Maria Callas – boska i przeklęta

15 czerwca 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Aida, Carmen, Turandot, Madame Butterfly, Medea, Traviata, Nabucco, Tristan i Izolda oraz ponad trzydzieści innych klasyków opery. Takie zestawienia na swoim koncie posiada tylko Maria Callas. Istny demon sceniczny. Jedyna solistka operowa, która ze swojego głosu stworzyła znak rozpoznawczy, wychodzący poza wszelkie ramy tej dziedziny. Ale za tą potęgą kryło się życie pełne rozgłosu i skandali. Posłuchajcie opowieści o niezwykłym głosie, który zniszczyły media.

Grecko-amerykański sen

Przedstawić tę artystkę w pełni jest trudno. Jej właściwe i pełne nazwisko brzmi Cecilia Sophia Anna Maria Kalogeropoulou, Maria Meneghini Callas. Urodzona w Grecji na początku lat 20. wraz z rodzicami szybko wyjechała w świat, by dotrzeć do Ameryki, gdzie spełnić się miał błogi sen. Ojciec otworzył aptekę, matka zaś postawiła na edukację dzieci i prowadzenie domu. Nowy Jork był pierwszym życiowym przystankiem Marii i miejscem, w którym się wychowała i spędziła kilkanaście lat. To także miejsce jej muzycznego startu, na który składały się na lekcje gry na fortepianie. Ale sen amerykański został szybko przerwany wraz z rozwodem rodziców, po którym Maria oraz jej siostra wróciły z matką do Grecji. We wspomnieniach, przyszła diva operowa bardzo często przyznawała, że okres dzieciństwa kojarzył się jej z samotnością i rodziną, której w zasadzie nigdy nie było.

Brzydkie kaczątko o pięknym głosie

Powrót do Europy nie był jednak przerwaniem edukacji muzycznej. Wręcz przeciwnie, samotna matka Callas postanowiła wycisnąć z dziewczynek jeszcze więcej. Zapisała więc Marię na lekcję śpiewu do Elviry de Hidalgo, jednej z najważniejszych, włoskich śpiewaczek operowych, do której dostać się na zajęcia było nie lada wyczynem. Ale Callas miała talent, co potwierdziła chwilę wcześniej na przesłuchaniach do Konserwatorium Narodowego w Atenach. Śpiewając partie Carmen, wyśpiewała sobie tam miejsce. Niestety wraz z głosem nie szedł w parze wygląd, który jak na przyszłą śpiewaczkę operową raczej ją dyskwalifikował, przynajmniej tak uważała de Hidalgo, która określiła ją z tamtego okresu jako nieciekawą dziewczynę z nadwagą, w grubych okularach i o paskudnej cerze. Ale nie pozostawiła tak tego i zaczęła prócz głosu doskonalić jej wizerunek.

Ze śpiewem na ustach

Na dalszy rozwój nie trzeba było długo czekać. Już jako dwudziestoparoletnia dziewczyna miała ugruntowaną pozycję i powróciła do Nowego Jorku. Lata 50. i 60. to dla Callas wejście na wyżyny. Stała się najpopularniejszą kobietą i najsławniejszą artystką operową świata. Przebierała w tytułach i miejscach, z których dostawała propozycje. Śpiewała w mediolańskiej La Scali, londyńskiej Covent Garden, nowojorskiej Metropolitan Opera. Łącznie ponad czterdzieści najważniejszych oper. Ale sukces szybko zaczął się mieszać ze skandalami. Historia Marii Callas jest jednym z pierwszych istotnych, czy wręcz wstrząsających przykładów, jak olbrzymi talent zabijany jest przez media. Wybitne zdolności i sukcesy powodują zainteresowanie życiem prywatnym, niebezpieczny kult i generowanie skandali, tak jakby samo dzieło nie wystarczało. Trzeba dodać, że to nie były czasy gdzie tę rolę pełnił internet i portale plotkarskie, tylko prasa. Niemniej siła plotek i hejt był równie potężny co dziś, może nawet jeszcze większy…

Ofiara hejtu

Nie przebierano w środkach, żeby tylko mieć mocny artykuł o Callas. Po słynnej premierze „Madame Butterfly” w Chicago, za które zgarnęła świetne recenzje, zrobiono jej „niekorzystne” zdjęcie, na którym widać ją w oddali wściekłą i naburmuszoną. Prasa od razu to podłapała i opisała w obszernym artykule dla magazynu Time nazywając ją rozkapryszoną primadonną. To wszystko spowodowało, że Callas szybko stała się ulubienicą prasowych hien i kiedy tylko mogli, to ją oczerniali, szczególnie wtedy, kiedy wykończona rozgłosem i zmęczona odwoływała swoje występy. Niedyspozycja głosu nie była przez nich brana na poważnie. Oni ustalali swoją wersję, oczywiście taką, która się dobrze sprzeda. A więc każdy odwołany występ, jak choćby słynna „Norma” w Rzymie, na której pojawił się prezydent Włoch, była później rozpisywana i zarzucano divie brak szacunku dla słuchaczy i niedojrzałość. Cała ta nagonka tylko pogrążała Marię, która siłą rzeczy zaczęła wchodzić w konflikty, jak chociażby ten z dyrektorem Metropolitan Opera, który ostatecznie ją zwolnił.

Miłosny trójkąt

W lipcu 1959 roku opera stanęła pod znakiem zapytania. Na drodze Callas pojawił się Aristoteles Onassis, grecki armator, multimiliarder, z którym po trzech dniach stali się już kochankami. Mimo iż Callas była już w związku małżeńskim z włoskim przemysłowcem Battistą Meneghinim, nie zamierzała rezygnować z wielkiej miłości, jaką był Onassis. Tylko, że Callas miała poważną konkurentkę w postaci wdowy po amerykańskim prezydencie, Jackie Kennedy. Ich chory trójkąt był komentowany przez wszystkich. Z czasem Jackie stała się żoną miliardera, co jednak nie przerwało romansu z Callas. Onassis utrzymywał z nią kontakt do końca. Ostatnie dwa tygodnie życia spędził w Paryżu, by być bliżej swojej ukochanej, opuszczając tym samym swoją żonę i Amerykę. Coś co zachowali w tajemnicy do śmierci, a ujrzało światło dzienne trzydzieści lat później to ciąża Callas. 30 marca 1960 roku urodziła swoje jedyne dziecko, owoc ich wspólnej, zabójczej miłości, syna o imieniu Omero. Niestety niemowlę zmarło dwie godzinny po urodzeniu, co na zawsze naznaczyło Marię. Wcześniej artystka podobno nieraz dokonywała aborcji.

Boska odchodzi

Połowa lat 60. była trudnym okresem dla divy. Jej ostatni występ odbył się 5 lipca 1965 roku w Covent Garden w Londynie. Swoją bogatą karierę zakończyła brawurową rolą w „Tosce” Giacoma Pucciniego. Zaraz po tym występie przeniosła się do Paryża i odizolowała od świata. Ale nie był to koniec z muzyką, bowiem w latach 1971-72 postanowiła poprowadzić w nowojorskiej Juilliard School kursy mistrzowskie. Maria Callas zmarła nagle, dostała zawału serca w swoim paryskim mieszkaniu – 17 września 1977 roku. Jej prochy zgodnie z wolą rozsypano nad Morzem Egejskim. Miała wówczas 53 lata i to był najsmutniejszy dzień w historii opery.

Jak większość geniuszy oddała całe życie swojej pasji, ale mimo milionów fanów i wyznawców umierała w samotności i zapomnieniu. W ostatnim liście do siostry, wysłanym rok przed śmiercią, napisała: Straciłam głos, pozostaje mi tylko umrzeć. Ten rok intensywnie wraca do jej postaci, wiosną w polskich kinach mogliśmy oglądać fantastyczny dokument Toma Volfa. Jednak najważniejszy w przypadku Callas jest głos i nic nie powinno go zburzyć. Posłuchajcie jej archiwalnego występu w partii Carmen.