapisać czwarty rozdział. Utkany jakby w spokoju, w oddali od tego, co przyniosła jej muzyczna przeszłość.

Dokładnie jak w tytule albumu, jest smutno i seksownie zarazem. Pełno tu skandynawskiego niepokoju, który przeplata się z sensualnym zachodem słońca. A wszystko odciśnięte w modnym ostatnio szablonie alternatywnego r’n’b. Sukces udany połowicznie. Ta melancholia, żeby nie powiedzieć smutek jest bardzo efektowna, tylko że z czasem zaczyna nas męczyć i zlewać w jedność. Zabrakło tutaj momentów obciążających ten ton, albo wręcz przeciwnie, nad wyraz dramatycznych. Wszystko jakby w miejscu, ni to zimne, ni ciepłe. Za to głos wciąż ten sam, przeszywający nas na wskroś i ostrzegający przed samotnością, która już nas nawet nie boli, nie drażni, a zwyczajnie ją polubiliśmy.

„Carmen” reż. Andrzej Chyra

Teatr Wielki – Opera Narodowa

2/6

Coś poszło nie tak i kończący się sezon w warszawskim Teatrze Wielkim zamiast wielkiej fety wprawił widzów w zakłopotanie. Mowa oczywiście o ostatniej premierze sezonu czyli długo wyczekiwanej „Carmen” w reżyserii Andrzeja Chyry. Opera Georges’a Bizeta to jedna z tych kanonicznych, będąca jednym z najbardziej rozpoznawalnych dzieł w tej dziedzinie sztuki. Zadanie tym bardziej trudne, wręcz szalone, żeby zmierzyć się jeszcze raz z tym, co znamy na wylot. Ba! Zmierzyć się z czasami, które dookoła nas i wsadzić w nie tytułową Carmen, cygankę, przemytniczkę, która zmusza rozkochanego w niej żołnierza do dezercji. Miłość ponad wszystko.

Niestety problem miałem z odtwórczynią Carmen. Rinat Shaham, która po raz kolejny w swoim życiu wcieliła się w tą postać, ulepiła ją tym razem z wielkiej przesady. Zarysowała ją tak mocno i nierówno, jest zbyt wulgarna, mało apetyczna, raczej odpychająca. To Carmen, w której trudno się zakochać, a na pewno już nie zabójczo!

Ten brak pomysłu i pogubienie widać też w całej operze, która wypełniona jest słabo wytłumaczalnymi scenami, jak chociażby wynoszenie dzwonu z altany przez grupkę chłopców. Tutaj nic do siebie nie pasuje i raczej na próżno szukać jakiegokolwiek sensu. No bo co ma mówi scena, w której pojawia się Carmen w kusej, nieco ordynarnej kiecce i w ogromnych skrzydłach na plecach… czyżby to anioł? Swoją drogą kostiumy i scenografia to kolejne rozczarowanie. Takiej niekonsekwencji i pobłądzenia dawno nie widziałem na scenie Opery Narodowej.

Zwieńczeniem tego jest kuriozalny finał… jakby powstał w 5 minut, niszczący poddaną próbie wytrzymałość widza i zarazem szacunek do opery Bizeta. Chyrze zabrakło tego, co pokazał parę tygodni wcześniej Mariusz Treliński w „Ognistym Aniele”: spójności, umiejętności łączenia elementów niełatwej układanki, jaką jest opera i szukania reżyserskich rozwiązań tak, by znać ich uzasadnienie. W tym wypadku mamy powstały w całkowitym zaślepieniu, pogubieniu, jakby z przypadku tytuł, który na scenie Opery Narodowej nie powinien mieć miejsca. To Carmen, której ma się wrażenie, reżyser wcale nie poznał, nie pokochał… Na końcu Carmen ginie z rąk Don Jose. Rzeczywiście zabito tę operę. Wielka Szkoda.

„Pod presją” reż. Maja Kleczewska

Teatr Śląski w Katowicach

6/6

Po latach krzykliwych i pełnych chaosu (co nie jest wcale zarzutem) spektakli, Maja Kleczewska postawiła na ciszę. A jak wiadomo cisza przeraża najbardziej. Jakby już żaden krzyk nad rozlanym światem nie pomagał. Jej najnowszy, wybitny spektakl w Teatrze Śląskim wraz z Łukaszem Chotkowskim oparła na motywach scenariusza do filmu Johna Cassavetesa „A Woman Under the Influence”. „Pod presją” to wstrząsający, choć niezwykle subtelny i kruchy poemat o człowieku, który ulega presji świata i nie potrafi być sobą. Nie potrafi mówić, rozmawiać, żyć. Tylko istnieje między domową scenografią i wstaje, żeby zaraz zasnąć, je żeby zaraz się wysrać, kocha, żeby zaraz poczuć obcość najbliższej osoby. A wszystko dlatego, że porusza się po cudzej, wydeptanej ścieżce, zamiast iść własną drogą.

Reżyserka nie bez powodu na miejsce premiery wybrała Śląsk. Tutaj te wszystkie podziały i narzucane na ludzi hierarchie jeszcze bardziej się uwypuklają. Oczywiście w centrum stoi Mabel (Sandra Korzeniak), kobieta, matka, żona… Przez to spektakl staje się niezwykle ważnym głosem w sprawie kobiet. Widać to mocno w scenie, kiedy w domu pojawiają się niespodziewani goście, stado kolegów z pracy męża, którym kobieta przedstawia się każdemu z osobna, dodając za każdym razem „ja tutaj mieszkam”. Ten komunikat idzie dalej, nie jest jedynie zwróceniem uwagi na cztery ściany, ale także na kobiety, które mieszkają tu, na ziemi, o czym większość, mam wrażenie, zapomniała. Myśmy, ludzie, w ogóle zapomnieli o człowieku, zapomnieliśmy zapytać samych siebie, kim chcemy być, a nie czego inni oczekują. Myśmy wszyscy jak Mabel, w tej zabójczej zasadzce oczekiwań.

Nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie postać Sandry Korzeniak, która stworzyła rolę hipnotyzującą i przerażającą zarazem. Rzadko kiedy aktor i reżyser stają się jednością. Ale Korzeniak to aktorka totalna, obłędna, wielki geniusz, która jak nikt inny, na naszych scenach potrafi tak bardzo zagrać prawdę. Właściwie my już nie wiemy gdzie jest ta niebezpieczna granica. Podobnie jak w świecie, który wręcz recytuje Kleczewska, w świecie, w którym nie mowy o jakimkolwiek spełnieniu. Wybijcie to sobie z głowy, to za nas się decyduje jak mamy żyć. Właściwie „nie żyć”.

„Thelma” reż. Joachim Trier

Gutek Film

4/6

Skandynawska kultura od lat błyszczy. Literatura stamtąd staje się bestsellerem na całym świecie, muzyka wygenerowała modny nurt „swedish”, a kinematografia należy do najciekawszych w Europie. Jedną z najświeższych, młodych twarzy tego kina jest Joachim Trier, norweski reżyser znany z takich filmów jak „Głośniej od bomb” czy „Oslo, 31 sierpnia”. W najnowszym filmie „Thelma” sięga do tematu fascynacji, czegoś co potrafi zaciągnąć człowieka w momentami przerażające obszary świadomości.

Tytułowa Thelma, młoda, studiująca dziewczyna zostaje wystawiona na próbę, kiedy doznaje pierwszych miłosnych uniesień, miłości do życia, które zestawia z potworami w postaci rodziców, fanatyków religijnych. Te przeżycia, zamiast spychać ją na dno, sprawiają, że bohaterka zyskuje siłę, wręcz nadprzyrodzone moce. Trier zgrabnie bawi się gatunkami z widzem, łączy elementy horroru z poetyką, która wkrada się w warstwę wizualną. Reżyser stawia pytania o naszą tożsamość, która całkowicie gdzieś się pogubiła. Potrafi on opowiadać o emocjach i doświadczeniach, które poznaje się w zupełnie nowy i nieoczywisty sposób. Jest przy tym chłodny, wręcz śmiertelny, ale bardzo skuteczny. W końcu nazwisko Trier zobowiązuje. To niezwykle kuszące nas kino!