Nie lecisz, zarabiasz – tajemnice overbookingu

25 października 2017, Michał Głombiowski

Podróże

Niemal wszystkie linie lotnicze sprzedają więcej biletów niż mają miejsc w samolocie. Co to dla ciebie oznacza?

Nadsprzedaż biletów – znana w branży lotniczej jako overbooking – jest normą. Od lat stosują ją niemal wszystkie linie lotnicze. Temat stał się bardziej znany wraz z pojawieniem się mediów społecznościowych – klienci, którzy kupili sprzedane już miejsce mają teraz do dyspozycji potężną broń do walki z przewoźnikiem oraz wylanie swoich żalów. Przełomowym momentem okazało się jednak usunięcie siłą pasażera z podkładu samolotu linii United Airlines. Filmik, na którym widać było ciągniętego pomiędzy rzędami siedzeń zakrwawionego 69-letniego lekarza Davida Dao, rozprzestrzenił się po sieci wirusowo, stając się koszmarem dla działu PR firmy. Overbookingiem szybko zainteresowały się wówczas tradycyjne media, które nie chcąc przegapić podobnego newsa, bacznie przyglądają się teraz podobnym zdarzeniom.

Na czym polegała mało przyjemna przygoda pana Dao? Lekarz padł właśnie ofiarą nadsprzedaży. Jego miejsce w samolocie zostało sprzedane komuś innemu, a on poproszony o opuszczenie samolotu. Gdy odmówił, załodze puściły nerwy.

Komputer prawdę ci powie

Dlaczego jednak linie lotnicze oferują więcej biletów niż mają miejsc w samolocie? No cóż, dla pieniędzy, oczywiście. Niemal nigdy nie zdarza się bowiem, by na lot stawili się wszyscy pasażerowie. Sprzedając więcej biletów, przewoźnik mnoży zyski, licząc przy tym na to, że ci którzy kupili bilety w overbookingu (nie wiedząc o tym zresztą) zastąpią tych, którzy nie stawili się na lotnisku.

W tej skomplikowanej matematycznej układance pomagają zaawansowane algorytmy. To one – biorąc pod uwagę setki czynników, takich jak: kierunek lotu, dzień tygodnia, pogoda, godzina, itd. – wyliczają, ilu pasażerów nie stawi się do odprawy. I podają dokładną liczbę biletów, które można zaoferować w nadsprzedaży.

O dziwo, ten system dość dobrze działa. Tym bardziej, że nawet pozostawienie kilkoro pasażerów poza pokładem samolotu i tak może się linii lotniczej opłacać. Musi ona wtedy, co prawda, zapewnić im inny bilet i rekompensatę, zyski ze sprzedaży często jednak z naddatkiem pokrywają te wydatki.

Płyną pieniądze

Jeżeli chcesz zminimalizować ryzyko załapania się na overbooking i odmowę wejścia na pokład samolotu, stawiaj się przy odprawie szybko. Dobrze, jeżeli masz bagaż rejestrowany, bo o pozostanie na lotnisku zwykle proszone są w pierwszej kolejności osoby z bagażem podręcznym – nie trzeba wygrzebywać ich walizek z luku samolotu. Jeżeli jesteś członkiem programów lojalnościowych i aktywnie latasz, również masz większe szansę na załapanie się na lot.

Istnieje jednak całkiem spora grupa podróżników, którzy świadomie celują w overbooking. Ta gra może się bowiem opłacać, pod warunkiem, że dysponujesz trochę większą ilością czasu i możesz sobie pozwolić na pozostanie w mieście, z którego startujesz. Linie lotnicze mają bowiem obowiązek zaopiekowania się pasażerami, którym odmówiono wejścia na pokład. Dostaniesz darmowy hotel,  bony restauracyjne oraz rekompensatę finansową. W Unii Europejskiej będzie to 250 euro za loty krótsze niż 1500 km, 400 euro za połączenia od 1500 do 3500 km i 600 euro za wszystkie dłuższe. W USA linie muszą wypłacać odszkodowanie zależne od czasu, który upłynie do twojego następnego lotu – zwykle jest to 200-400 proc. ceny biletu w jedną stronę, ale nie więcej niż 1350 dolarów.

Jak widać więc, na overbookingu pasażer może całkiem przyzwoicie zarobić. Jeżeli chcesz się na niego załapać, pojawiaj się przy bramce pod sam koniec odprawy, podróżuj z bagażem podręcznym i wybieraj mocno obłożone połączenia. Na terenie UE pasażerowie proszeni są dobrowolnie o rezygnację z lotu, słuchaj więc uważnie i zgłaszaj się pierwszy. Być może rekompensata pokryje ci koszty następnego biletu i będziesz mógł planować następną podróż niemal za darmo.