WYWIAD: Aleksandra Boćkowska

27 października 2017, Jacek Górecki

Kultura

LUKSUS W PRL

Rozmawiał: Jacek Górecki

W najnowszej książce Aleksandry Boćkowskiej „Księżyc z peweksu” zaglądamy do czasów, w których luksus w Polsce oznaczał zupełnie co innego niż dziś. Z jednej strony wychwalany polski dizajn, Polska Szkoła Plakatu czy Moda Polska, z drugiej całkowita pustka i marzenie o szklanej butelce Coca-Coli.

Czy w PRL marzenia były luksusem?

Chyba jednak bardziej realizowanie ich. Mało kto marzył o luksusie takim, jak go dzisiaj rozumiemy. Raz, że rzeczywistość była bardzo skromna, dwa – Polska była odcięta od świata. Do 1956 roku bardzo szczelnie, wtedy za granicę wyjeżdżali tylko najbardziej uprzywilejowani. Z czasem o paszporty było nieco łatwiej, tym niemniej pozostawały one w gestii państwa i trzeba było skomplikowanych zabiegów, by otrzymać zgodę na wyjazd za granicę. Luksusem był na przykład dostęp do zagranicznych czasopism. Jeszcze w latach 80., gdy któraś z sąsiadek dostawała z zagranicy „Burdę” – takie niemieckie pismo z wykrojami, zbiegało się całe piętro, jak dwie dekady wcześniej na telewizję. Ktoś, kto wychowywał się na warszawskiej Saskiej Kępie, opowiadał mi, że w dzieciństwie przyjaźnił się z córką sekretarki Ambasady Francji. Miała nieograniczenie wiele zagranicznych gazet. Ten mój rozmówca do tej pory pamięta zdjęcie narciarzy, którzy na tle Alp popijają wino. A widział je w latach 60. Zatem marzenia o sprawach materialnych nie miały dzisiejszego rozmachu. Luksusem bez wątpienia było marzenie o wolności, które –wbrew pozorom – nie dotyczyło wcale wszystkich. Ludzie wiedzieli, że system jest opresyjny, ale nic nie wskazywało, że mógłby być inny. W większości więc starali się urządzić w codzienności.

Marzenia o szklanej butelce Coca-Coli zastępowały marzenia o wolnym kraju?

Nawet nie butelce Coca-coli. Ona była swego rodzaju fetyszem, bo propaganda lat 50. mówiła o niej tak źle, że Polacy przeczuwali, że to musi być coś atrakcyjnego. Tak jest z agresywną propagandą, że ona przynosi zazwyczaj odwrotne rezultaty. Obrzydzanie Zachodu sprawiło, że Polacy – choć niewiele o nim wiedzieli – marzyli, by mieć coś zachodniego. Czy marzyli o rzeczach bardziej niż o wolności? Pewnie tak. Bo wolność była abstrakcyjna, a mięsa, mebli, porządnych ubrań, a chwilami nawet cebuli –brakowało na co dzień. Badania mówią, że w latach 70., które uchodzą za czas PRL-owskiego dobrobytu, codziennie spędzało się w kolejce półtorej godziny. W kolejce po podstawowe produkty, nie jakieś fanaberie. Coś rzucali i z miejsca ustawiała się kolejka – czasem dopiero w trakcie ludzie dowiadywali się, po co stoją. Synonimem luksusu były odrzuty z eksportu, czyli rzeczy – zwykle ubrania albo tkaniny wyprodukowane w polskich fabrykach na zlecenie zachodnich producentów, których z jakichś powodów ten producent nie przyjął. Słowem – codzienność była w PRL bardzo trudna i ludzie bardziej niż wolnością, zajmowali się organizowaniem dóbr. Tym niemniej były oczywiście grupy, na swój sposób uprzywilejowane, które wiedziały więcej – z racji wykształcenia, pochodzenia, znalezienia się w odpowiednim towarzystwie. Dla nich luksusem były rozmowy, a z czasem działania na rzecz wolności. Ten niematerialny luksus wydaje mi się najciekawszy, tym bardziej, że wymagał odwagi.

Często się o tym nie mówi, ale okres powojennej Polski to był czas ubóstwa, gdzie ludzie bez niczego zaczynali żyć na nowo.

Czy ja wiem, czy się nie mówi? Być może jednak nie dość często, rzeczywiście. Po wojnie Polska była zrujnowana, musiała zorganizować się w nowych granicach, no i dostała nowy ustrój. Trwało budowanie nowego państwa i nowego społeczeństwa, które – jak określił w jednej z książek prof. Marcin Zaremba – było wówczas po prostu kaszą. Od 1949 roku zaczął się stalinowski terror. Ludzie ginęli w więzieniach. Kara śmierci groziła za poglądy i za posiadanie dolarów. PRL zaczął się od powszechnego strachu i trzeba o tym pamiętać, zanim zacznie się oceniać postawy żyjących wtedy ludzi.

Okres PRL w świadomości dzisiejszego pokolenia jawi się poniekąd jako piękny raj. Na ulicach Warszawy świecące się neony, życie towarzyskie, najlepszy polski dizajn czy porcelana, którą młodzi ludzi dziś wyszukują na targach staroci.

Nie znoszę tych sentymentów. Owszem, były neony, zazwyczaj wysmakowane graficznie, ale zazwyczaj też nie świeciły w nich wszystkie literki. Jeśli chodzi o plastykę, o dizajn – to, owszem, przełom lat 50. i 60. to był wielki czas. Tyle, że warto pamiętać, ile z tych fantastycznych projektów wchodziło do produkcji i z jakimi kłopotami. Lubomir Tomaszewski, autor słynnych dziś figurek i filiżanek z Ćmielowa opowiadał w prasie o tym, że na co dzień boryka się z niezrozumieniem decydentów w fabryce. Moim ulubionym przykładem jest historia fotela RM58 projektu Romana Modzelewskiego. Dziś uchodzi on za ikonę PRL-owskiego dizajnu. Tymczasem w PRL powstało może kilkadziesiąt sztuk tego fotela. Pojawił się w kilku filmach, został w mieszkaniach znajomych projektanta i tyle. Technologia przerosła PRL-owski przemysł. Może to zresztą symboliczne, że akurat od tego projektu rozpoczyna się dziś opowieść o pięknie PRL. Magazyn „Ty i Ja” projektowany początkowo przez Romana Cieślewicza przetrwał zaledwie 13 lat i bez przerwy miał kłopoty – z cenzurą, z papierem, ze wszystkim. Bo był zbyt nowoczesny. Krótko mówiąc – Polska Ludowa nie była rajem nawet dla plastyków.

Moda Polska, o której marzą dziś wszyscy miłośnicy vintage?

Moda Polska to było państwowe przedsiębiorstwo, które spełniało rolę propagandową. Dzięki istnieniu takiej instytucji państwo mogło udawać za granicą, że jest tu całkiem normalnie. Modę Polską wysyłało się do Paryża, gdy były tam polskie dni, uświetniała uroczystości w ambasadach czy otwarcie połączenia lotniczego Warszawa-Kair. Projektanci jeździli do Paryża, by podpatrzeć tam obowiązujące trendy i przekazać je potem plastykom pracującym w fabrykach. Dwa razy do roku odbywały się pokazy takich właśnie „trendowych” kolekcji. Była to wielka impreza, w Sali Kongresowej albo Pałacu Prymasowskim. Tyle, że te inspirowane Paryżem kolekcje nie wchodziły nawet do produkcji. Oczywiście, każde miasto wojewódzkie miało ambicję, by mieć sklep Mody Polskiej, najlepiej na przeciw siedziby partii. Ale mitem jest, że Moda Polska ubierała Polki. Nie, one ubierały się same.

Większym luksusem w PRL było mięć pieniądze czy znajomości?

Znajomości. Piszę w książce, że o ile dziś luksusem jest dostęp do rzeczy nadzwyczajnych, o tyle w PRL luksusem był dostęp do czegokolwiek. Żeby mieć dostęp, dobrze było kogoś znać – jeśli nie sekretarza wojewody, który da talon na samochód, to chociaż panią w mięsnym, która coś odłoży. Albo w kiosku, bo kolejki ustawiały się również po prasę, szczególnie popołudniową. A posiadanie pieniędzy bez znajomości było chyba niemożliwe. Spotkałam przedstawicieli ówczesnej tzw. inicjatywy prywatnej. Każdy z nich musiał kogoś znać, bo bez tego nie mogliby prowadzić interesów w systemie, który teoretycznie tego zabraniał.

Ale posiadanie dóbr było też poniekąd przekleństwem.  Moja mama opowiadała mi, jak w jej szkole, nauczycielka za nową bluzkę czy posiadanie „wranglerów” brała ją za każdym razem do odpowiedzi.

Opisuję to w rozdziale poświęconym rodzinom marynarzy. Rozmawiałam z osobami wychowanymi na osiedlu, gdzie mieszkali tylko marynarze. Chodzili do jednej szkoły i wszyscy w tej szkole mieli dżinsy, więc w klasie nie wyróżniali się. A jednak nauczycielki patrzyły krzywo na ten względny dobrobyt. Żądały prezentów, dokuczały matkom. Żony marynarzy zresztą do tej pory uchodzą za panie świata, które spędzały czas szastając dewizami w Baltonie. A one głównie krzątały się, by jakoś prowadzić domy, w których przez większość roku nie było męża.

To mnie właśnie zaskoczyło najbardziej w tej książce, że to nie Warszawa, a Gdynia była miejscem, gdzie można było wszystko dostać.

W portowych miastach byli marynarze – polscy, którzy przywozili z zagranicy rozmaite dobra i zagraniczni, którzy przywozili powiew wielkiego świata. Władze próbowały trzymać ich jakoś w ryzach, ale nigdy to się do końca nie udało. A marynarski przemyt, nielegalny oczywiście, uzupełniał po prostu niedobory na rynku. W latach 50. marynarze cały kraj zaopatrywali w szwajcarskie zegarki, a potem właściwie we wszystko, czego brakowało – nylony, ortaliony, winyle, kawę, przyprawy, bawełniane majtki i kolorowe długopisy. Hala Targowa w Gdyni była takim spotęgowanym peweksem, tyle że za złotówki.

O czym Pani marzyła w tamtym czasie?

W czasie, gdy upadał PRL byłam nastolatką, chyba jednak bez pretensji do luksusu. Moje pokolenie zbierało śmieci – puszki po piwie i papierosach z Niemiec, plakaty z czasopisma „Bravo”, koledzy pisali listy do zagranicznych firm z prośbą o prospekty albo gadżety reklamowe. To nie był czas sprzyjający marzeniom o luksusie.

 

* Aleksandra Boćkowska – dziennikarka, redaktorka. Autorka książek „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” (Czarne 2015) i „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL” (Czarne 2017)