Wywiad: Stanisława Celińska

13 czerwca 2018, Jacek Górecki

Kulturaludzie

JESTEM SZCZĘŚCIARĄ

To jedna z najważniejszych polskich aktorek teatralnych i filmowych, która kilka lat temu porzuciła macierzysty teatr i ograniczyła aktorstwo, by zająć się… muzyką i śpiewem. Grała u Andrzeja Wajdy, Erwina Axera, Krzysztofa Warlikowskiego czy Macieja Englerta, a teraz powraca z płytą „Malinowa”, o której szczerze nam opowiada.

Łatwo jest zatrzymać czas?

Trudno, ale czasami nie ma wyjścia. Przyznam Ci się, że teraz jestem bardziej szczęśliwa, niż jak byłam młodą dziewczyną zaczynającą w tym zawodzie. Nie zazdroszczę teraz młodym ludziom, bo wiem, że mają całe życie przed sobą, a żyją w dziwnych czasach, które wymagają od przyszłych aktorów, muzyków, bycia w mediach, posiadania sztabu menadżerów. Kiedyś sprawa była znacznie prostsza, wystarczyło zagrać jedną dobrą rolę, a potem następną i mieć odrobinę szczęścia. Zresztą różniła się także kultura, która dziś jest szalenie papierowa i produktowa. Kiedyś posiadała znacznie większą wartość. To co my mieliśmy dać ludziom musiało przejść przez cenzurę, ale nie chodzi mi o polityczną cenzurę, tylko ludzi, którzy się na tym znają.

Wymagające środowisko?

Pamiętam jak zagrałam w filmie „Krajobraz po bitwie” Andrzeja Wajdy, byłam już trochę znana, ale nie grałam w teatrze. Dopiero rola na scenie dała mi przepustkę do teatru. Film rządził się innymi prawami. Dzisiaj do teatru trafiają ludzie bez jakiegokolwiek sprawdzenia się wcześniej, czasem przypadkowi, ale za to bardzo medialni. Dlatego łatwo mi jest zatrzymać dzisiaj czas i żyć wolniej. Uwielbiam smakować życie, cieszyć się każdą jego chwilą. Życie tak szybko biegnie, że bardzo często nie zauważamy znaków, które otrzymujemy, ostrzeżeń, dobrych rad. Zwyczajnie zmęczyłam się w tym biegu, chciałam się przyjrzeć swojemu życiu i żyć mądrzej.

Mam wrażenie, że płyta „Malinowa” jest wyśpiewana przez młodą zakochaną dziewczynę, która nic poza swoim poczuciem szczęścia nie widzi, tylko pije tę malinową…

Fajnie mówisz. Płyta „Malinowa” jest kontrastem do poprzedniej płyty, która była nocą, teraz przyszedł czas na dzień. Jasne barwy, pełne radości, niekiedy i naiwności. Chciałam i zarazem miałam ogromną potrzebę dać ludziom nadzieję i radość. Weźmy na przykład piosenkę „Malinowa herbatka” przecież gdyby ktoś nagle zanucił te słowa w polskim sejmie to od razu byłoby lżej. Myśmy się wszyscy zatracili w tragedii i ostrym, chamskim języku. A przecież piękno i dobro jest na wyciągnięcie ręki. Kiedyś ludzie nie wiedzieli co się dzieje na drugiej półkuli i niezależnie od tego jaki człowiek uprawiał zawód potrafił być szczęśliwy. A dzisiaj szczęście jest produktem, czymś nieprawdziwym, co musi być młode, piękne, drogie…

Czym zatem jest to szczęście?

Szczęście nie leży w zawodzie, karierze czy dużym majątku. Szczęście to drugi człowiek, bo później przychodzi taki moment, że wracamy do tego idealnego domu z kolejnym zaliczonym sukcesem, ale nie mamy komu o nim opowiedzieć. Dlatego cholera jasna, dbajmy o ludzi! Po to żeby na starość miał nam kto podać szklankę herbaty, bo nie zrobi tego kariera, ani jak w moim zawodzie publiczność, która przyjdzie na spektakl. Oni mają swoje problemy.

Czy to nie jest trochę tak, że się boimy spojrzeć na siebie, przecież łatwiej jest bazować na cudzych problemach, przykładach, moralizować innych…

To straszne, że zachwycamy się ślubem w Anglii i przeżywamy go bardzo emocjonalnie przed telewizorem, a nie potrafimy sami zbudować związku czy nawet ratować naszych małżeństw. Nie żyjmy wzorcami tylko budujmy siebie. Pamiętam jak po zagraniu u Wajdy jako młoda dziewczyna poleciałam do Cannes. Zamiast się z tego cieszyć, z festiwalu, tych palm, czerwonego dywanu, to ja wynajdowałam sobie miliony problemów, żeby się martwić. Ważne jest nauczyć się doceniać to, co się ma.

Pani docenia to co ma?

Fajnie jest się starzeć, ale starzeć nie oznacza nie pracować nad sobą. Cały czas jestem aktywna mimo zatrzymania tego czasu. I to nie tylko związane jest z moim zawodem, spotykam masę ludzi, którzy w moim wieku uczą się języków, zaczynają malować, robią na szydełku, spełniają swoje pasję czy podróżują po świecie. Tak trzeba! Po prostu robię to co sprawia mi przyjemność. Mimo że wielu najchętniej widziałoby mnie w zupełnie innej roli…

Na scenie w teatrze, w wielogodzinnym spektaklu, który przekrawa widzów na pół. Pani, ku zaskoczeniu wielu, z tego zrezygnowała.

Stało się tak, że doszłam do pewnej ściany. Zaczęło mi brakować w teatrze duchowości, wszystko to, w czym grałam, stało się szalenie przyziemne. Dochodziły do mnie pytania czy aby na pewno ludzie chcą to oglądać? Ja miałam już dosyć grania alkoholiczek, samobójczyń, matek czy kobiet na marginesie życia. Przecież po zobaczeniu takiego spektaklu można nabawić się wrzodów żołądka, już nie mówię o nas aktorach, którzy w tym gramy. Czy nie lepiej zobaczyć na scenie marzenia, coś co nas uniesie i spowoduje, że po wyjściu z teatru powiemy, że może być pięknie? Może problem leży we mnie, za głęboko wchodziłam w te role i po tych kilkunastu latach zapragnęłam pocieszania.

Odpowiedzią na to była najpierw płyta „Atramentowa”?

Chciałam powiedzieć coś szeptem, miałam już dość krzyku. Za długo krzyczałam w teatrze. Chciałam być trochę jak Cesaria Evora, która wchodzi bosa na scenę i śpiewa o pięknie w tym trudnym świecie. Ludzie potrzebują takich bodźców. Chociaż muszę się przyznać, że nie przypuszczałam, że to zajdzie tak daleko, złote i platynowe płyty, nominacja do Fryderyka i tak wspaniały odbiór.

Pomału zbliża się Pani jubileusz, 50 lat od debiutu w teatrze. Drogi, na której spotkała Pani tych największych Erwina Axera, Andrzeja Wajdę, Macieja Englerta. Jak bardzo różni się Pani od tej debiutującej w 1969 roku dziewczyny?

Wtedy byłam o wiele gorsza, miałam dziwny charakter. Chmurna, nerwowa, niepozbierana. Bałam się być sobą. Równocześnie byłam nieco odlotowa, nie doceniałam tego, gdzie jestem. Dopiero po czasie zrozumiałam, że najważniejszą szkołą w życiu są ludzie, od których trzeba czerpać jak najwięcej, wręcz dopytywać czy wyszarpywać te cenne lekcje życia. Dziś mogę powiedzieć, że jestem szczęściarą i bardzo doceniam to, że mogłam tylu cennych ludzi spotkać na swojej drodze. Chociażby mojego przyjaciela Aleksandra Bardiniego, którego zawsze spotykałam będąc na życiowym zakręcie, który jako jedyny mówił mi co mam robić. Tak jak wtedy, kiedy namówił mnie, w wieku czterdziestu, lat na wyjazd z Warszawy do Poznania i zostawienie tego całego napięcia i wyścigu.

Chodzi Pani do teatru?

Boję się chodzić do teatru. Nie chcę się zdenerwować, że zobaczę zły spektakl. Ja jestem wychowana na innym teatrze. Jednym z pierwszych spektakli, jakie widziałam, była „Szklana menażeria” w Teatrze Współczesnym. W obsadzie Zofia Mrozowska, Marta Lipińska, Ignacy Gogolewski i Józef Nalberczak. Nigdy nie zapomnę tego klimatu, poezji, która dziś z teatru wyparowała.

Możliwy jest powrót na scenę?

Chciałabym wrócić do takiego teatru i to wcale nie jest wykluczone, że tylko jako widz. Myślę coraz częściej o spektaklu, który, tak jak moje koncerty, da widzom radość i pozwoli się uśmiechnąć do życia. Może nawet sama coś wyreżyseruję…

To jest to marzenie tej młodej dziewczyny z płyty „Malinowa”, która siedzi teraz przede mną?

Może to dziwne i dla wielu nierealne, ale marzy mi się, żeby zaśpiewać w paryskiej Olimpii, tam gdzie śpiewała Edith Piaf.

 

Rozmawiał Jacek Górecki.