Do dna! Mapa lokalnych trunków ze świata!

30 stycznia 2018, Michał Głombiowski

PodróżeStyl życia

Jeżeli podróżując, chcesz zabawić się przy dobrym alkoholu i w świetnym towarzystwie, musisz znaleźć najlepsze do tego miejsca.

Generalnie są na to dwa sposoby: możesz przejść się po prostu wieczorem po mieście, patrząc, który lokal ściągnął klientów. Jeżeli gdzieś jest tłok, atmosfera wygląda na swobodną, a większość osób to miejscowi, wchodź śmiało. Metoda ta ma jednak wady: być może będziesz musiał zejść spory kawał miasta, zanim trafisz na odpowiednie miejsce. Jest też mała szansa, że uda ci się w ten sposób dotrzeć do naprawdę godnych polecenia barów, o których wiedzą tylko stali bywalcy.

Drugi sposób pozwala te problemy ominąć. Musisz po prostu zdobyć zawczasu sprawdzone adresy. Jak? Najlepiej pytając o nie specjalistów. Czyli barmanów. Jeżeli zatrzymałeś się w hotelu, masz ich na wyciągnięcie ręki – wystarczy zejść do baru na jedno piwo (na drinki się tam nie nastawiaj, chyba, że chcesz ogołocić sobie portfel i zależy ci na zbrataniu się z innymi podróżnymi, a nie miejscowymi, którzy do takich miejsc niemal nigdy nie zachodzą). Zagadaj barmana i spytaj go o jego ulubione miejsca w mieście. Jest niemal pewne, że coś ci podpowie i nie będzie to raczej miejsce, w którym właśnie jesteś.

Skarbnicą wiedzy są też, rzecz jasna, media społecznościowe. Rozpuść na swoim profilu wieści, że jesteś w danym mieście i szukasz ciekawych miejsc na spędzenie wieczoru. Możesz też obserwować profile znanych barmanów, którzy dużo podróżują i chętnie rekomendują sprawdzone przez siebie miejsca (np. @narenyoung, @nicodesoto, @alexchieffo). Poszukaj też informacji na stronach lokalnych blogerów. I nie ufaj za bardzo rekomendacjom dużych serwisów, takich jak TripAdvisor. Pojawiające się na nich głosy krytyki wynikają często z braku doświadczenia lub rozbieżnych oczekiwań komentujących, a nierzadko są też opłacane przez konkurencję.

Świat alkoholowych specjałów

Większość krajów – a nawet poszczególnych miast – znana jest z jakiegoś alkoholu lub drinka, czasem mającego kilkuwiekową historię, a czasem wprost przeciwnie, dopiero zdobywającego popularność. Nie oznacza to, że musisz pić tylko lokalne specjały (nie każdy Szkot pije w końcu whisky, a Meksykanin tequilę), warto jednak chociaż ich spróbować. Możesz poszukać miejsc, które specjalizują się tylko w lokalnych alkoholach, choć częściej trafisz wtedy na wykwintną degustację, a nie szaleńczą zabawę do białego rana. Najlepiej obserwuj miejscowych i wybieraj to, co oni.

Jeżeli wybrałeś się do Włoch, być może kusi cię, by zamówić wino. To błąd. Wino jest tu bardzo popularne, ale pite raczej do kolacji (w zestawieniu z jedzeniem). Na nocnej zabawie prym wiodą już drinki. Oprócz tych międzynarodowych, popularne jest ziołowe campari (wynalezione w 1800 r. i produkowane do dziś w Mediolanie), negroni (gin, czerwony wermut i campari), spagliato (negroni,  do którego zamiast ginu lane jest prosecco, drink ten powstał ponoć przez pomyłkę barmana); americano (campari, wermut i woda sodowa); spritz (prosecco z wodą mineralną i czymś gorzkim, zwykle campari) i martini (koktajl wermutowy zmieszany z winem musującym).

Grecji nie unikniesz winogronowej wódki. Ouzo destylowane jest z ziołami i przyprawami, w najbardziej klasycznej wersji jest to głównie anyż. Podaje się ją schłodzoną, z lodem lub wodą (woda zmienia kolor wódki na mleczny). Pamiętaj, że najpierw nalewa się wódkę, a dopiero do niej lód lub wodę. W Grecji kontynentalnej pija się chętnie tsipouro, którego odpowiednik na Krecie to raki. Do raki nigdy nie dodaje się anyżu, do tsipouro może on trafić. Dobrym pomysłem będzie sięgnięcie po grecką brandy, czyli Metaxę. Wszystkie te napoje mają grubo powyżej 40 proc. alkoholu, przy ich piciu lepiej więc zanadto się nie spieszyć.

Hiszpanii możesz zacząć alkoholową degustację od lekkiego Tinto de Verano, czyli po prostu wina (zwykle dość taniego) zmieszanego pół na pół z gazowaną lemoniadą cytrynową. Napój sprawdza się szczególnie podczas letnich upałów i nie powala ilością procentów. Na północy kraju pija się orujo, winiak wytwarzany z tego, co pozostało po produkcji wina: sfermentowanych skórek winogronowych, pestek i szypułek. W wersji z ziołami przybiera żółtawy kolor. Ma 40-50 proc. alkoholu i potrafi porządnie namieszać w głowie.

Tajlandii hitem ostatnich lat jest Siam Sunnrays (nie oszukujmy się, stworzony głównie z myślą o turystach). Przepis na ten koktajl, opracowany przez barmana Surasakdi Pantaisonga, opiera się na czystej wódce, likierze kokosowym, chili, wodzie gazowanej i trawie cytrynowej.

Tanzania przywita cię zapewne lokalnym rumem Konyagi, o lekko cytrusowym posmaku. Pija się go samego lub przyrządza na jego bazie koktajl Dawa – rum z sokiem z limonki, kruszonym lodem, miodem, brązowym cukrem i odrobiną toniku.

We Francji rozejrzyj się za bardzo modnym likierem Pastis. Francuzi za jego anyżowym aromatem wprost przepadają, rocznie produkują więc ponad 130 mln litrów tego alkoholu. Szczególną popularnością cieszy się on w Marsylii i na południu kraju. Latem pijany jest z wodą i lodem.

Japonia to oczywiście sake. Ale uwaga! Jeżeli chcesz dostać procentowy napój na bazie sfermentowanego ryżu, nie proś o sake – bo w Japonii słowo to oznacza każdy alkohol – lecz o nihonshu. Można go pić zarówno w temperaturze pokojowej jak i na zimno, niższa temperatura dodaje jednak nieco więcej animuszu do jego dość mdłego smaku.

Jeżeli trafiłeś na imprezę w Ameryce Południowej, poproś o canelazo. Drink ten dostaniesz m.in. w Ekwadorze, Kolumbii i Peru, jest popularny podczas nocnych zabaw w Andach, w których bywa zwykle dość chłodno. Canelazo pije się więc na gorąco – to połącznie rumu, cukru i wody, w której gotowano laskę cynamonu. Dla preferujących nieco bardziej odświeżające smaki, drink ten serwuje się z dodatkiem soku owocowego (np. z marakui).

Niezależnie od alkoholu, który wybierzesz, pamiętaj, że w większości miejsc na świecie upijanie się na umór jest źle widziane. Pij i baw się dobrze, ale bądź przy tym czujny. Obserwuj swój organizm i wiedz, kiedy przestać. Co prawda, na imprezach zwykle znajdzie się jakiś „głupek”, który się awanturuje lub leży pod stołem, ale nie musisz nim być ty, prawda?