Wywiad: Grażyna Barszczewska

17 listopada 2017, Jacek Górecki

Kultura

BYĆ MITEM.

Zawód aktora ma wiele odcieni, nie tylko tych wielobarwnych, o czym przekonała się legendarna Marlena Dietrich. Postać, która powróciła ostatnio w spektaklu „Marlena. Ostatni koncert” w Teatrze Polskim w Warszawie. Z tym mitem mierzy się jedna z najważniejszych polskich aktorek –  Grażyna Barszczewska, wcielając się w postać, którą tylko pozornie wszyscy znamy.

Rozmawiał: Jacek Górecki

  • Grażyna Barszczewska to jedna z najważniejszych aktorek teatralnych, filmowych i telewizyjnych, ma na swoim koncie niezliczoną ilość ról u takich reżyserów jak: Janusz Warmiński, Jerzy Grzegorzewski, Adam Hanuszkiewicz, Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz czy Andrzej Łapicki
  • W tym roku z okazji jubileuszu 70. urodzin aktorka zagrała dwie ważne role, pierwsza w Niezatańczonym tangu na podstawie prozy Wiesława Myśliwskiego, druga to Marlena Dietrich w spektaklu Józefa Opalskiego – obie w Teatrze Polskim w Warszawie
  • Aktorka została dwukrotnie uhonorowana nagrodą pierwszego stopnia Komitetu ds. Radia i Telewizji, Wielkim Splendorem, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem Ministra Kultury „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, a także indywidualnymi nagrodami za role teatralne

Przez postać Marleny Dietrich, którą gra Pani w najnowszym spektaklu chciałem porozmawiać o tym zawodzie. Aktorstwo to jeden wielki mit.

Aktorstwo – nie, to zawód, który można wykonywać lepiej lub gorzej, ale niektórzy artyści budzą takie skojarzenia. Marlena Dietrich tworzyła swój mit, zresztą bardzo świadomie, szczególnie przez kilkanaście ostatnich lat życia nie wychodząc ze swojego paryskiego mieszkania. Przygotowując się do tej roli przeczytałam sporo książek o niej, dokumentów, obejrzałam filmy z jej udziałem. Dawno temu jeszcze rozmawiałam z osobami, które miały okazję ją poznać m.in. z Jerzym Stefanem Stawińskim. Biografia pisana przez samą Marlenę roi się od konfabulacji. Chociażby jej krótkie spotkanie ze Zbyszkiem Cybulskim, który, wg niej odprowadzał ją na dworzec i nie mogąc się z nią rozstać, zginął pod kołami pociągu… To rzecz jasna, czyste kłamstwo, ale mit powędrował w świat i pewnie niektórzy weń uwierzyli… Marlena wymyśliła sobie legendę – Marlenę Dietrich, w którą uwierzyła i dała ją światu. Ideał pięknej, podziwianej aktorki nie mógł „sięgnąć bruku” i świat nie mógł zobaczył jej bezsilnej, starej, nieatrakcyjnej, opuszczonej, uzależnionej od leków i alkoholu. Żyła mitem Marleny do końca. Tylko, że na tą samotność i izolację sama sobie zapracowała swoim życiem, swoim rozdętym ego. A to zwykle nie prowadzi do szczęśliwego zakończenia.

Dla ludzi z zewnątrz to zawód przepiękny, a przecież tak przeklęty. Zawód nierozważny.

Rzeczywiście, to niebezpieczny i kapryśny zawód.  Jest bardzo cienka granica pomiędzy tym co dajemy tej zaborczej, nienasyconej muzie, a tym co warto zachować dla siebie, swoich bliskich, rodziny, przyjaciół. To niełatwe i nie da się tu kalkulować na zimno. Cytując Gustawa Holoubka: róbmy co robimy na scenie, czy przed kamerą z całym swoim wielkim oddaniem, ale pamiętajmy, że nie jesteśmy pępkiem świata! Bardzo łatwo przekroczyć tę granicę, także granicę ekstremalnych emocji, którymi żyjemy w swoich rolach. Wiem coś o tym. Wiele lat temu grałam Dwoje na huśtawce, spektakl cieszył się  niesłabnącym powodzeniem i grany był często nawet dwa razy dziennie.

Tą rolą, rolą Gizeli w Dwojgu na huśtawce wygrała Pani w zeszłym roku plebiscyt na „Najlepszą Aktorkę  35-lecia Sceny na Piętrze” w Poznaniu.

Tak, to miłe, że publiczność do tej pory pamięta to przedstawienie, którego premiera odbyła się właśnie w Poznaniu. Moją bohaterką miotały wielkie emocje, rola była bardzo wyczerpująca i psychicznie i fizycznie. Któregoś dnia zaproponowano nam (moim partnerem w tej sztuce był Roman Wilhelmi) żebyśmy zagrali jeszcze trzecie przedstawienie. Odmówiłam. Czułam, że zbliżam się do tej niebezpiecznej granicy własnej wytrzymałości… To cienka granica, można zapłacić zbyt wielką cenę – rozchwiania psychicznego, wycofania się ze sceny… Historia teatru, filmu zna takie przypadki…

Jak to jest grać Marlenę Dietrich, postać za którą się nie przepada?

Nie jest to artystka, którą podziwiam jako człowieka, nie akceptuję jej egoistycznego, gwiazdorskiego podporządkowywania wszystkiego i wszystkich – także swoich najbliższych – własnemu ego, w imię własnej kariery, swoich podbojów  męsko-damskich. I nie z powodów obyczajowych, ale czysto ludzkich. Odpowiedzi na pytania czy była znakomitą aktorką i wokalistką też nie do mnie należą. Byłam na jej koncercie w sali Kongresowej w latach 60-tych w Warszawie. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, i doskonale wiedziała jak to robić. Była bezsprzecznie piękną kobietą, świadomą swojej osobowości artystką, dbającą o swoją prezencję. Inteligentną i z poczuciem humoru – to mnie zawsze pociągało. Trzeba też pamiętać, że miała wiele białych kart w swoim bogatym życiu. Chociażby to jak zachowywała się w czasie II wojny światowej. Występowała na froncie dla żołnierzy   znosząc bohatersko siermiężne warunki wojny. Tym także zyskiwała sobie sympatię widowni. A teraz zafascynowała mnie ta zapomniana legenda, ta stara bezbronna, opuszczona kobieta, ten mit, który przez wiele ostatnich lat upijał się z jakiegoś powodu codziennie w swoim paryskim apartamencie.

Znaczy piękny mit o ludzkiej twarzy?

Przygotowując się do tej roli obejrzałam jeden z jej ostatnich koncertów i muszę panu powiedzieć, że to było dla mnie bardzo przykre doświadczenie. Wtedy była już bardzo leciwą panią, zmagająca się z różnymi dolegliwościami, które znosiła bohatersko. Ona już nawet nie śpiewała tylko parlandowała.  Na koncert dowożono ją na wózku inwalidzkim, ale na scenie dawała całą siebie! To przerażająco-fascynująca postać.

Historia Dietrich pokazuje, że niestety sztuka bardzo mocno łączy się z polityką, władzą. Właściwie dzisiejsza rzeczywistość utwierdza mnie, że są one nierozłączne.

Bardzo bym chciała dożyć tych czasów, żeby nie istniały te zależności. Ja nie pytam  widzów w teatrze do jakiej opcji politycznej należą. Kupują bilety i łączy nas po przeciwnych stronach rampy scenicznej partia wzajemnego rozumienia sztuki, piękna, wzruszeń, emocji, oczyszczającej radości, refleksji. Marlena opuściła faszystowskie Niemcy sprzeciwiając się Hitlerowi. Zyskała wielu przyjaciół i wielu wrogów, zwłaszcza w swojej ojczyźnie. Była „Prusaczką w amerykańskim mundurze” i tęskniła za Niemcami… Była przecież Niemką. To są dramatyczne rozstania.

Pani przeżyła już polityczną burzę w teatrze.

W latach 80-tych w stanie wojennym  grałam w takiej zamkniętej premierze w Teatrze Ateneum dla kilku osób z obsługi teatru, bez publiczności. Dla aktorów to straszne doświadczenie. Nie spalamy się przecież dla siebie. Bez publiczności nie istniejemy. Nie chciałabym już do tych czasów wracać. Ale historia kołem się toczy… i czy my pamiętamy i uczymy się historii, żeby nie popełniać tych samych typowych, chciałoby się powiedzieć narodowych grzechów?  Niestety…

Co Panią dziś interesuje najbardziej w tym zawodzie?

Wyłuskiwanie z każdej postaci którą gram cech i dobrych i złych. Z postaci Marleny, o której sporo wiem, także oprócz tych ciemnych, jej jasnych stron. Próbuję w każdej roli odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego zło w nas tak często triumfuje? Jakie warunki, jakie okoliczności na to wpływają. Przecież nikt nie rodzi się dobry czy zły. A we współpracy z reżyserem oczekuję propozycji formy, która otwiera aktorowi drogę do zbudowania roli.  Kilka lat temu grałam monodram w Teatrze Polonia – Pani z Birmy. Reżyserka Anna Smolar zamknęła mnie w niewielkim kwadracie na scenie, w którym musiałam się znaleźć tak jak moja bohaterka w izolacji, na wyspie w więzieniu domowym. Podobnie Józef Opalski wyznaczył niedołężnej Marlenie taką małą bezludną wyspę, którą jest łóżko, z którego się nie rusza, bo „tylko jak leży, nie przewraca się” – jak sama o sobie mówi. I na tym łóżku tworzy swój mit, starając się zapewnić sobie nieśmiertelność.

Patrząc na postać Marleny to czy życie wspomnieniami i przeszłością oznacza śmierć?

Ona sobie tę izolację stworzyła uciekając od świata za cenę trwania boskiego mitu Marleny. Sztuka, którą napisał Janusz Majcherek to także przestroga przed tym jak nietrwała, złudna jest kariera, blaski i władza. Sądzę, że każdy człowiek, nie tylko artysta, dopóki żyje, powinien żyć nie tylko dla siebie, ale dla innych, i wtedy zawsze będzie miał jakiś cel przed sobą: choćby spotkanie z drugim człowiekiem. Nie sprawia mi przyjemności oglądanie się za siebie i na pewno nie nasładzanie się tym co zrobiłam w zawodzie. Nie oglądam powtórek moich filmów, spektakli Teatru Telewizji i innych ponieważ nie mogę już niczego zmienić, a to jest bolesne, ponieważ w 99% przypadków chciałabym to zrobić! Poprawić, ulepszyć… A przecież trzeba iść dalej.

Mam wrażenie, że dziś jest o wiele łatwiej dojrzałym aktorkom, patrząc na te dawne nazwiska z Joan Crawford, Dietrich czy Bette Davis na czele, które zmagały się ze wspomnieniami, a nie nowymi rolami, żyły ciągle w swoich mitach.

To była inna epoka. Taki był wymóg tamtych czasów, że gwiazda ma być gwiazdą, a nie upadającą gwiazdą, żyć swoim wykreowanym życiem. Ale te wielkie gwiazdy przecież upadały, często nie mogły dać sobie rady z własnym życiem. Płaciły bardzo wysoką cenę. To głośne nazwiska także w pop-kulturze.

Czego nauczyła Panią postać Marleny?

Kiedyś Kazimierz Dejmek powiedział, że teatr jest po to by ulepszać człowieka, udoskonalać świat w którym żyjemy. Nawet jeśli jest to kropla w morzu zła, wojen, konfliktów. Podpisuję się pod tym. Tworząc moją sceniczną Marlenę starałam się ją zrozumieć, i w wielu płaszczyznach utożsamiałam się z nią. A jeśli widz, który przyjdzie obejrzeć nasz spektakl wyciągnie z tego wnioski, że nie zawsze trzeba tylko brać… to może ta lekcja przyda się w jego życiu?