Wywiad: Stanisław Brejdygant

28 maja 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

Stanisław Brejdygant – wybitny aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, reżyser, dramaturg, pisarz i wykładowca. Stworzył niezliczoną ilość ról, w tym w dziełach Dostojewskiego, Szekspira czy Eurypidesa. Pozostaje najmłodszym Hamletem na naszych scenach, tą legendarną rolą zadebiutował w wieku 23 lat. Dziś staje na scenie w teatrze Polonia, by w autorskim monodramie „Winny” zmierzyć się z historią tak skwapliwie dziś manipulowaną.

Przeglądając Pana niezwykle imponującą drogę zawodową znajdziemy sporo tytułów, które były szczególnie ważne dzięki temu, że miały związek z czasami i okolicznościami, w których powstawały. Podobnie rzecz ma się z najnowszą premierą „Winny” w warszawskim Teatrze Polonia. Warto zatem chyba w tym miejscu, na początku, wspomnieć o głośnej w swoim czasie pańskiej sztuce „Wyzwolony”, która miała premierę w pierwszą rocznicę ogłoszenia stanu wojennego w Teatrze Powszechnym.

To, że „Wyzwolony”, rzecz w kostiumie historycznym, ale pełna aluzji do aktualnej wówczas sytuacji, czyli do stanu wojennego, mogła była zaistnieć na scenie, to zasługa niezwykłego człowieka, który przewodził wówczas zespołowi Teatru Powszechnego, najwspanialszego dyrektora jakiego miałem szczęście spotkać w moim dość długim życiu, Zygmunta Hübnera. Był on bardzo dobrym reżyserem (także aktorem, choć nie lubił występować na scenie, za to stworzył kilka wielce ciekawych ról w kinie) i miał także najlepsze możliwe cechy lidera zespołu, bardzo przecież trudnego zespołu ludzi, jakim jest kompania teatralna. A przy tym był, w najgłębszym znaczeniu tego pojęcia, Człowiekiem Zasad, kryształowo uczciwym i lojalnym.

A „Wyzwolonego” napisałem jakby na jednym oddechu, w ciągu miesiąca, w sierpniu w 1982 roku. Coś takiego, myślę, że może zdarzyć się autorowi raz w życiu. Kierował mną impuls. Musiałem odreagować szok stanu wojennego. Pierwszego września, pamiętam dokładnie datę, zjawiłem się w gabinecie u Hübnera i wręczyłem mu tekst sztuki. Przeczytał i rano następnego dnia do mnie zatelefonował i zaprosił do siebie. Powiedział, że nocą przerobił cały, już przygotowany, repertuar na rozpoczynający się sezon i zaraz, następnego dnia, mam rozpocząć próby. Chciał mieć premierę – jeśli uda się do niej doprowadzić – w pierwszą rocznicę ogłoszenia stanu wojennego. I miał. W wigilię tej daty, 12 grudnia.

Chyba zdarzył się cud, premiera się odbyła.

Na próbę generalną, kiedy to miała zapaść decyzja czy zezwolić na spektakl, stawiła się cała  komisja z KC Partii, czyli przedstawiciele najwyższej władzy, a nie po prostu cenzor. I – właśnie – stał się cud. Spektakl puszczono. Hübner nigdy nie zabiegał o względy, nie kombinował, nie romansował z Komuną, nie należał do Partii, był, jak wspomniałem, Człowiekiem Zasad. A mimo to, a może właśnie dlatego, cieszył się wielkim autorytetem i szacunkiem, nawet u przedstawicieli najwyższych władz, którzy przecież byli świadomi, że nie podziela ich poglądów.

Gdy zapadła pozytywna decyzja, Hübner powtórzył mi słowa jednego z członków owej Wysokiej Komisji, który miał powiedzieć: „Przecież my doskonale wiemy co pan Brejdygant chciał powiedzieć.” Ale w tej sztuce nic się nie dałoby skreślić. Można ją „zwolnić”, albo „zatrzymać”. No i zwolnili. I odbyło się kilkadziesiąt przedstawień, z których bodaj każde kończyło się owacją na stojąco. Wspaniałą, nie waham się powiedzieć, wielką rolę zagrał w tej sztuce Mariusz Benoit. Taką na miarę Tadka Łomnickiego. Mogło się wówczas wydawać, że zajmie on z czasem jego miejsce. Pięknie też zagrali pozostali aktorzy: Kaczor, Łukaszewicz i Marcówna.

A propos Łomnickiego, wyraził się Pan kiedyś obrazowo, że oddał on duszę diabłu, co miało, jak myślę, znaczyć, że zatracił się w aktorstwie. W odróżnieniu od Gustawa Holoubka, który zawsze dbał o równowagę psychiczną.

Gustaw łączył w sobie doskonałe, świadome aktorstwo z magiczna wręcz osobowością. No i potrafił zaskakiwać. Pracował w sobie i ze sobą, żeby, jak to się mówi, „puścić farbę” na próbie generalnej. I tak właśnie było w wypadku owych sławnych „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, które, powiedzmy szczerze, były dobrym, może nawet bardzo dobrym przedstawieniem, ale takim „szopkowym”, w stylu jaki Dejmek uprawiał w tamtym okresie. To Gustaw nadał temu spektaklowi wielkość. Grając zresztą rolę Gustawa-Konrada, jakby pod włos konwencji tego przedstawienia. Ale Dejmek nie mógł go przecież przekierować na właściwe tory, musiał się zachwycić. I tak to przedstawienie Dejmka, które dzięki szczególnym zbiegom okoliczności stało się tak głośne, za sprawą roli Holoubka stało się też wielkie.

O jakich zbiegach okoliczności Pan mówi?

„Dziady”, Dejmek jak wiadomo, przygotowywał, szczerze i z przekonaniem, dla uczczenia kolejnej rocznicy Rewolucji Październikowej. No i pewno przypadek sprawił, że sam Gomułka, poinformowany zapewne przez swoją prawą rękę w sprawach ideologicznych, przez Zenona Kliszkę, potraktował to przedstawienie jako „antyradzieckie”. Miałem szczęście być na owym historycznym, ostatnim spektaklu, po którym to tłum młodzieży ruszył pod pomnik Mickiewicza. No i zaczęło się. Zaczął się, a właściwie nabrał impetu, ów sławny Marzec. Tam wtedy, na tamtym spektaklu, pojąłem co może teatr. Ściślej, co może aktor. On, jedyny, najważniejszy, niezastąpiony element teatru. Bo teatr może istnieć bez scenografii, bez świateł, bez sceny, w kącie jakiejś sali, lub na jakimś placu, tylko bez aktora nie może istnieć. No, a jeśli do tego mamy wielkiego aktora, który ma niepojętą siłę, a takim był Holoubek, to może się wydarzyć wszystko.

I gdyby Gustaw w opisywanym spektaklu, nie powściągał tej swojej magnetycznej siły, gdyby w jednym czy drugim miejscu „przycisnął” jak to się mówi, to jestem przekonany, że wypełniająca szczelnie teatr młodzież, stojąca na balkonie, który był bliski zawalenia, ruszyłaby na ulice stawiać barykady. Niewyobrażalna wręcz odpowiedzialność ciążyła nad Holoubkiem. I on sprostał chwili. Kiedy opowiadałem o tym wieczorze moim kolegom reżyserom i aktorom w Ameryce, słuchali zafascynowani. Z zazdrością. Oni z historii wiedzieli, że jakoby „Wesele Figara” Beaumarchais’a przyczyniło się do wybuchu Rewolucji Francuskiej. Ale gdzie też tej zgrabnej komedii do siły „Dziadów” i niewiarygodnej siły aktorskiej Holoubka.

Czy po tak dobrze przyjętym przez publiczność „Wyzwolonym” stało się coś, co zmusiło Pana do wyjazdu z Polski w latach osiemdziesiątych?

Nie. Zaproszenie do objęcia stanowiska visiting profesor na Concordia University w Montrealu, potraktowałem jak wyzwanie. I nie żałuję decyzji. To była bardzo pouczająca przygoda, ów epizod amerykański w mym życiu. Dane mi było nauczać na znanych, prestiżowych uczelniach, takich jak Cornell, należący do sławnej ósemki, do tak zwanej Ivy Ligue, czy Washington University w St. Louis, bardzo dobrej i bogatej uczelni, w której studiują słuchacze z całych Stanów, ba, z całego świata. Także uczą tam wykładowcy z całego świata.

Uczyłem też w National Theatre School of Canada i we wspomnianej Concordii w Montrealu. Nauczałem zarówno aktorstwa, reżyserii i dramatopisarstwa. Miałem kontakt z bardzo interesującą młodzieżą. Niektórym udało się zaistnieć w kulturze amerykańskiej, jak Philipovi Gourevitch’owi, laureatowi prestiżowych nagród, współpracującemu na stałe z The New Yorkerem. Spróbowałem też wówczas aktorstwa w języku angielskim. Na scenie, a to było prawdziwe wyzwanie, bo w filmowych produkcjach anglojęzycznych brałem już wcześniej udział, ale tego z odpowiedzialnością udźwignięcia roli scenicznej nie można nawet porównać. Zagrałem dwie duże role w teatrze. Wyreżyserowałem też kilka spektakli.

Nie chciał pan zostać na emigracji?

Nie myślałem o tym. Natomiast nasza ubecja podejrzewała mnie o takie chęci. Pytano w teatrze Powszechnym czy uciekłem. A to pewno dlatego, że będąc tam nie kryłem moich poglądów. I pewno wyreżyserowany przeze mnie w Montrealu wieczór poświecony pamięci księdza Popiełuszki, na wieść o jego męczeńskiej  śmierci, sprawił – a doniósł o tym, jak się zorientowałem konsul, który okazał się być agentem amatorem – że uznano mnie za „politycznego”. A ja nie mogłem nie uczcić Księdza Jerzego. Współpracowałem z Nim przy układaniu programów „Mszy za Ojczyznę”. Oczywiście brałem też w nich udział.

Przejdźmy do najnowszego spektaklu w Teatrze Polonia. Dał Pan swemu monodramowi tytuł „Winny”. Kto jest winny?

Najkrócej należałoby odpowiedzieć, że historia. Mój bohater w pewnym momencie mówi, że ma nadzieję, iż jego wnuk będzie żył kiedyś – czyli dzisiaj – w kraju wolnym, pośród ludzi wolnych, w czasach kiedy coś takiego jak jemu się zdarzyło, nie będzie mogło zaistnieć, w czasach, kiedy sumienie nie będzie wystawiane na tak ciężkie próby. Bo on, człowiek z gruntu dobry, wrażliwy, dźwiga  na sobie okrutne brzemię popełnionej zbrodni.

Zatem teraz pytanie: czy żyjemy w takim kraju o jakim marzył pański bohater? W kraju wolnym, pośród ludzi wolnych?

Cóż, trudno nasz kraj nazwać zniewolonym dzisiaj. Jesteśmy wciąż, na szczęście, zasadniczo wolni. Należymy do większej całości, do wymarzonej przez najwspanialszych ludzi, od przynajmniej dwóch stuleci, Unii Europejskiej (warto pamiętać, że autorem pierwszego projektu Konstytucji dla Europy był nasz rodak, oficer w Powstaniu Listopadowym, Jastrzębowski) Ale powtórzę: zasadniczo jesteśmy wciąż wolni, bo przecież obecnie rządzący czynią co mogą żeby nam tę wolność ograniczać.

Wszystko co osiągnęliśmy, zadziwiając Europę, wszystko co zawdzięczamy Ojcom Założycielom naszej na nowo Niepodległej: Kuroniowi, Geremkowi, Mazowieckiemu, Skubiszewskiemu, no i oczywiście fenomenowi, jakim w naszej historii okazał się Lech Wałęsa, wszystko to obecne władze starają się zburzyć. I co najgorsze, pamięć narodu starają się okaleczyć, wcisnąć ludziom jakąś zastępczą prymitywnie wymyśloną, skłamaną historię. I wie pan co? Nie tych ludzi u władzy, którymi dalibóg nie jestem w stanie pojąć jakie intencje kierują, by niszczyć psychikę narodu, a na zewnątrz, niszczyć równocześnie jego reputację w świecie, otóż nie pojmuję ja tego narodu, moich rodaków nie jestem w stanie pojąć. Jak to jest możliwe, że tak zwane słupki poparcia dla tej demolującej kraj władzy nie spadają?

A bywa, że rosną…

Stary jestem, dużo przeżyłem i dużo widziałem. Mogłem się zastanawiać kiedyś nad sumieniem ludzi kierujących naszym niesuwerennym, uzależnionym od obcego mocarstwa, państwem. Dziś myślę sobie, że, być może, byli tragicznymi postaciami, jak, znów powtórzę, być może, generał Jaruzelski, którego w stanie wojennym byłem gorącym przeciwnikiem. (Może podobnie jak ja myślał o nim Jan Paweł II, który „już po wszystkim” podejmował generała na audiencjach prywatnych. Ciekawe kogo z obecnie rządzących chciałoby mu się podjąć?). Tacy ludzie jak generał i inni znani z historii, jak choćby margrabia Wielopolski, wchodzili w trudną grę z zaborcą, starali się, bywało, ocalić co się da, wybierali mniejsze zło. Ale dziś przecież jesteśmy wolni, niepodlegli, suwerenni. I dla bezwzględnego niszczenia w takim czasie i w takim stanie, własnej ojczyzny – nie widzę żadnego usprawiedliwienia.

Cóż, pewno nie dożyję już normalności w mym kraju. Bo nie da się łatwo przywrócić Polsce w oczach świata opinii normalnego, przewidywalnego państwa. Mieliśmy taką opinię przez jakiś czas. Ba, nawet chwalono, podziwiano nas. Ale po tym co teraz się u nas dzieje, to nawet jeśli wrócimy do mniej więcej tego co było, nikt nie uwierzy, że znów nie „odjedziemy” w jakiś absurd, taki jaki panuje obecnie. Odsyłam do arcymądrego wywiadu ze świetnym pisarzem, Eustachym Rylskim, w ostatnim numerze Newsweeka. Bo to przez niego sformułowaną opinię powtarzam w tym miejscu. Stała się moja.

Rozmawiał: Jack Górecki

Fot. Karol Stępkowski

Na łamach Mobilnych, pojawiły się już wcześniej wywiady z muzykiem Krzysztofem Zalewskim oraz Igorem Brejdygantem, pisarzem i autorem scenariuszy – prywatnie synami Pana Stanisława. Zachęcamy do lektury!