Notatnik kulturalny #56

26 czerwca 2018, Jacek Górecki

Kultura

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Ślub” reż. Eimuntas Nekrošius

Teatr Narodowy w Warszawie

5/6

Miniony sezon w Teatrze Narodowym miał wiele odcieni, zresztą adekwatnie do rzeczywistości. Komentował ją momentami zaskakująco ostro, i rzekłbym, bezczelnie. I dobrze! Trzymał ten teatr w sezonie bardzo dobry poziom i właściwie doznał tylko jednego potknięcia… w postaci iście nudnawej „Śmierci Dantona” w reżyserii Barbary Wysockiej. Ostatni sprawdzian miał miejsce na dniach, kiedy to wystawiono długo oczekiwany „Ślub” na podstawie Witolda Gombrowicza, nazwany przez niektórych „wielkim spektaklem” jeszcze przed premierą.

Oczywiście nie jest to takie przypadkowe strzelanie. Litewski reżyser Eimuntas Nekrošius odpowiadał już na scenie Teatru Narodowego za wielbione przez widzów i krytyków „Dziady” Adama Mickiewicza. Tym razem doszło pomiędzy tymi wszystkimi krytykami i widzami do sporu i przepychanek w recenzjach i opiniach. A wszystko dlatego, że obok dzieła Nekrošiusa przejść obojętnie się nie da.

Nie jest to tak naszpikowana symboliką teatralna awangarda jak wspomniane „Dziady”, a świetna realizacja przywracająca wiarę w teatr formy, słowa i zaglądania w duszę, któremu poddali się aktorzy. I, pomijając zakulisowe konflikty, efekt wyszedł niepowtarzalny. Współgrają tu wszystkie elementy, od scenografii, kostiumów, świetnej muzyki do światła. Danuta Stenka w podwójnej roli wspina się na wyżyny aktorstwa, dawno tak mocno nie odcinając się od swojego pomnikowego wręcz wizerunku. Świetnie radzą sobie też młodsi aktorzy, Mateusz Rusin czy Karol Dziuba, doskonale sobie partnerując, co nie takie częste dziś w teatrze.

To dopiero kontrowersja, żeby w dzisiejszych czasach „Ślub” Gombrowicza odczytać od środka, bez wyciągania fajerwerków w postaci gołej baby i faceta obnoszącego się ze swoim penisem nad głowami widzów. Sztuką jest także zrobić teatr metafizyczny, ascetyczny, który swą odwagą zgorszy bardziej niż niejedna, inna „nowoczesna” inscenizacja. To dopiero sztuka, żeby nie mówiąc wprost, spoliczkować wszystkie nasze ohydne gęby, o których pisał Gombrowicz, a które tak pięknie malował w kinie chociażby Federico Fellini. Zabawić się w błazeńską formę na dworze króla pana i tym samym i dać nam przejrzeć się w tym krzywym zwierciadle to dopiero pstryczek w nos. No wielkie brawa!

„Inni Ludzie” Dorota Masłowska

Wydawnictwo Literackie

5/6

„Jak one te ludzie brudzą to opadają ręce…”, a to co wybrudzą swoim osobami, to i Masłowska posprząta, zamiecie i wystawi im, znaczy nam na pożarcie. Długo kazała czekać na swoją powieść, ale jak już wydała, to „rozwaliła system”. Potocznie mówiąc, w tym wypadku nie jest źle, bowiem bohaterowie nowej książki Masłowskiej to my wszyscy spod ciemnej gwiazdy, ciemnej latarni, dyskotekowej kuli, sklepowej kasy. Inni ludzie. Poruszamy się w tych smogach, blachach za miliony i jeździmy po dzisiejszej Warszawie, symbolu snobizmu, sukcesu, obciachu i nowobogactwa. Tutaj jest po prostu fajnie.

Masłowska tej stolicy się przygląda i prześwietla jak tylko może. Język tutaj jest najważniejszy. Jak zawsze jest wywrotką polszczyzny, tym wszystkim co tak skrzętnie pisarka obserwuje, a wręcz nasłuchuje na ulicach. Czasem nas fascynuje, by zaraz uwierać prostactwem naszego języka, wyciągniętego jakby z koszyka z Biedronki. Ale w tym tkwi całe jej mistrzostwo. Tak jak niegdyś Gombrowicz, tak dziś ona potrafi trafnie nas wszystkich sportretować, nas Polaków, ułomnych cudaków.

Robi to często na śmiesznie, ale to śmiech przez łzy. A może bezczelne wyśmiewanie, żebyśmy coś w końcu zrozumieli. Brutalna i odważna jest ta nowa Masłowska w formie i przekazie, ale inaczej się tego naszego „polskiego” nie da opisać, nawet spoglądając na tę świetną, nową Warszawę…

Muzeum Śląskie w Katowicach

6/6

Katowice rozrastają się coraz bardziej, idąc w stronę jednego z najważniejszych miast na kulturalnej mapie polski. Muzyka czy teatr to jedno, mamy jeszcze sztukę, której nie znajdziecie nigdzie indziej. Mowa oczywiście o otwartej w 2015 roku nowej siebie Muzeum Śląskiego, który prezentuje nieustannie bardzo wartościowy program. Warto wspomnieć przede wszystkim wystawy stałe.

Obowiązkiem jest malarstwo polskie, na które zbierają się właściwie wszystkie istotne nazwiska w historii polskiej sztuki. Właściwie pytanie kogo tam nie ma? Jest i Józef Chełmoński, Jacek Malczewski, Zdzisław Beksiński, Magdalena Abakanowicz, Jan Matejko, Władysław Hasior, Tadeusz Kantor, Andrzej Wróblewski, Zbigniew Libera czy „Pomarańczarka” Aleksandra Gierymskiego, którą właśnie w Muzeum Śląskim możemy podziwiać.

Mieści się tam także jedyne w Polsce Muzeum Scenografii, które prezentuje istne bogactwo i historię naszego teatru, wspominając dzieła (tak, wtedy projekty scenograficzne czy szkice kostiumów były dziełami sztuki!) Adama Hanuszkiewicza, Krystiana Lupy, Konrada Swinarskiego czy Jerzego Jarockiego. Ponadto, potężna lekcja śląska w skrzydle opowiadającym historię tego zagłębia historii, kultury i życia społecznego, a także galeria sztuki sakralnej. Do tego są jeszcze wystawy czasowe, jak chociażby ostatnio „Perspektywa wieku dojrzewania” przedstawiająca twórczość trójki z pokolenia zarażonych wojną – Wróblewski-Szapocznikow-Wajda.

W tym wszystkim jest jednak jeden mankament. Nie ma możliwości zobaczyć tego wszystkiego na raz. Oczywiście możliwość jest, ale naprędce i nieuważnie. To co tam stworzono jest miejscem celebracji i delektowania się sztuką. Nawet gdyby przyjść na moment, zobaczyć swój ukochany obraz. Do zobaczenia więc na Śląsku i to nie tylko miłośników sztuki!

„Everything is love” The Carters

Sony Music

4/6

Tydzień temu wyszła debiutancka płyta duetu The Carters i nie byłoby tego całego zmieszania gdyby nie fakt, że debiutantami okazali się Beyonce i Jay-Z. Inaczej mówiąc, najpotężniejsza para muzycznego biznesu wydała album. Określenie „biznes” czy „przemysł” nie jest w tym wypadku żadnym nadużyciem, a dowodem tego jest „Everything is love”. Bogactwo tutaj nie oznacza tylko wyciągu z konta państwa Carters (chociaż jak tak dalej pójdzie, Pan Carter będzie najbogatszy w Ameryce), a całą historię ich wspólnych doświadczeń, które wystawiła na próbę zdrada. I w tym tkwi całe ich przesłanie, dzielenie się tym złotem pełnym miłości w czasach chaosu, krzyku, nienawiści i ciągłych prześladowań.

Zadanie było o tyle trudne, że czasy wielkich szlagierów ta dwójka ma już za sobą i takiego szaleństwa, jakie towarzyszyło „Crazy in love” w 2003 raczej już nie przebiją. Ale też nie o to w tym wszystkim chodzi. Muzycznie to potężna dawka rapu (genialny kawałek „713”), która przebijana jest innymi, bardziej lub mniej czarnymi gatunkami. Najlepiej zdecydowanie wypada singlowe „Apeshit” przepełnione tłustymi bitami.

Oczywiście pomaga w tym wybitny teledysk w reżyserii Ricky’ego Saiza. Mają w sobie Carterowie fascynującą bezczelność, żeby wynajmować paryski Luwr pod swoje rapy i „wygibańce”, mają odwagę, żeby wyznawać publicznie miłość nadzianą dolarami pod dziełami takimi jak „Mona Lisa” czy „Venus z Milo”. No bo niby kto bogatemu zabroni… niby, bo w przypadku The Carters mamy doznanie z najwyższej półki, to taka sztuka wysoka naszych czasów, która kiedyś będzie drogocennym dziełem.

Zobacz co jest na czasie w kulturze, sprawdzając nasz poprzedni notatnik.