Marek Kamiński. Filozof w podróży

28 marca 2018, Michał Głombiowski

ludziePodróże

Jest pierwszym człowiekiem, który zdobył w ciągu roku oba bieguny Ziemi. Wędrował przez wszystkie kontynenty, zdobywał szczyty, przemierzał morza i pustynie. Marek Kamiński – odkrywca, polarnik, podróżnik – uważa jednak, że to nie cel, ale sama droga jest najważniejsza.

Mając czternaście lat popłynął statkiem towarowym do Maroka. Na bilet zarobił zbierając truskawki i myjąc szyby samochodów na stacjach benzynowych. Podczas rejsu podpatrywał życie marynarzy. Słuchał ich historii. Zrozumiał wtedy, że to spotkania z ludźmi są jednym z ważniejszych elementów podróży. Nie stronił więc od nich także podczas kolejnego wyjazdu kilka lat później. Z przyjacielem ze studiów filozoficznych wybrał się w drogę po Europie autostopem. Przez Skandynawię, Niemcy, ZSRR, Rumunię, Bułgarię, Jugosławię, Turcję i Grecję.

Być w drodze

Podróżować już nie przestał. Wyprawy stały się dla Marka Kamińskiego nieodłączną częścią życia. Emocje płynące z kontaktu z innymi kulturami, nowymi miejscami, nieznanymi ludźmi, językami, religią – krótko mówiąc, z całą różnorodnością świata – pchały go w drogę. Nigdy nie jeździł bez jasno określonego planu. Jego podróże nie były tylko wizytą w danym miejscu, lecz miały określony cel: zdobycie szczytu góry, przejście przez pustynię, czy dotarcie do źródeł rzeki. Coraz częściej wybierał się w rejony polarne. Aż w 1995 r. wraz z Wojciechem Moskalem dotarł do bieguna północnego. To było pierwsze zdobycie bieguna przez Polaków. Po tym wyczynie o Kamińskim zrobiło się głośno.

Wyzwanie

– Do przejścia mieliśmy 870 km – wspominał wyprawę. – Każdy z nas ciągnął sanki ze 120 kg ekwipunkiem. Szybko okazało się, jak mało wiemy o Arktyce. Czułem się jak dziecko, które buduje rakietę, żeby polecieć w Kosmos. Biegun był daleko jak Księżyc.

Paradoksalnie, największym wyzwaniem nie okazały się niskie temperatury – choć na początku ekspedycji sięgały one i – 50 st. C. – ale postępujące ocieplenie. Z każdym tygodniem słupek rtęci rósł. A to oznaczało, że nadchodzi wiosna i niebawem topiący się lód uniemożliwi poruszanie się po nim. Wyprawa Polaków stała się nagle walką z czasem.

– Przez pierwsze trzydzieści dni pokonaliśmy zaledwie 100 km – opowiadał polarnik. Została nam połowa racji żywnościowych i 770 km do pokonania. Dotarcie do Bieguna graniczyło z cudem.

Gdy żywności zostało tylko na dwa tygodnie, podróżnicy postawili wszystko na jedną kartę. Pomimo wyczerpania, postanowili codziennie iść dwie godziny dłużej. Zadziałało. Ogromnym wysiłkiem, po 72 dniach, dotarli do celu.

– To było dziwne uczucie, ale gdy dotarliśmy na biegun północny, poczułem, że trzeba iść jeszcze dalej – wspominał Kamiński.

alt marek kamiński podróżnik

Drugi biegun z marszu

Z tego uczucia narodził się pomysł, by w tym samym roku wyruszyć na drugi biegun. Tym razem Kamińskiego czekała wyprawa samotna, Wojtek Moskal, zmęczony polarnymi zmaganiami, zrezygnował z ich kontynuowania.

Kamiński zdecydował się zdobyć biegun w stylu najczystszym. Do tej pory podróżnicy zazwyczaj korzystali z pomocy zewnętrznej, w postaci zrzutów żywności i paliwa, a ekspedycje najczęściej wyposażone były w psie zaprzęgi lub sanie motorowe. Polak ruszył w drogę bez wsparcia, ciągnąc sanie z ekwipunkiem.

Kłopoty zaczęły się już na samym początku wyprawy. Sypki głęboki śnieg spowolnił tempo marszu – Kamiński pokonywał zaledwie kilkanaście kilometrów dziennie. Po dziesięciu dniach miał za sobą dopiero 100 km trasy. W kolejnych tygodniach musiał zmagać się ze skalno-lodowymi ścianami i głębokimi szczelinami. Marsz utrudniały też ograniczające widoczność gęste mgły. Pomimo tych warunków, Kamińskiemu udało się dotrzeć do bieguna po 53 dniach wędrówki. Pierwsze w historii zdobycie obu biegunów w tym samym roku uczyniło z Marka Kamińskiego najbardziej znanego w świecie polskiego podróżnika.

Droga, nie cel

Wyprawy na bieguny zmieniły jego podejście do podróżowania. W śnieżnej pustce i w samotności, w zderzeniu z sytuacjami, które groziły śmiercią (m.in. załamanie się lodu pod nartami) zaczął postrzegać podróż jako swego rodzaju życiową filozofię. Dotarcie do celu, czy pobicie kolejnego rekordu zeszło na plan drugi, będąc tylko pretekstem do opuszczenia domu. Najważniejsza stała się droga. Jej pokonywanie, zyskiwanie dla siebie przestrzeni, ale też nadawanie zarówno podróży, jak i całemu życiu większego sensu. Stąd zrodziła się Fundacja Marka Kamińskiego, pomagająca chorym dzieciom i młodzieży w pokonywaniu barier i realizacji marzeń.

Kolejne wyprawy – przejście pustyni Gibsona, zdobycie najwyższego szczytu Grenlandii, wyprawa na biegun z Jasiem Melą, niepełnosprawnym nastolatkiem, spływ Wisłą, czy ostatnia podróż, czyli piesza wędrówka do Santiago de Compostela – były nie tyle wyczynem, co zmaganiem ze słabościami i sposobem na własny rozwój.

– Jako ludzie, lubimy podążać utartymi szlakami – mówił Kamiński. – Wybór mniej popularnej ścieżki jest zgodą na ryzyko poniesienia porażki. Bywa więc trudny. Ale w moim życiu porażki były zawsze ważniejsze niż sukcesy. To z nich najwięcej się dowiedziałem i najwięcej na nich życiowo skorzystałem.

Kamiński odcina się od poglądu, że w życiu najważniejsze jest osiąganie sukcesów. Według niego liczy się bowiem tylko droga, a mądra porażka, z której płynie wiedza o świecie i o nas samych, jest bardziej wartościowa niż sukces zatrzymujący nas w miejscu lub utwierdzający w błędnych przekonaniach.

– Dzięki wyprawom nauczyłem się, że każdy dzień jest przygodą – wyjaśniał w wywiadach radiowych. – Niezależnie od tego, gdzie go spędzimy i jak on przebiegnie. Liczy się bowiem tylko tu i teraz.

W drogę wyrusza się więc głównie po to, by dowiedzieć się czegoś o samym sobie. Odrodzić się po upadkach. Żyć pełniej.

Więcej na temat podróżnika i jego aktualnych projektów można dowiedzieć się na stronie Marka Kamińskiego.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Instytutu Marka Kamińskiego.