UCZTA KINOMANA

23 października 2017, Jacek Górecki

Kultura

Za nami 33. Warszawski Festiwal Filmowy, pełen wrażeń, niezapomnianych chwil i wielu godzin spędzonych w salach kinowych. Nie mogło nas zabraknąć na tym wydarzeniu. Specjalnie dla was przygotowaliśmy listę siedmiu wspaniałych filmów, na które warto zwrócić uwagę i  wypatrywać w polskich kinach.

Na wstępie kilka liczb. Tegoroczna 33. edycja festiwalu to jak co roku jedno z najważniejszych wydarzeń filmowych na świecie. Polskie święto kina znajduje się bowiem w prestiżowej trzynastce festiwali zaliczanych do „klasy A”, obok chociażby Cannes, Wenecji, San Sebastian czy Berlina. Przez dziesięć dni w dwóch warszawskich kinach wyświetlono ponad dwieście filmów w kilku sekcjach, w tym pięciu konkursowych. Filmy zostały specjalnie wyselekcjonowane z prawie pięciu tysięcy zgłoszeń. A w bogatym programie znalazło się miejsce dla filmów z trzydziestu-trzech krajów. Grand Prix festiwalu przyznane przez jury w składzie: Claudia Landsberger, Jan Hryniak, Denis Ivanov, Eran Riklis oraz Ivica Zubak otrzymał chiński film Zabić arbuza w reżyserii Zehao Gao. Wyróżnienie w konkursie międzynarodowym otrzymał obraz Górnik urodzonej w Warszawie reżyserski Hanny Slak, zaś nagrodę specjalną aktorzy filmu Bomba w reżyserii Ralstona Gonzalesa Jovera. W pozostałych sekcjach nagrody otrzymały filmy m.in.: Nina reż. Juraj Lehotský, Hugo reż. Wojciech Klimala, Uwodziciel reż. Milad Alami, Zasady wszystkiego reż. Kim Hiorthøy oraz dokument Piękni przegrani: inny świat reż. Arūnas Matelis. Postanowiliśmy podzielić się z wami naszymi wrażeniami i przedstawić filmy, które podczas tegorocznej edycji nas zwyczajnie uwiodły, historią, ważnością tematów, językiem filmowym, aktorskimi kreacjami. Zapiszcie te tytuły i czekajcie na ich premierę, niektóre z nich już niebawem w polskich kinach.

Pomiędzy słowami reż. Urszula Antoniak

Zdecydowanie najlepszy filmy tegorocznej edycji festiwalu, to w ogóle jeden z najważniejszych polskich filmów ostatnich lat. Chociaż w przypadku kina Urszuli Antoniak granice się zacierają, nie stawiając sobie ograniczeń w postaci szufladek „kina polskiego” czy jakiegokolwiek innego. Tutaj łatki są niepotrzebne. Zresztą podobnie jak i słowa, które reżyserka ogranicza do minimum skupiając się na tym co pomiędzy. W najnowszym filmie opowiada o polskich emigrantach zamieszkałych w Berlinie, o konfrontacji do jakiej pomiędzy nimi dochodzi, w dodatku konfrontacji między ojcem i synem – wyborne role Andrzeja Chyry i Jakuba Gierszała. Nie bez powodu film otrzymał na wrześniowym festiwalu w Gdyni nagrody za zdjęcia i dźwięk. Także pod kątem plastycznym to obraz niezwykle frapujący, zwyczajnie piękny, skupiający się na detalach przez co tak namacalnie malujący sterylny, wyobcowany świat, który wykreował sobie główny bohater. Berlin w zdjęciach Lennerta Hillegego to nie jest najmodniejsze miasto wśród millenialsów, to zwyczajnie obca planeta, na której pierwiastek ludzkości wymiera. Antoniak stworzyła przerażającą opowieść o kondycji świata, człowieka, o przepaści jaka się wytworzyła między przeszłością, a przyszłością. Wielkie, metafizyczne kino!

Łagodna reż. Siergiej Łoźnica

Siergiej Łoźnica twórca takich filmów jak Szczęście ty moje oraz We mgle dziś należy do najważniejszych i najbardziej charakterystycznych reżyserów europejskich. Świat w jego filmach nie jest przyjemny, to piekło. Idzie on poniekąd drogą „dogmy 95’”, awangardowej, duńskiej grupy do której należał chociażby Thomas Vinterberg oraz Lars von Trier, którzy za cel postawili sobie tworzyć kino surowe, którego istotą jest człowiek, a nie aktor stojący przed kamerą. Łoźnica w najnowszym dziele piekło maluje inspirując się Fiodorem Dostojewskim opowiadając historię kobiety, która próbuje dowiedzieć się co dzieje z jej mężem przebywającym w więzieniu, z którym kontakt nagle się urywa. Reżyser ma gdzieś wszystko co niewłaściwe, w tym duchu rewolucji idzie na wojnę obnażając cały rosyjski naród z ohydnym system władzy na czele. Nie jest to kino krzepiące, raczej przeczołgujące widzów podobnie jak swoich bohaterów, bardziej przerażające, niż jakikolwiek amerykański horror, za to niezwykle potrzebne, by budować prawdziwą świadomość w tych ludziach, którym ją zabrano. Świat jego oczami jest martwy, ale warto na niego spojrzeć i się pochylić.

Król Pekinu reż. Sam Voutas

Ciepła w kinie ostatnio szukać na próżno, kino podobnie jak media stało się niesłychanie krzykliwe, chaotyczne, starające się nas zakrzyczeć i przerazić. A przecież pomimo ciężaru informacji jakie do nas dochodzą trzeba żyć dalej. Sam Voutas zupełnie inaczej, niż Urszula Antoniak opowiada historię ojca i syna, ich zderzania pokoleniowego. Snuje on opowieść z krajobrazem chińskiej prowincji, po której bohaterowie podróżują wyświetlając mieszkańcom hollywoodzkie filmy. Wszystko to w duchu wielkiej rewolucji kaset video w latach 90., która stawia pytania o niepewną przyszłość. Na całe szczęście jest jeszcze kino! Jest w tym filmie coś włoskiego, jakby duch Giuseppe Tornatore reżysera niezapomnianego Cinema Paradiso wkradł się w chińskie kadry. Naiwność i magia z dalekiego wchodu. Bajka, która przypomina o znaczeniu kina.

Pewnego razu w listopadzie reż. Andrzej Jakimowski

Nie będzie miał łatwo po tym filmie reżyser Andrzej Jakimowski. Zresztą jak pokazały premierowe seanse na warszawskim festiwalu filmowym, lawina prawicowego hejtu już na niego spadła. Do tej pory twórca przyzwyczaił nas do swoich filmów, w których jak nikt inny w tym kraju malował realizm magiczny. Podnosił nas na duchu, opowiadał o ważnych, codziennych sprawach w najprostszy sposób, z urokiem i światłem. Tym razem idzie pod prąd. W jego najnowszym filmie śledzimy matkę i syna (Agata Kulesza i Grzegorz Palkowski), którzy w wyniku reprywatyzacji trafiają z kamienicy na bruk, tułając się po deszczowej Warszawie. Wszystko to dzieje się w okresie Dnia Niepodległości. Stolica znajduje się w chaosie, rozlewającym nacjonalizmie, jakby wojnie polsko-polskiej pod flagą biało-czerwoną. Ale Jakimowski wbrew nieprzychylnym komentarzom nie wojuje z władzą, on jedynie przypomina, że zagubiliśmy w sobie ten realizm magiczny zamieniając wszystko w strach. Może i nie jest to bezbłędny film, ale na pewno pierwszy ważny film nowej historii tego kraju.

Zabić arbuza reż. Zehao Gao

Tegoroczny zwycięzca festiwalu i kolejny twórca pochylający się nad przepaścią pokoleniową, zderzenia tego co minęło i co zaraz nastąpi. W swojej przepięknej filmowej baśni Gao opowiada o dobru i złu. Jego bohater jest farmerem, który żyje codziennością, mieszka w skromnej chatce, ma żonę i życie, zmagać się też musi z sołtysem wsi, który go wykorzystuje nie płacąc za tytułowe arbuzy. Wszystko zmienia się przez przypadek, kiedy przejeżdżający przez farmę bohatera motocyklista gubi na niej pieniądze. Debiutant Zehao Gao podobnie jak większość twórców walczy tym filmem z systemem, z zanikającą prawdą i szacunkiem, ale robi to w niezwykle subtelny i cichy sposób. Czekam na jego kolejne filmy!

Zabicie świętego jelenia reż. Yorgos Lanthimos

Jest tak w przypadku nieanglojęzycznych reżyserów, że jak ich pierwsze filmy zdobędą uznanie na świecie, to prędzej czy później czeka ich realizacja filmu z hollywoodzkimi gwiazdami. Twórcę głośnych obrazów KiełAlpy również skusiła taka propozycja, tylko w porównaniu do swoich kolegów grecki reżyser Yorgos Lanthimos wychodzi na tym zwycięsko. Tak było i w przypadku The Lobster tak jest i w Zabiciu świętego jelenia, gdzie Colinowi Farrellowi partneruje ulubienica europejskich reżyserów – Nicole Kidman. Nie idzie on wcale na łatwiznę, wiedząc, że na planie posiada gorące nazwiska kręci thriller, który swoją konwencją przekracza wszystkie możliwe granice tego gatunku. Ten film jest przeżyciem niemal mistycznym. Wraz z reżyserem śledzimy losy małżeństwa zamożnych lekarzy, których idealne życie zostaje naznaczone skazą, a przez to dotychczasowy spokój zachwiany. Nie zdradzając za wiele z fabuły to zwyczajnie kino pierwszej klasy. Wciągające, wyśmienicie podane i zagrane, tocząc z widzem zabójczą grę!

Syreny reż. Ali Weinstein

W całym zalewie ciężkich, ważnych tematów, w których temat uchodźców przeważał na tegorocznej edycji festiwalu znalazła się też perełka jakby nie z tego świata, wyłowiona na dnie zaśmieconego, brudnego oceanu. Syreny Ali Weinstein to kino dające nie tyle nadzieję, co na moment pozwalające zapomnieć o codzienności. Reżyserka opowiada w nim historię ludzi, kobiet, które by poczuć się wolne przeobrażają się w syreny… I nie ma w tym żadnej fikcji, ich wiara i siła jest tak wielka, że ten magiczny podwodny świat nas pochłania, przy okazji pytając widzów o ich tożsamość. Może i nie jest to wielkie kino, pod kątem realizacyjnym nawet i archaiczne, przypominające telewizyjne dokumenty. Jednakże prawdziwość w tym wypadku wygrywa zamazując wszelkie niedoskonałości. A i pytanie o to kim jesteśmy, wydaje się bardzo aktualne.