Wywiad: Jerzy Stuhr

20 kwietnia 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Jeden z najznakomitszych aktorów i reżyserów, grał u Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego, Krzysztofa Kieślowskiego. Wykładowca i pedagog. Jerzy Stuhr spotkał się z nami przy okazji najnowszej premiery. W warszawskim Och-Teatrze reżyseruje „Bal Manekinów” na podstawie Bruno Jasieńskiego. Nam zdradza wszystko to, co go obecnie porusza, od teatru, młodych ludzi wchodzących do tego zawodu, aż po politykę.

Czego potrzebuje świat manekinów?

Świat manekinów przede wszystkim potrzebuje muzyki, bo tego nie potrafią sami wygenerować. Czekają więc na okazję, aby w sąsiednim domu rozpoczął się bal. Muzyka potrzebna jest im do wygenerowania ruchu, ponieważ cały rok są przykuci do ziemi. Oni nie znają podstawowych kroków, muszą więc wszystko podpatrzeć i się nauczyć. Mierzymy się tutaj z bardzo trudnym zadaniem choreograficznym. Najważniejsze jest pokazanie widzowi procesu rodzenia się ruchu członków, kończyn, głowy. Dlatego też nasz spektakl zaczyna się od podstawowego rytmu, metronomu.

 Manekinom potrzeba też ludzkiej głowy.

Ciągle gdzieś za czymś tęsknimy, czymś, co sobie wykreowaliśmy w marzeniach. Innym światem, ziemią obiecaną, kompleksem polskim. Manekiny marzą o głowie człowieka jako paszporcie do wejścia w świat ludzi. Mimo iż manekiny są przez nich upokarzani. Jeden z nich mówi: przychodzi, piętnaście poprawek żąda, a przecież mnie te szpilki kłują jak mi przybijają. Jak grałem ten tekst we Włoszech, to spoglądaliśmy na niego jeszcze inaczej. Tamten manekin tęsknił za czym innym, niż te nasze w spektaklu. Jedno się zgadza, wszyscy tęsknią za światem ludzi, aby strasznie się rozczarować tym światem.

Czy czuje się Pan manekinem w tym świecie?

Nie, dlatego, że nauczyłem się szukać wolności po swojemu. Trwało to wiele lat, przeszedłem wiele upokorzeń, odsunięć, wzlotów, upadków i teraz umiem tej wolności szukać sam. Mnie nie potrzeba żadnych wzorów. To wszystko powoduje, że moja postawa jest gdzieś z boku. Gdybym aktywnie uczestniczył w życiu publicznym, jak wtedy, kiedy prowadziłem szkołę teatralną i byłem urzędnikiem państwowym – to pewnie tak. W tej chwili mój obszar wolności jest wokół mnie, na szczęście, przynajmniej na razie, nikt w niego nie ingeruje. Czuję się bezpiecznie, mimo iż jako artysta mam strasznie dużo wątpliwości i sytuacji niepewności. Mój świat pod tym względem jest dosyć bogaty. Potrafię odrzucić świat zewnętrzny, zwłaszcza jak jest on chamski. Najgorzej, co znoszę w życiu, to chamstwo.

Bezpiecznie czuje się Pan w teatrze?

Tak, zdecydowanie tak, mimo iż mogą się znaleźć tacy, którzy przy okazji „Balu manekinów” zrozumieją coś po swojemu. To jest nieuniknione w tym zawodzie. Znacznie gorzej miałem w Szewcach Witkacego wystawianym w teatrze w Łodzi. Tam rosyjska księżna mówi: bo wy Polacy nie umiecie się zorganizować. To taki tekst, jaki słyszałem ostatnio od Pana Putina: dorośnijcie Polacy! To była odpowiedź na pytanie korespondenta o wybuchy samolotowe. Mam ciągłe poczucie wolności w teatrze, znacznie bardziej niż w filmie.

A kiedy widzi Pan to, co dzieje się z pana macierzystym Teatrem Starym w Krakowie?

Jestem już poza środowiskiem. Możliwe, że wiek mój pomógł mi się z tego wszystkiego wyalienować. Nie potrafiłbym już pracować w zespole, inaczej jest z kierowaniem zespołu. Ale samej pracy sobie nie wyobrażam, tak żebym miał realizować czyjąś poetykę, wolę mierzyć się ze swoją wizją. Ogromnie tęsknię za minionym teatrem, jego rozmachem. Teatr dzisiaj w Polsce strasznie zubożał, ale oczywiście nie w sensie Grotowskiego. Tęsknie za spektaklami, które miały obsady stuosobowe. Pamiętam, jak grałem w Dziadach Konrada Swinarskiego w Teatrze Starym. To był wielki teatr! A dziś jak zatęsknię za takim teatrem, pozostaje mi opera… To i tak cud, że tutaj w Och-Teatrze mogę pozwolić sobie na spektakl dwudziestoosobowy. Pani Krystyna Janda musi mnie bardzo lubić, skoro coś takiego mi zagwarantowała. (śmiech)

Uczyli Pana wielcy mistrzowie, grał Pan w spektaklach Jerzego Jarockiego, Andrzeja Wajdy wspomnianego Konrada Swinarskiego. Przemyca Pan te uwagi dziś młodym ludziom?

Jest w tym coś niezwykłego, że dziś mogę zrealizować „Bal manekinów” Brunona Jasieńskiego, który jako pierwszy w Teatrze Śląskim wystawił mój mistrz Jerzy Jarocki. Ale tamten teatr dzisiejszych młodych ludzi nie interesuje, co zresztą zrozumiałe. Teatr jest tak czuły na różne poetyki, każde pokolenie i każda generacja wnosi nową poetykę buntując się przeciw poprzedniej. Z wiekiem zaobserwowałem, że coraz mniej jestem potrzebny studentom pod kątem psychicznych zakamarków tego zawodu. Nie potrafię narzucić im swojej estetyki, dlatego, że oni czują już znacznie coś innego. Dziś największy problem młodzi ludzie mają z ekspresją słowa. Bardzo często zdarza mi się, że jak jeżdżę po Polsce ze swoimi spektaklami, to podchodzi do mnie pan techniczny i pyta, gdzie przypiąć mikrofon. Ale jaki mikrofon, przecież jesteśmy w teatrze! Czyli on ma praktykę, że wszyscy, którzy tam przyjeżdżają grają na mikro-portach. Do tego stopnia, że widziałem nagiego aktora, który był podpięty do aparatu. To jest kompletny absurd, inaczej, dla mnie błąd w sztuce. To by mnie upokarzało, że ja, aktor, mówię do mikrofonu, nie pracuję głosem, a do tego jeszcze niech mnie nagrają na kamerce na zbliżeniu!

To są granice, których nie mógłby Pan przekroczyć w teatrze?

Nie widziałbym w tym sensu, dlatego nie mógłbym u wielu reżyserów występować. Czasem nawet oglądam takie „nowe” spektakle i widzę te szwy, podpórki, które mnie bardzo denerwują. Mało tego, tam najczęściej grają moi kochani uczniowie. W ostatnim filmie Pani Szumowskiej uczyłem trzy czwarte obsady. Na szczęście teatr dzisiaj jest niezwykle pojemny, znajdzie się w nim miejsce i publiczność dla mnie i dla nich. Dzięki Bogu mogę grać mojego ukochanego Różewicza i na ten spektakl przychodzi komplet ludzi.

Kiedy Janusz Warmiński zrealizował „Bal Manekinów” w legendarnej interpretacji w 1974 roku, bardzo mocno wpisał się pomiędzy konflikt władzy i robotników. Co dzisiaj chcecie powiedzieć przez ten tekst?

Na pewno trzeba go trochę uelastycznić. Ale nie uwspółcześniam go na siłę dodając, zamiast obiecanych franków, 500 plus. Chcę dać widzowi miejsce do myślenia. Tylko że problem Europy polega dziś na tym, że nie ma jasno określonych granic lewicy czy prawicy. Programy, manifesty wielu ugrupowań się powielają. Zacierają się wszelkie granice, widziałem to szczególnie teraz, jak byłem we Włoszech podczas wyborów. Brak lewicy powoduje w Europie ten chaos. W tekście Jasieńskiego manekin wyciąga kartkę i czyta manifest komunistyczny, reszta się dziwi i mówi, że ich manifest jest już zupełnie inny, na co manekin mówi, że czemu, skoro ten jest też dobry. I tak to dzisiaj wygląda. Przecież komuniści to fajnie wymyślili, że sądy i prokuratury były podporządkowane politykom. Mój ojciec był bezpartyjnym prokuratorem i nigdy kariery nie zrobił w komunie.

W tym tekście jest taka scena, kiedy na tytułowym balu pojawia się niechciany człowiek, w dodatku poseł, lider partii, któremu w efekcie końcowym obcinają głowę. Nie boi się Pan, że ktoś odczyta to jako ostry manifest polityczny?

Ja bym się nie pogniewał gdyby tak to było odebrane, w końcu na pewno mogę powiedzieć, że robię sztukę o pośle. Przesłanie tego tekstu to wielkie rozczarowanie światem ludzi, czyli światem, który i mnie otacza. Ja wolę wrócić do pracowni i być tym manekinem, niż przebywać wśród ludzi.

Teatr dzisiaj szuka prowokacji?

Liczyć się ma piętro prowokacji i użycie środków. Dzisiaj się to robi w sposób spektakularny. Jerzy Jarocki nigdy nie zmusiłby się do takiej taniej prowokacji. Sztuka teatru została przeinicjowana przez sztukę performance’u. Właściwie, dziś są tacy twórcy, których prace trudno rozróżnić czy jest to już teatr czy jeszcze performance. Aktualnie jestem w jury Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej, gdzie czytam konkursowe sztuki, jedna z nich jest rekonstrukcją historycznego zdarzenia, w której autor sztuki zaznaczał, że można wziąć aktorów lub performerów. „Lub”? Ja się czuję poniżony! Dawniej nie miałoby takie coś wstępu do teatru.

Pana interpretacja Jasieńskiego jest powrotem do klasycznego teatru?

Zdecydowanie tak, podstawą jest żelazna choreografia, której młodzi aktorzy dramatyczni by nie wykonali. Dlatego zaangażowałem ludzi, którzy mają z tańcem kontakt na co dzień. To może skażenie zawodowe, ale mnie ciągle fascynuje sztuka wykonawcza, rzemiosło. Niestety jako pedagog panu powiem, że coraz trudniej uczyć rzemiosła. Młodzi ludzie chcą robić i uczyć się tego, co lubią. Kiedy moja córka szła do szkoły, mogła sobie wybrać, że pójdzie w kierunku humanistycznym, żeby nie uczyć się np. matematyki, a ja musiałem uczyć się rosyjskiego, chociaż wcale nie chciałem, takie były czasy. To wyrobiło we mnie, że potrafię się uczyć rzeczy, których nie lubię, jak dykcji, impostacji głosu. To są okropne przedmioty, ale składające się na cały ten zawód, o czym dziś się tak nagminnie zapomina.

Pogoda na jutro?

W moim wieku to już chyba niebezpieczna sprawa. (śmiech) Podobnie jest z myśleniem o przyszłości. Życzyłbym sobie, żeby ktoś pokazał mi wyjście, żeby mi ktoś powiedział, że „jak zagłosujesz na mnie i ja wygram to obniżę cenę gazu, żeby u Pana w Krakowie było lepsze powietrze.” Marzy mi się, żeby ktoś powiedział mi konkretnie, kogo widzi po wygranej w Trybunale Konstytucyjnym. Ja już nie chcę sporów.

Wyjście z balu manekinów?

Dokładnie! Takiej niewinności oczekuję, czystości. Niestety ten świat ludzi jest szalenie zdegradowany, sztuczny i bezduszny.

Gdyby miał Pan wystawić swój prywatny, realny bal manekinów, to jakby on wyglądał?

Mówi Pan do emerytowanego wodzireja. (śmiech) Ja mam „balowstręt”! Dziś chcę już uczestniczyć tylko jako obserwator. Kiedyś w Buenos Aires przesiedziałem całą noc na milondze i patrzyłem, jak ludzie tańczą tango. To był jeden z najpiękniejszych wieczorów w moim życiu. Potem pytam mojego przyjaciela, dlaczego to tango tańczą sami starzy ludzie. On mi na to odpowiada, że tylko oni umieją połączyć tę kombinację skomplikowanych szesnastu kroków z erotyzmem. Młodzi, to o czym mówiliśmy powyżej, nie chcą się już uczyć tego, czego nie lubią, ruszać do przodu w nieznany proces. I kiedy patrzę teraz na siebie, to ten mój bal tak właśnie wygląda, a ja z fascynacją, ale z boku, wszystkiemu temu się przyglądam.

Rozmawiał Jacek Górecki

fot. materiały prasowe Och-Teatr/ Teatr Polonia