Podsumowanie 2017: muzyka – Polska

25 grudnia 2017, Jacek Górecki

Kultura

To był bardzo dobry rok. Bardzo dobry, oczywiście jeśli chodzi o sztukę. Sztukę życia. Pełen doskonałych filmów, muzyki, książek, spektakli teatralnych czy seriali. Naprawdę można było się nasycić przez te dwanaście miesięcy, a przynajmniej zagryźć niestrawną politykę. Ona nierzadko była tłem czy głównym bohaterem w sztuce. Artyści coraz mocniej komentują to z czym mierzy się świat. I bardzo dobrze!

Na początek muzyka. Te najlepsze naszym zdaniem albumy polskich i zagranicznych artystów. Oczywiście jest to ranking, w którym brakuje wielu innych doskonałych płyt. Ranking, który dla wielu może być niesprawiedliwy. Ale takie są wszelkie podsumowania, plebiscyty, nagrody, festiwale. Albumy znajdujące się poniżej należą z pewnością do ścisłej czołówki, która jeśli nieznana warto ją nadrobić jak najszybciej!

  1. Natalia Kukulska – Halo! Tu ziemia

W zasadzie trudno jest nagrać dobrą płytę pop. To zadanie trudniejsze, niż romansowanie z innymi gatunkami. To tak jak trudniej rozśmieszyć widza, ni jeżeli wzruszyć. I choć na dziewiątej płycie Natalii Kukulskiej mamy do czynienia z wieloma muzycznymi podróżami, także w kosmos, to jednak nadal jest to najlepsza popowa płyta roku. Odważna, różnorodna, znająca aktualne trendy w muzyce, a wciąż autorska i zaskakująca. No i przede wszystkim jest o czymś. Te teksty na przemian wzruszają i bawią. Bawią się te słowa nawzajem i taplają w muzycznym przepysznym sosie. Rekonstrukcja polskiej muzyki pop bardzo udana!

  1. Dick4Dick – Dick4Dick is a Woo!Man

Te nowe dicki są zajebiste! Potężne w swoim rozmiarze. W dodatku pełno przy nich fantastycznych kobiet. To one współtworzą siódmą płytę zespołu. Od Natalii Nykiel, Halszki Sokołowskiej, aż po Marsiję. Muzycznie przelewa się wszystko w przepychu elektronicznych dźwięków przedzierających się przez mroczne, housowe klimaty. Nie da się przy tej płycie sztywno ustać. Ona zrobi wam dobrze! To taka płyta, która zarówno wprowadzi Cię w gęstą i tłustą noc, jak i z niej wyprowadzi w dalszą podróż po nieograniczonej wyobraźni, będąc równocześnie echem kolejnego dnia. Roztańczone mistrzostwo!

  1. Voo Voo – 7

Tydzień według Voo Voo jest tak trafnie opisany jak trafnie sportretował codzienność lat 80. Krzysztof Kieślowski w swoim Dekalogu. Opowieści z albumu 7 właściwie nigdy się nie kończą, zapętlają się i tworzą spójną, harmonijną całość. Teksty i muzyka snują się podobnie jak życie bez fajerwerków i większych katastrof. Ale wszystko do czasu. Na Siódemce Wojciech Waglewski i koledzy potrafią tak jak i życie nieźle zaskoczyć zmiennością klimatu i temperaturą. Wszystko precyzyjnie wywarzone. To wzruszająca ballada o życiu każdego z nas.

  1. Trupa Trupa – Jolly New Songs

Te chłopki z Trójmiasta to może być niedługo międzynarodowa sensacja. O ich najnowszej płycie Jolly New Songs rozpisywał się Los Angeles Times czy najbardziej prestiżowy muzyczny magazyn Pitchfork. Bo kiedy jedni się biją i silą by być na zagranicznym podium, drudzy zwyczajnie robią swoje i tam trafiają. Zaskakująca to płyta w twórczości zespołu, bardziej spokojna, przemyślana, wywarzona, przywołująca na myśl dokonania Timber Timbre. Pełno tu niepokoju, mroku i riffowego grania. To czysta psychodelia lat 70., w której rozkochał się świat. My wraz z zespołem Trupa Trupa wreszcie potrafimy tę miłość pokazać, prawidłowo zagrać i dodać coś od siebie. Wielkie brawa.

  1. Jazz Band Młynarski-Masecki – Noc w wielkim mieście

Czy ktoś jeszcze dziś potrafi tak grać jazz? Znaczy z lekkością, finezją, zabawą, przymrużonym okiem do słuchacza, jednocześnie tworząc niezapomniany klimat. Jan Młynarski i Marcin Masecki  połączyli siły i stworzyli jazzowy band, wyciągnięty rodem z przedwojennych dancingów. Jest i szyk i blichtr i zapomniana Warszawa i zapach papierosów i lejącego się szampana. Tak w ogóle Masecki popełnił w tym roku jeszcze jedną płytę. Chopin nokturny bezczelnie wrzucamy na podium. Tak wybitnej klasyki nie było u nas dawno. Uwaga mamy geniusza!

  1. L.Stadt – Lstory

Poezja śpiewana w roku 2017 brzmi jak długo wyczekiwany, nowy krążek grupy L.Stadt. Teksty Konrada Dworakowskiego nie należą może do optymistycznych, mierzą się z dzisiejszą rzeczywistością i wyciągają z niej nagromadzone bóle i wrzody całego świata. Pustka i jeszcze raz pustka. Destrukcyjny, acz malowniczy poemat o życiu i śmierć. W dodatku zagrany subtelnie, choć nieoczywiście, często skręcając w zaskakujące tony jak w przypadku kawałka Halo. Bardzo pięknie boli!

  1. Coals – Tamagochi

Lekcja historii z duetem Coals należy do tych mistrzowskich. Mowa oczywiście o lekcji z odtworzenia obrazu lat 90. i zbliżającego się wówczas milenium. To kolaż alternatywy, hip-hopu i onirycznej elektroniki. Ich muzyka na debiutanckim krążku jest jak zajechana kaseta VHS z nagrywanymi maniakalnie teledyskami z MTV. Sentymentalna podróż, która uzależnia. Aż nie chce się wracać do rzeczywistości. Tego szarego tutaj i teraz. Lepiej jest Tamagochi trzymać w ręku i puszczać się w tę podróż bez końca.

  1. Kari – I Am Fine

Kari nie należy do artystek epatujących swoją osobą w mediach. Jest skromna, niszowa, niezależna, ukrywająca się pod bogactwem dźwięków muzyki, którą gra. W tym roku wydała najlepszą polską płytę roku, która właściwie brzmi jakby była z innego zakątka świata. Nie z tej ziemi. Niezwykle dojrzała to płyta, przecinająca i zderzająca ze sobą świat neonowej, roztańczonej elektroniki i mistycznej uczty, pełnej kojących nasze wnętrze dźwięków. To wszystko przez ten niebiański głos, za którym się biegnie w nieznane. Anioł polskiej alternatywy!