Wywiad: Krzysztof Hołowczyc

1 marca 2018, Marek Wieliński

ludzieMotoryzacja

METRYKA JEST TYLKO LICZBĄ

Wszechstronnie uzdolniony, bożyszcze kobiet. Wybitny, utytułowany kierowca rajdowy i urodzony gawędziarz ze sceniczną i telewizyjną charyzmą. Postać niezwykle medialna, a prywatnie bardzo sympatyczny, towarzyski i skromny człowiek, kochający ojciec rodziny. 56-letni dziś Krzysztof Hołowczyc to także rzutki biznesmen i promotor motorsportu. Miał także romans z polityką, bo w latach 2007 – 2009 był posłem do Parlamentu Europejskiego.

Swoją spektakularną, sportową karierę zaczynał jako kierowca w fabrycznym teamie FSO. Trzykrotnie zdobył tytuł Rajdowego Mistrza Polski, raz Mistrza Europy, trzykrotnie wygrał Rajd Polski, za kierownicą samochodów WRC z sukcesami startował w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Świata oraz w rajdach cross-country. Dziesięciokrotnie jechał w najtrudniejszym na świecie Rajdzie Dakar. Swój ostatni start w 2015 roku ukończył na 3 miejscu w klasyfikacji generalnej. Dziś znów chce tam powrócić.

W swojej karierze trzykrotnie zmieniałeś styl prowadzenia samochodu i mówisz, że po raz czwarty już byś tego nie zrobił?

Nowe samochody WRC przekraczają granice wyobraźni. To szok dla zawodnika, przez wiele lat przyzwyczajonego do przyczepności mechanicznej z opon, zawieszenia i jego geometrii. Nagle pojawia się coś zupełnie innego, docisk aerodynamiczny, tzw. downforce, który pozwala jechać jeszcze szybciej. Zawodnicy F1, jak Robert Kubica, który korzysta z tego typu udogodnień, potrafią się szybko do tego przyzwyczaić. W moim przypadku, wymagałoby to przestawienia pewnych rzeczy w głowie. Szczególnie na szutrze. Tam, gdzie wejście w zakręt było możliwe z prędkością 120-130 km/h, teraz można jechać 150. Nie wiem ilu tysięcy kilometrów potrzeba, by to opanować, a w WRC każdy kilometr kosztuje majątek. Za to w rajdach terenowych, gdzie przyczepność mechaniczna nadal obowiązuje, bo samochody mają duże prześwity, czuję się znakomicie. To właśnie jest miejsce, w którym mogę walczyć.

alt Krzysztof Hołowczyc

Nie brakuje zwolenników wyłączania ESP w cywilnych samochodach… Ty jesteś innego zdania?

Samochody osiągają dziś ogromne moce i mają takie możliwości, że wszelkiego rodzaju systemy, które nas wspomagają są bardzo potrzebne. Szczególnie podczas przyspieszania. Jest wiele sportowych aut z napędem na tylną oś, które mają po 600 KM i 800 Nm. W zasadzie nie ma w nich możliwości precyzyjnego sterowania gazem. Chcąc idealnie ruszyć, zawsze będziesz przegrywać z inteligentnym komputerem, sterującym kontrolą trakcji. Taka jest prawda. Ja nie lubię przegrywać, dlatego korzystam z tych urządzeń. Oczywiście, są sytuacje w których komputer za wcześnie przyhamuje, a ty mówisz: „nie, no tu bym gazem przeciągnął ten zakręt”, ale uważam że systemy – szczególnie w mocnych, szybkich samochodach, muszą być włączone. Opowieści, że „prawdziwy facet jeździ bez włączonych systemów” to głupota. Tak można się bawić na torze, lecz nie na drodze, gdzie nie ma dokąd wypaść i jedziemy pośród innych samochodów. Każde gwałtowne dodanie gazu może spowodować zakłócenie trakcji i samochód pojedzie tam, gdzie chce. Szczególnie niebezpieczne są auta mające silnik z tyłu i napęd na tylną oś. Zachwianie ich stabilności powoduje, że można już tylko odmawiać zdrowaśki.

Jak, począwszy od lat 70., zmieniła się motoryzacja? Współczesne samochody są od tamtych lepsze? A może po prostu są inne?

Coraz sprawniejsze i coraz bardziej „idiotoodporne”. Ktoś, kto jeździ bardzo przeciętnie, wręcz słabo, może liczyć na to, że wyręczą go nowoczesne systemy. Za późno hamujesz? Komputer dociśnie hamulec, sam utrzyma odstęp od poprzedzającego pojazdu, nie pozwoli na opuszczenie pasa ruchu. Każdemu, kto jest za kierownicą skoncentrowany i dobrze jeździ, te wszystkie dodatki wydają się być niepotrzebne. Jednak w momencie, gdy jesteś zmęczony, jedziesz daleko i długo, komputer nagle ostrzega cię, że zmieniasz pas bez kierunkowskazu. Te systemy dobrze służą tym, którzy trochę mniej kochają samochody i są nieco mniej skoncentrowani. Są pomocne w bezpiecznym dotarciu do celu.

Rajdy też będą się zmieniać. Zapewne w kierunku napędów elektrycznych. Zdarzyło ci się już jechać elektryczną rajdówką?

Jeszcze nie. Jeździłem cywilnymi autami na prąd, w tym potworkiem Tesli, który przyspiesza naprawdę fantastycznie. Wszyscy jesteśmy zafascynowani elektrycznymi samochodami. Czysty napęd na ulicach robi wrażenie, ale ja widzę samochód, który najpierw musi powstać. Trzeba do niego włożyć baterie, a potem je zutylizować oraz pozyskać dla nich energię. Skąd ona pochodzi, z jakiej elektrowni? Spójrzmy na to szerzej. To coś więcej, niż tylko jazda za 3 zł dziennie. Energia do takiego auta musi zostać gdzieś wyprodukowana, podobnie jak cały samochód. W razie wypadku, nie do końca jeszcze wiadomo jak ratować pasażerów aut elektrycznych. To są problemy, z którymi zapewne z czasem sobie poradzimy. U jednego z producentów dowiedziałem się, że auta elektryczne to zaledwie przystanek, pójdziemy jeszcze dalej. Napęd elektryczny może okazać się jedynie przejściowym zjawiskiem w szybko postępującym rozwoju motoryzacji.

Jak oceniasz polskich kierowców? Czego najbardziej nam brak?

Coraz więcej jest tolerancji, zaczynamy zauważać innych na drodze. Wsiadamy w naszą puszkę, włączamy muzykę i nagle… ktoś zajeżdża nam drogę. Myślimy sobie: dlaczego!? Starajmy się pamiętać, że inni też dokądś się spieszą i nie są doskonali. Wszyscy popełniamy błędy. Przyzwyczajeni do kiepskich dróg i słabej organizacji ruchu nie myślimy o tym, by komuś dać szansę. Że jadąc lewym pasem blokujemy ruch. Zjedź, daj wyjechać z bocznej drogi. Są kierowcy, którzy chcą jechać spokojnie i tacy, którzy się spieszą. Więcej tolerancji.

alt Krzysztof Hołowczyc

Jest źle?

Na szczęście, coraz częściej widzę jazdę na zamek błyskawiczny. To miłe zjawisko. Za przykład zawsze będę stawiać Niemców, którzy nie dali się ponieść hasłom, że „prędkość zabija”. Nieprawda, na autostradach bez ograniczeń prędkości jest najmniej wypadków. Dlaczego? Bo te drogi są prawidłowo oznaczone i zorganizowane, a kierowcy przygotowani na to, że ktoś może szybko jechać lewym pasem. Prędkość nie jest przyczyną wypadków, choć cały czas próbuje nam się to wcisnąć. Dobrze, że na naszych autostradach dozwolona jest prędkość 140 km/h. W przeciętnym samochodzie wystarczająca, by kierowca był skoncentrowany na utrzymaniu toru jazdy. Gdybyśmy mieli limit 90 km/h, wszyscy by spali, snując się na tempomatach. Nie o to chodzi. W USA, w stanach w których obniżono ograniczenia prędkości, wcale nie zmalała liczba wypadków. To nie prędkość zabija. Samoloty latają po 1000 km/h… i żyjemy.

Za nami drugi już Rajd Dakar, na którym cię nie było…

Obiecałem to rodzinie i staram się być słowny. Liczę, że żona w końcu jednak sama mi powie: „No, jedź!”. Nadal mam dobrą szybkość, ale świadomość tego, że trzeba ją utrzymać przez tydzień lub dwa, zmienia spojrzenie na sytuację. Dopiero przejechanie 4-5 rajdów przed Dakarem da mi szansę poznania odpowiedzi na pytanie: czy jeszcze potrafię?

Krzysztof Hołowczyc to nie tylko kierowca rajdowy, ale również postać medialna. Miałeś mnóstwo propozycji prowadzenia programów i grania w filmach…

Tak, pojawiają się przy dużej popularności sportowej. Może i byłoby fajnie robić takie rzeczy, ale czas nie jest z gumy. Przede mną wiele przedsięwzięć biznesowych i sportowych. Teraz wciąż myślę o Dakarze, że warto byłoby pojechać. W tym roku zaskoczył mnie mój rówieśnik, Carlos Sainz – powiedział: „Widzisz, dałem radę.” Peterhansel, Nasser, Kuba Przygoński. Ścigają się tam najlepsi i najbardziej doświadczeni.

Na czym według ciebie, polega magia Dakaru?

Nie ma tam chwili, by móc sobie powiedzieć, że teraz już będzie lekko i fajnie, dojadę do mety. W każdej sekundzie wszystko może się odwrócić do góry nogami. W każdej minucie musisz mieć świadomość, że wysiłek, który w to wkładasz, czasami musi być pomnożony razy dwa lub trzy. Myślisz sobie: „To niemożliwe”, a po przejechaniu danego dnia czy odcinka: „Jednak dałem radę”. Juha Kankkunen powiedział mi kiedyś: „Skończysz Dakar, będziesz innym człowiekiem”. I tak właśnie jest, Dakar zmienia spojrzenie na świat.

Mówiłeś mi o ekstremalnych aspektach jazdy w Dakarze. To pot, dosłownie wylewający się z fotela, niesamowity upał, ogromne wyzwanie dla organizmu…

Jesteśmy tam na granicy swoich możliwości. Oczywiście, są lżejsze odcinki, ale rzadko się zdarzają. Jedziemy na 100 procent. Mówię oczywiście o grupie, która ściga się o zwycięstwo. Tam nie ma chwili na odpoczynek i zabawę. Nie możesz odpuścić i zwolnić, bo wiesz że twoi przeciwnicy też będą cisnąć na 100 procent.

alt Krzysztof Hołowczyc

Tymczasem u nas, Rajdowe Samochodowe Mistrzostwa Polski mają w tym roku skrócone trasy. Zainteresowanie tym pięknym sportem wydaje się z roku na rok maleć…

To walka o utrzymanie się na powierzchni. Wszyscy wiemy, że oglądalność i zainteresowanie rajdami piekielnie spadły. Kiedyś były na 4-5 miejscu popularności w Polsce, dziś są poniżej 20. pozycji. Nie ma telewizyjnych relacji. Na Rajd Polski przyjeżdżało 200 000 ludzi, a dziś, pomimo że to impreza w randze Mistrzostw Świata, około 50 000-70 000. Niedawno zaproszono mnie na przejazd w Polanicy. Spytałem: „A gdzie są ludzie?” Kibiców jest coraz mniej, a były ich tysiące. To boli. Sport jest atrakcyjny, gdy kibic może przeżywać emocje. Nowe regulaminy sprawiają, że aby wygrać, trzeba mieć milion złotych budżetu. Pozostali zaś nie mają szans w nawiązaniu walki. Potrzebujemy więc tanich samochodów, które dostarczą nam wielkich emocji.

Jak twoja rodzina radziła sobie w czasach, gdy ciągle nie było cię w domu? Startowałeś w kolejnych radach, ryzykowałeś życiem…

Moim wielkim szczęściem jest to, że żona była zawodowym sportowcem. Ma zrozumienie dla tego, co robię. Wie co to okres przygotowawczy, stres. Miała ciężkie życie, podobnie jak moje dzieci. Wszystkie wolne chwile staram się spędzać z nimi. Gdy kończy się rajd, wskakuję w samolot i lecę do domu. Staram się zabierać dziewczyny w różne miejsca, abyśmy wspólnie podróżowali. Odrabiam straty, choć wiem, że są znaczne. Coś za coś… Z jednej strony jest duże ryzyko, a z drugiej świadomość, że takim mnie żona brała… Mam szczęście, że trafiłem na wspaniałą, mądrą kobietę, która rozumie, że taki facet czasami jest niedobry dla siebie i dla niej, bo podczas przygotowań muszę dać z siebie wszystko. To zmienia człowieka. Sporo się przez te lata przy niej nauczyłem. Stałem się gościem, który dostrzega innych. Bez niej byłbym zamkniętym w sobie gnomem.

Jakie są twoje dalsze, sportowe plany?

Start w Baja Poland. Obiecałem kibicom, że tam przyjadę. Jeżeli zdobędę budżet, zacznę się przygotowywać się do kolejnego Dakaru. Może nie w roku 2019, lecz 2020. Widzę, że mój organizm, pomimo wielu kontuzji – w tym połamanego kręgosłupa – przez utrzymywanie treningu, wciąż jest w formie. W ogóle, nastał teraz fajny czas. Metryka jest tylko liczbą, przestaje być elementem, który hamuje i ogranicza. Pięknie mówił o tym tenisista, Roger Federer: „To tylko liczba, wszystko jest w głowie.” Każdy ma tyle lat, na ile się czuje.

Rozmawiał: Marek Wieliński

 

alt Krzysztof Hołowczyc