Podsumowanie 2017: muzyka – świat

22 grudnia 2017, Jacek Górecki

Kultura

To był bardzo dobry rok. Bardzo dobry oczywiście jeśli chodzi o sztukę. Sztukę życia. Pełen doskonałych filmów, muzyki, książek, spektakli teatralnych czy seriali. Naprawdę można było się nasycić przez te dwanaście miesięcy, a przynajmniej zagryźć niestrawną politykę. Ona nierzadko była tłem czy głównym bohaterem w sztuce. Artyści coraz mocniej komentują to z czym mierzy się świat. I bardzo dobrze!

Na początek muzyka. Te najlepsze naszym zdaniem albumy polskich i zagranicznych artystów. Oczywiście jest to ranking, w którym brakuje wielu innych doskonałych tytułów. Ranking, który dla wielu może być niesprawiedliwy. Ale takie są wszelkie podsumowania, plebiscyty, nagrody, festiwale. Albumy znajdujące się poniżej należą z pewnością do ścisłej czołówki, która jeśli jest nieznana warto ją nadrobić jak najszybciej!

8. Run the Jewels – Run the Jewels 3

To wcale nie Kendrick Lamar nagrał po raz kolejny najlepszą hip-hopową płytę roku. Jego skądinąd bardzo dobry krążek DAMN. musiał ustąpić miejsca trzeciej płycie chłopaków z Run the Jewels. Oni są równo popieprzeni. Ich nowy album to jak zawsze muzyka pełna politycznych i społecznych komentarzy, niemalże wykrzykujących hasła i poglądy innym w twarz. Wciąż dynamiczna, konkretna, bezczelna, momentami zawadiacka to płyta. Oni są nieprzewidywalni.

  1. Fever Ray – Plunge

Kiedy macierzysty zespół The Knife ogłosił koniec działalności, jego wokalistka ukrywająca pod pseudonimem Fever Ray postanowiła powrócić do solowego grania. Niektórzy czekali na ten powrót niemalże dekadę. Plunge jest konkretnym uderzeniem. Pełno tu politycznych haseł, manifestujących i zwracających uwagę na prawa kobiet. Muzycznie to tygiel charakterystycznych skandynawskich dźwięków, które oscylują wokół niekonwencjonalnego electro-popu z miejscem dla afrobeatowych czy etnicznych elementów. Wariactwo!

  1. Sampha – Process

W zeszłym roku wystąpił gościnnie na płycie Solange, która przez wiele prestiżowych magazynów uznana była za płytę roku. W tym roku Sampha nagrał długo-oczekiwany debiutancki album i ponownie zachwyca krytyków. Process to kwintesencja czarnej muzyki współczesnych czasów, pełna miejskiego, alternatywnego grania. Zakorzeniona w neo-soulu i baśniowej elektronice. W dodatku zaśpiewana jakby głosem Boga.

  1. Slowdive – Slowdive

Poprzedni album zespół Slowdive wydał 22 lata temu… Może to się wydawać niemożliwe, ale właśnie na pierwszą dekadę lat 90. przypada działalność grupy. Specjalizowali się oni w gatunku uwielbianym przez ówczesnych hipsterów, których wtedy nikt tak nie nazywał. Dziś shoegazing (odłam muzyki elektronicznej wymieszanej z gitarowym, rockowym graniem) to również obowiązkowa pozycja, na każdej modnej playliście. Ale bardziej poważnie, to czwarty krążek Slowdive jest po prostu doskonały. Hipnotyzujący to album, z pogranicza snu i jawy. Jakby w kontrze do realnej rzeczywistości, wprowadza nas w niespotykane przestrzenie.

  1. Bjork – Utopia

Wielka Bjork mimo monumentalnych produkcji na poprzednich dwóch płytach nie była tak spójna i szczera, jak na najnowszej Utopii. Tym razem zostawia kosmos i schodzi na ziemię. To jej minimalistyczna, ale przerażająca opowieść o miłości w dobie internetowych aplikacji z Tinderem na czele. Wszystko to ubrane w dźwięki fletów, które przypominają ptaki z rajskiej wyspy. Ale ta wyspa może nas zmylić. Na pewno nie robi tego sama artystka, która nagrała jedną z najważniejszych płyt w karierze.

  1. King Krule – The Ooz

Cudowne dziecko muzyki z Wielkiej Brytanii. Rudowłosa piękność. Geniusz mieszający na swojej debiutanckiej płycie punk z jazzem i hip hopem. Na temat King Krule można pisać wiersze, obsypywać go komplementami, w zupełności na to zasługuje. To innowator post-punku, który wywraca ten gatunek do góry nogami i sprawia, że się nim zwyczajnie delektujemy. Jest na swoich debiucie niezwykle szczery do bólu, snuje opowieści mroczne, które przekroją nas w pół. Tegoroczne objawienie, którego lepiej posłuchać, niż zbędnie pisać.

  1. Ariel Pink – Dedicated to Bobby Jameson

Ten przećpany buntownik bez powodu wciąż nagrywa doskonałe albumy. Tym razem jakby bardziej przystępne dla słuchacza, mniej pocięte, mniej chaotyczne, co nie zmienia faktu, że słabsze. Jest w Dedicated to Bobby Jameson wielka siła, łącząca psychodeliczny rock z halucynogennym funkiem z lat 70. Taki dyskotekowy traktat o życiu i śmierci. Można by nawet zaryzykować, że to najlepszy pop z cuchnącego rynsztoka!

  1. The XX – I See You

Wydany na początku roku trzeci album przyjaciół ukrywających się pod nazwą The XX nie miał sobie równych. Przez kolejne dwanaście miesięcy odkrywał ciągle coś nowego. I See You to niezwykle świeży, pełen fantastycznych melodii album. To jest produkcja na najwyższym, światowym poziomie. Te dzieciaki wciąż nie schodzą ze swojego nowatorskiego onirycznego klimatu, którzy stworzyli na pierwszej płycie, są jednak bardziej konkretni, bardziej agresywni. Jakby porzucili marzenia i zaczęli śpiewać o życiu realnym. Wychodzi im to bezbłędnie!