Wywiad: Joanna Kos-Krauze

2 października 2017, Jacek Górecki

Kultura

JEST ŻYCIE PO KOŃCU ŚWIATA

Rozmawiał: Jacek Górecki

Na zakończonym właśnie Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni obraz Ptaki śpiewają w Kigali Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze otrzymał Srebrne Lwy. Specjalnie dla nas reżyserka opowiada o pracy nad tym filmem i życiu po jego nakręceniu.

Co dziś śpiewają ptaki w Kigali?

Mam nadzieję, że niezłudną pieśń o przebaczeniu, która wcale nie musi oznaczać pojednania. Samo pojednanie wcale nie jest łatwe. To pieśń, która mówi, że instynkt życia jest silniejszy, niż doświadczenie i jakieś straszliwe traumy.

W książce, wydanej przy okazji premiery filmu opowiadasz o tym, że przed rozpoczęciem zdjęć wybrałaś się z Krzysztofem Krauze do Kongo, wtedy to ofiary ludobójstwa wciąż wypływały na powierzchnię.

Myślę, że ten temat będzie jeszcze przez sto/dwieście lat bardzo tam namacalny. To są kości, które znajdują się na niemal całym terytorium. Wielu ludzi niestety tych kości bliskich nawet nie szuka. To nie są Bałkany, gdzie kobiety, matki, żony szukały swoich bliskich. Rwanda jest zupełnie innym krajem. To wciąż jedno z najbardziej zapalnych geopolitycznych miejsc na ziemi. Ekshumacje to wielki problem. W Kongo nie można doliczyć się 5 miliona ludzi. Jak zaczynaliśmy zdjęcia do filmu ogłoszono stan wyjątkowy w Burundi i z powrotem pojawiły się obozy dla uchodźców.  Znowu zrobiło się niebezpiecznie. Część ekipy odmówiła ze mną współpracy, bali się pojechać w centrum tego ogniska. Ten temat tam wciąż żyje.

Czy na miejscu ktoś się dziwił, że biały człowiek z Polski przyjeżdża tam i chce opowiedzieć ich historię.

Od razu musimy powiedzieć, że nie byliśmy pierwszymi białymi ludźmi, którzy przyjechali tam nakręcić film. Wcześniej był chociażby Hotel Rwanda, który jest jakąś hollywoodzką bzdurą. To bardziej próba zadośćuczynienia amerykanów, którzy chociażby dzięki temu filmowi i takim gestom inwestują w swoją pozycję na świecie. Tak naprawdę wszystkie filmy, jakie opowiadały o tej masakrze były opowiedziane przez białych. Nasz film jest o tyle przełomowy, że wszystkie role tamtejszych ludzi grają rwandyjczycy. Niemal od samego początku po tych wydarzeniach pojawiły się tam organizacje humanitarne czy pozarządowe. To kraj, którego PKB składa się w 80 procentach z pomocy międzynarodowej. Więc zanim oni zaczną w rzeczywisty sposób sami opowiadać i kręcić o tym filmy to jeszcze musi sporo czasu upłynąć. Na to tam nie ma pieniędzy. Z większości produkcji, które powstały na ten temat rwandyjczycy byli nie zadowoleni. Mi zajęło osiem lat na uzyskanie tego zaufania.

Ingerowali w produkcję czy powstanie scenariusza?

Absolutnie nie! Miałam oczywiście zarejestrowany tam scenariusz, którego kolejne wersje czytali przydzieleni do tego ludzie, również przed premierą filmu, musiałam pokazać im wersję offline’ową. Ale nie mogę powiedzieć, że to była cenzura. Zresztą na samym początku rozmów zapewniłam ich, że nie interesuje mnie zrobienie filmu politycznego. Uważam, że własne wewnętrzne, polityczne rozliczenia powinni robić sami. Podobnie było przy kręceniu Papuszy. Ja oczywiście wolałabym, żeby taki film kręcili Romowie. Niestety oni nie mają takich narzędzi jak my, dostępów do środków filmowych, pieniędzy na opowiedzenie filmu. Zawsze traktowaliśmy z mężem film, jako formę sztuki, która ma obowiązek utrzymywania pamięci o ważnych, często pominiętych tematach.

Szybko zmieniająca się sytuacja na świecie sprawiła, że dziś wasz film stał się niesłychanie aktualny, niektórzy przypisują go nawet jako komentarz w sprawie uchodźców.

To był symboliczny moment, myślę, że dziś Ptaki śpiewają w Kigali nie dostałyby dofinansowania od PISF’u czy Telewizji Publicznej. Wiem to chociażby po projektach, które nie dotykają tak namacalnie jak my problemów uchodźców, a mają obecnie problem z powstaniem. Co jest oczywiście jakąś bzdurą. U nas się zdarzył Holokaust i mamy prawo czy wręcz obowiązek w każdym pokoleniu zadawać pytania o tej przemocy, skąd to się wzięło. Jeżeli będziemy traktowali każde ludobójstwo jako doświadczenie narodowe czy etniczne to wtedy mamy katastrofę. To powinno być doświadczeniem ogólnoludzkich, wstrząsają prawdą o naszej naturze. Trzeba pamiętać, że każde ludobójstwo zaczyna się od słów. Dopiero później pojawiają się czyny. Dlatego tak istotne jest odpowiednie rozmawianie i zadawanie pytań w tym temacie. Przy tym projekcie podkreślam, że życie nas przegoniło. Pierwszą wersję scenariusza napisaliśmy jedenaście lat temu, jeszcze przed powstaniem Papuszy. Chcieliśmy zrobić film uniwersalny, z racji konkretnych faktów także historyczny. Okazało się, że zrobiliśmy film aktualny, w którym bardziej zwraca się na problem uchodźców, niż tej masakry w Rwandzie. Każde ludobójstwo traumatyzuje na pokolenia. Nie tylko ofiary i sprawców, ale również świadków. My nadal nie potrafimy rozmawiać ja nie mówię w sposób dojrzały, ale choćby spokojny na temat chociażby Jedwabnego. Wierzę natomiast, że młode pokolenie, pokolenie mojego syna jest na to powoli gotowe.

Ten film ma pełnić edukacyjną rolę?

Nigdy tak tego nie traktowaliśmy, nie jesteśmy nauczycielami. Raczej przyjęliśmy rolę osób, które zadają pytania. Wierzę głęboko w te pytania, które zadaje, może też dlatego, że wciąż wierzę w dialog między ludźmi. Trzeba zająć jakieś stanowisko, jeśli się nie zajmie stanowisko w konkretnych, znaczących sprawach to cierpią na tym wyłącznie ofiary i my wydajemy takim zachowaniem zezwolenie na przemoc. W życiu każdego człowieka są takie sytuacje, gdzie trzeba głośno i stanowczo zająć jakąś stronę. Nie nazwałabym tego edukacją, to raczej budowanie świadomości po przez zadawanie pytań. I to nie jest tylko temat Holokaustu, chociażby ludobójstwo Ormian, którego Ameryka do dziś nie chce uznać. Ludobójstwo nikogo, ani niczego nie uczy. Najgorsze jest to, że zawsze odbywa się to według tych samych zasad. Najpierw pada słowo… potem czyny.

Jak wygląda życie młodych ludzi po końcu świata?

To może wydawać się zadziwiające, ale dziś dla młodego pokolenia, które nie pamięta wydarzeń z 94’ roku żyje dalej. Młodzi ludzie w Rwandzie chcą żyć tak jak ich rówieśnicy na całym świecie, a więc chodzą do nocnych klubów, zderzają się ze światem konsumpcji. Z drugiej strony każdy z nich jest potomkiem ofiary albo mordercy. Wszyscy mieszkają obok siebie, sąsiedzi, którzy zgwałcili matki, siostry, zamordowali ojców. To nie jest proste żyć w takiej energii, ludzie muszą odreagować.

Czuć tam wciąż wiszący w powietrzu konflikt, który jest cały czas na cienkiej granicy?

Na pewno! Emocje zawsze są złym doradcą. Mogę to powiedzieć z wieloletniego doświadczenia mieszkania w RPA, że rwandyjczycy są bardziej wycofani, skryci i trudno wejść z nimi w relacje, w której występuje zaufanie. To nie wygląda tak, że rozmawia się o tym przy kawie, o tym, że ojciec mordował maczetą. To bardzo trudna opowieść. Ja zawsze starałam się nie pytać za dużo, wchodziłam w kontakt z ludźmi na zasadzie obserwacji, żeby tego konfliktu sztucznie nie podjudzać. Czekałam na moment, kiedy sami się przede mną otworzą, jedni mieli potrzebę wygadania się, inni byli poblokowani.

O czym zatem jest ten film?

Nasz film jest o tym, że człowiek jest tak samo źródłem cierpienia jak i ratunku.

Czego nauczyłaś się od rwandyjczyków?

Przede wszystkim, żeby szybko nie oceniać ludzi. Bacznie siebie samego obserwować. My naprawdę nie wiemy jakbyśmy mogli zachować się w sytuacji żałoby czy ludobójstwa. Ja nie jestem najlepszego zdania o człowieku, tym samym o sobie. Ludzie bardzo łatwo decydują za innych, przypisują zachowania, zasady życia. Nauczyłam się, żeby nigdy się na to nie godzić. Ceną tego braku możliwości decydowania o własnym życiu jest samotność.

A jak rwandyjczycy nas widzą?

Jest coś potwornego w tym, że jak człowiek ma styczność z ludźmi wybitnymi, innymi od nich samych to od razu rodzi się nietolerancja i poczucie strachu. Tak było z Papuszą, Nikiforem, tak jest i z Robertem Biedroniem czy rwandyjczykami. Ja pamiętam taką piękną scenę w Kigali. Siedziałam z dwoma przyjaciółmi, dwumetrowymi, pięknymi Tutsi – jeden z nich grał w filmie Jean Paula i jest co ciekawe trzeci w kolejce do objęcia tronu w Burundi, gdzie jego matka jest królową. Oglądaliśmy kiedyś wspólnie wiadomości, gdzie pokazywano wiec z Budapesztu a pro po przyjmowania uchodźców. Wśród nich starsze panie w beretach, panowie, wszyscy smutni, pełni agresji krzyczą, że nie chcą uchodźców, bo będą zabijać i gwałcić. Wtedy moi przyjaciele zapytali mnie o co chodzi tym ludziom, dlaczego tak krzyczą. Próbowałam im to wyjaśnić, oni byli zaskoczeni takim zachowaniem ludzi w Europie. Ludzie boją się o swoją tożsamość. Lęk niestety jest najszybciej rozprzezczeniającym się wirusem.

Na koniec powiedz mi co Tobie śpiewają dziś ptaki?

Żeby za dużo w życiu nie planować, robić swoje, nie przejmować się tak sobą i nie współczuć. Powiem Ci, że ja strasznie stwardniałam przez te ostatnie lata. Jestem teraz w takim momencie, że nie wiem czy jest w stanie jeszcze inny człowiek mnie zranić. To nie jest coś co ja u siebie lubię. Życie się toczy i na wiele spraw nie mamy wpływu, a tam gdzie potrzebujemy wsparcia go nie dostajemy. To wszystko jest bardzo skomplikowane. Ludzie często żyją tylko marzeniami, że chcieliby to czy tamto, później kiedy to dostają przychodzi rozczarowanie. Ja nauczyłam się jednej podstawowej zasady, żeby wiedzieć w życiu czego się nie chcę, na co ja się nie godzę, a już na pewno nie za wszelką cenę.