Gdy jednak człowiek poświęci swojej pasji dużo czasu i energii – wszystko może się spełnić

2 kwietnia 2017, Jerzy Skarżyński

ludzie

Czy po uczniu licealnej klasy o profilu matematyczno-fizycznym, a potem studencie Wydziału Budowy Maszyn i Okrętów Politechniki Szczecińskiej można oczekiwać, że zostanie kiedyś etatowym reprezentantem Polski, zawodnikiem klasy mistrzowskiej międzynarodowej w maratonie? To chyba niemożliwe! Nie postawiłbym na coś takiego nawet złotówki. Gdy jednak człowiek poświęci swojej pasji dużo czasu i energii – wszystko może się spełnić. A ja „od zawsze” lubiłem… biegać.

Marzenia o studiowaniu na Akademii Wychowania Fizycznego były po maturze nierealne, gdyż żeby zdać egzaminy wstępne oprócz wiedzy kierunkowej wiedzy trzeba wykazać się  ponadprzeciętnymi umiejętnościami sprawnościowymi. A ja byłem mikrym, mało sprawnym fizycznie nastolatkiem, który posiadał ponadprzeciętną wiedzę, ale z… matematyki i fizyki. Prędzej było mi do kariery w szachach, niż na lekkoatletycznych stadionach. Tyle, że ja kochałem biegać, a nie rozwiązywać łamigłówki w szachowym klubie. Biegałem, choć na mój widok pukano się w czoło, bo sprzyjającej „pogody” dla biegaczy wtedy jeszcze nie było. Biegałem, choć sukcesy odnosiłem tylko na poziomie międzyszkolnym. Już tylko na zawodach wojewódzkich pokazywano mi moje – daleeekie – miejsce w szeregu. A jednak zostałem mistrzem!

Studia na politechnice nie były dla mnie problemem, więc na drugim roku wróciłem do swojej biegowej pasji. Wstąpiłem do AZS-u i rozpocząłem wyczynowy trening. Łączenie nauki ze sportem zwykle nie jest łatwe, ale ja kończyłem studia techniczne jako… akademicki mistrz Polski w biegu przełajowym. Można? Można!

Przypadkowy (!) debiut w Maratonie Pokoju (1980) ze znakomitym wynikiem (2. miejsce i czas 2:22:29), a potem udany start w Mistrzostwach Polski (Dębno 1982 – 9. m. – 2:16:29) uczyniły ze mnie członka kadry narodowej. Potem szło już gładko: medale MP (1985,1986 i 1988) oraz biegi w reprezentacyjnym stroju podczas Pucharów Europy, Pucharu Świata i w mistrzostwach Europy. Byłem też w składzie reprezentacji olimpijskiej na Los Angeles (1984), ale z powodu bojkotu tych igrzysk przez demoludy ominął mnie zaszczyt uczestniczenia w tym święcie sportu. Jako wybitny maratończyk zjeździłem „pół świata”, co w latach 80. nie było takie łatwe.

Gdy dzisiaj o tym myślę, nie chce mi się wierzyć, że to wszystko osiągnąłem. Nie tak bowiem wyobrażałem sobie swoją przyszłość jako nastolatek i student politechniki. A ściślej – marzyłem wtedy o tym, ale wydawało mi się to nierealne. Mi się udało…

Udało? Duuużo robiłem, by się udało. Przez całe lata kariery byłem bardzo skoncentrowany na swoich działaniach i zdeterminowany, by „iść do przodu” w precyzyjnie określonym kierunku. Wiedzę o treningu czerpałem z różnorodnych źródeł, najczęściej niemieckojęzycznych, gdyż polska literatura na te tematy była wówczas bardzo uboga. Połączyłem ją skutecznie z systematyczną pracą, dużą dozą cierpliwości oraz rozsądku w treningowych działaniach.

Pasja, jasno i mądrze precyzowane cele i te – dla wielu niestety nic nie znaczące – cechy pozwoliły mi realizować swoje marzenia, żyć inaczej, niż inni. Nadal tak żyję, od lat dzieląc się swoją wiedzą – pisząc poradniki dla biegaczy, spotykając się z biegaczami na licznych wykładach, seminariach i szkoleniach, na które jestem zapraszany.

Mówi się, że jak ktoś robi, co lubi, to nie pracuje. Ja nigdy nie pracowałem…

Jerzy Skarżyński