Wywiad: Magdalena Schejbal

15 lutego 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

ROZMOWA Z PUBLICZNOŚCIĄ

Magdalena Schejbal od dziecka kręciła się dookoła sceny teatralnej. Od jakiegoś czasu mocno po niej stąpa, głównie za sprawą spektakli Iwony Kempy. Jeden z nich Nad Czarnym jeziorem miał swoją premierę w styczniu w Teatrze Ateneum. To pretekst do rozmowy z aktorką o nieumiejętności rozmawiania ze sobą, także w teatrze.

Rozmawiał: Jacek Górecki

Nawiązując do spektaklu Nad Czarnym jeziorem jak wygląda Twoje Tu?

Na moje Tu bardzo długo czekałam, żeby znaleźć się w tym miejscu w którym jestem. Wierzę, że to jest początek bardzo dobrej drogi. Moim Tu jest teraz scena teatralna. Jako dziecko rodziców aktorów wychowałam się w teatrze, to była moja codzienność. Ale na rzeczywisty moment grania w teatrze musiałam długo czekać. Co prawda w Teatrze Ateneum jestem dziesięć lat, ale nie z mojej winy, nie było mi dane stawać na deskach tego teatru. Chociaż uczciwie muszę przyznać, że miałam parę takich momentów, żeby stąd uciec.

To były momenty ciszy?

Tak, wtedy, kiedy nic się właściwie nie działo. Miałam to szczęście, że ten teatr jako pierwszy otworzył przede mną drzwi. To był czas, kiedy Izabela Cywińska była jego dyrektorem, ona przygarnęła mnie pod swoje skrzydła, zaprosiła do zespołu. Wystawiliśmy wówczas Moją córeczkę Tadeusza Różewicza, bardzo trudny i ważny tekst. Bardzo zależało nam, żeby zobaczył ten spektakl, ale się nie udało. Zostawił mi podpisany program i dedykację, bardzo żałował, że nie mógł tego zobaczyć. To był dla mnie ważny moment.

alt

Po tym spektaklu zniknęłaś z teatru na parę lat, mimo, iż byłaś tu na etacie.

Nie było mi dane grać na scenie, ale przeczekałam ten moment ciszy. Dopiero Janusz Wiśniewski zażyczył sobie, żebym u niego zagrała w spektaklu Dziewice i mężatki. Z jednej strony spotykam na swojej drodze wielu złych i zawistnych ludzi, którzy mi źle życzą, z drugiej takie osoby jak Izabela Cywińska czy Janusz Wiśniewski. To jest niezwykle budujące. Tak było zresztą od samego początku, od mojego teatralnego debiutu, gdzie jeszcze będąc w szkole teatralnej zagrałam w spektaklu Wojna polsko-ruska w Teatrze Wybrzeże, który wówczas był pod dyrekcją Macieja Nowaka. Ale nie było to mile widziane w szkole, zarówno przez profesorów czy kolegów. Postanowiłam jednak postawić na scenę i zostać samotnikiem w tym zawodzie.

W spektaklu Nad Czarnym jeziorem najważniejsza nie jest tragedia, która się przydarza bohaterom, tylko opowieść o ludziach, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać. W dodatku wszystko zapisane specyficznym językiem.

Ten tekst jest bardzo trudny i niewdzięczny dla aktora, zarówno przez formę, jak i temat. Napisany został białym wierszem, bez znaków interpunkcyjnych, didaskaliów, przez to z dowolną formą i interpretacją dla twórców. Iwona Kempa od początku miała świadomość, że nie będzie łatwo. Sama nie przypuszczała, że aż tak intensywnie będziemy z kolegami aktorami szukać środków na ten spektakl. Próby zabrały nam bardzo niewiele czasu, natomiast zabrały nam bardzo dużo energii i siły wewnętrznej. Z czasem okazało się, że pomysły na sztukę nie sprawdzały się na scenie. Trudnością było stworzyć sytuację i świat bohaterom, żeby nie był on jednoznaczny, pudełkowy. Dlatego też w spektaklu nie ma dekoracji, żeby nie popaść w takie pokazanie „żyćka”. To wszystko jest ascetyczne…

alt

Przez to ma się wrażenie, że uczestniczymy w zbiorowej terapii.

Publiczność przy tym tekście jest dla nas bardzo ważna. Krzesła ustawione są tak, żebyśmy my aktorzy mogli być jak najbliżej ich, a przez to widzowie zostają wciągnięci w nasz problem. Chodziło nam o uruchomienie procesu, gdzie widzowie będą uczestniczyli w czymś na wzór spotkania grupowego. Takie masowe współodczuwanie. Gdyby nie ten zabieg, możliwe, że nie udałoby się nam usankcjonować tego tekstu.

Z drugiej strony to wielkie zadanie dla publiczności, która często spuszczała wzrok.

W Teatrze Ateneum od lat mamy stałego widza i fajnie by było, gdyby ten stały widz z nami pozostał. Z drugiej strony, zależy nam na przyciągnięciu nowych, młodych ludzi, których osobiście mi brakuje. Co do publiczności podczas spektaklu Nad Czarnym jeziorem, to myślę, że oni dużo trudniej znoszą ten tekst, niż my aktorzy. Ale ja się nad tym nie zastanawiam będąc na scenie,  nie chcę analizować zachowania widzów czy coś niepotrzebnie kalkulować. Zwyczajnie staram się być Elzą, moją postacią. Widzów traktuję jakby przez taką siatkę, cieniutką ścianę. Oczywiście bałam się tego, że takie zachowania jak spuszczony wzrok lub różne nieprzewidziane sytuacje będą mnie dekoncentrowały, ale okazuje się, że ze spektaklu na spektakl coraz bardziej wchodzimy w postaci i czujemy się komfortowo.

alt

Mówisz, że publiczność ma dużo trudniej, dlaczego?

Nasza czwórka zdążyła się już przyzwyczaić do tego problemu. Wychodzimy z tym tekstem co wieczór, znamy go, wiemy jakie emocje w nas wywoła. Widzowie są poniekąd przy nas nadzy. Ale ja to rozumiem, sama nie do końca przepadam za teatrem integracyjnym, takim, który burzy tzw. czwartą ścianę między widzami, a aktorami. Jednak w przypadku tego tekstu ma to swoje uzasadnienie. To jest „nasza wspólna” terapia i rozmowa.

Sztuka ta mierzy się z tematem samobójstwa wśród dzieci, jak tobie jako matce przyszło zmierzyć się z tym tematem?

Jestem aktorką organiczną. Podczas prób oczywiście działy się różne rzeczy. Potrafiłam przyjść z depresją do domu, a były też dni kiedy ten temat znosiłam lepiej. Starałam się to kontrolować. Możliwe, że łatwiej mi było przez lata doświadczenia w tym zawodzie. Na szczęście przez ten miesiąc pracy nad spektaklem nie było moich dzieci, które wyjechały wówczas na ferie. Wiem, że przy tym temacie byłoby mi znacznie ciężej na etapie tych intensywnych prób, gdyby one były w domu i musiałabym konfrontować próby w teatrze z codziennością matki. Jestem bardzo wrażliwym człowiekiem, zresztą myślę, że każdy rodzic tak ma. Na dodatek jestem matką, która ma lęki paranoidalne. Wszyscy się ze mnie śmieją, nawet dzieci, ale tak jest. Od razu mam wizję, że dziecko wpada mi pod samochód i jest tragedia. To jest moje codzienne życie ze strachem, ale staram się go chować. Przy pracy nad tą rolą, jak mantra pojawiało mi się takie pytanie, czy my, jako rodzice, dorośli ludzie, jesteśmy w ogóle w stanie tak poprowadzić życie młodego człowieka, żeby uniknąć takich sytuacji? Z drugiej strony co sprawia, że dzieci popełniają samobójstwa… dzieci?!

alt

Nie miałaś momentów niebezpiecznych, takich, które zacierały taką umowną granicę między rzeczywistością i fikcją?

Doświadczenie to jedno, druga sprawa to technika. Myślę, że to najważniejsze w tym zawodzie, żeby nie zwariować. Przeprowadzić postać technicznie przez głowę, nie wchodząc w nią za bardzo emocjonalnie. Nie mówię tutaj o udawaniu, tylko raczej o procesie pracy nad rolą. Sztuką i techniką jest nie przeżywanie czy kotłowanie wszystkiego w głowie. Na pewno też komfortem jest to, że mam gdzie wracać. Mimo iż jak powiedziałam wcześniej, jestem samotnikiem w tym zawodzie, to na szczęście nie w życiu.

Czego ciebie nauczyła ta rola?

Dyscypliny w tym zawodzie. W życiu oczywiście jest to niemożliwe. Bardzo się z tego cieszę, bo to jest dla mnie nowa jakość w tej pracy. Do tej pory miałam zarówno przyjemność i trudność pracy z reżyserami, którzy bazowali na mnie samej. Iwona Kempa podczas prób wymagała od mnie znacznie więcej, nie szła po moich warunkach. Spotkanie z nią jest dla mnie jedną z ważniejszych lekcji w tym zawodzie.

A jak spoglądasz na Tam, to co widzisz?

Spoglądać w przyszłość też trzeba z dystansem, żeby nie zwariować. Na pewno jest to dla mnie czas małych odkryć zawodowych. Dużo nowego się wydarza, a ja się już nie powielam. Miałam taki moment w pracy, że byłam już siebie pewna, przez to przewidywalna. Nie mogłam na siebie patrzeć, bo wiedziałam co jestem w stanie z siebie wydobyć. Okazuje się, że jestem w stanie znacznie więcej pokazać. To daje mi obecnie teatr. I to „tam” jest związane chociażby ze sceną i kolejną premierą, która już w kwietniu w Teatrze Ateneum.

alt