Zażyj tabakę! Kaszuby

2 listopada 2017, Michał Głombiowski

Podróże

Proszek drobny niczym mąka. Tworzący równą kreskę na wierzchu mojej dłoni. Przyglądam mu się trochę z nieufnością. Tadeusz Makowski – rodowity Kaszub, jeden z najbardziej znanych tabaczników – zachęca mnie ruchem głowy. Unoszę więc dłoń i wciągam proszek wprost do nosa. Przez moment wyświetlają mi się wszystkie kadry z filmów o dilerach narkotyków. Tabaka narkotykiem jednak nie jest. To niegroźna używka obecna w życiu Kaszubów od wieków. Będąca częścią tutejszej tożsamości.

Tytoniowy proszek przez chwilę świruje mi w nosie, przenikając przez śluzówkę do krwiobiegu. Z trudem powstrzymuję kichanie, pamiętając upominania mojego gospodarza, że tabaka nie służy do kichania. Porcja nikotyny wędruje swobodnie przez mój organizm, bez dawki zabójczych substancji smolistych, jakie aplikujemy sobie paląc papierosy. Czuję nagły przypływ odświeżającego pobudzenia.

Kaszubi o dobroczynnym działaniu tabaki są przekonani do tego stopnia, że nie wdają się nawet w dyskusje na ten temat. Drobny proszek ma rozjaśniać umysł i oczyszczać drogi oddechowe. Naukowcy są trochę w kropce – nie potrafią jednoznacznie ocenić jego działania na organizm. Jedni kręcą nosem, że to jednak używka i można się od niej uzależnić, inni zgadzają się, że jej stosowanie niesie potencjalne korzyści i jest przy tym z pewnością zdrowsze niż palenie tytoniu. Produkt pozostaje w pełni legalny i na Kaszubach można go kupić bez żadnych problemów.

Prawdziwi tabacznicy – jak Tadeusz Makowski – od sklepowych wyrobów trzymają się jednak z daleka. Tabakę przygotowują samodzielnie, susząc tytoniowe liście i rozdrabniając je w specjalnych moździerzach. Z tytoniem mieszają przeróżne ingrediencje smakowe lub zapachowe – bywa że tabaka spryskiwana jest spirytusem bursztynowym, śliwkowym lub jałowcowym. Receptury swoich mieszanek tabacznicy trzymają w tajemnicy, a częstowanie się nawzajem proszkiem i ocenianie poszczególnych mieszanek potrafi zająć im cały wieczór.

Największy przekręt budowlany

Tabaka z Kaszubami związana jest nierozerwalnie, ale to nie jedyny skarb tego rozciągającego się na północy Polski regionu. Nie mniej cenne są gęste, spowite żywicznym zapachem sosnowe lasy (jesienią rodzą nieprawdopodobne ilości grzybów), rynnowe jeziora o błękitnych wodach, łagodne wzniesienia zachęcające do niespiesznej całodziennej wędrówki. I choć na terenie Kaszub znajdują się wspaniałe miasta – jak Gdańsk, Gdynia i Sopot – istotą tego rejonu są małe miasteczka, wsie i imponująca natura. Żyjące we własnym rytmie, kameralne, nie godzące się na podleganie dyktatowi czasu i wiecznego pośpiechu. Pogrążone we własnej tradycji i języku (kaszubskim porozumiewa się obecnie ponad 100 tys. mieszkańców Pomorza).

W tym spokoju i uładzeniu, kryją się jednak ślady szalonych pomysłów. Jednym z nich jest skryty w lasie obiekt okrzyknięty największą samowolką budowlaną w Polsce, a może i Europie. Mowa o niedokończonym zamku w Łapalicach – kilkadziesiąt lat temu jego budowę rozpoczął pomorski rzeźbiarz i biznesmen Piotr Kazimierczak. Z iście artystyczną fantazją potraktował warunki zezwolenia na budowę: zamiast planowanych 170 m kw. jego zamek rozrósł się do obiektu zajmującego ich 5 tysięcy! W międzyczasie inwestorowi zabrakło funduszy i zamek od lat pozostaje w stanie surowym. Na jego rozbiórkę – nakazaną przez nadzór budowalny ze względu na złamanie warunków budowy – również nikt nie ma pieniędzy.

Przez długi czas dostępu do niego bronił wysoki płot. Czas zrobił jednak swoje. Dziś bez trudu można wślizgnąć się na teren budowli (choć nie należy zapominać, że formalnie jest to teren prywatny). Niewykończony zamek sprawia surrealistyczne wrażenie. Dwanaście wież, sklepienia z drewna, kręte schody, gotyckie, renesansowe i barokowe elementy pokazują, że twórca zamku miał ambitne plany. Wnętrze miało imponować materiałami najwyższej jakości.

Wzniesiony z daleka od większych miejscowości gigant (na Pomorzu ustępuje on kubaturą jedynie zamkowi krzyżackiemu w Malborku) przyciąga dziś poszukiwaczy przygód oraz młode pary, które wybierają zamek w Łapalicach na scenerię ślubnej sesji. Wieść o zadziwiającej budowli niesie się przez Polskę coraz szerszym echem, pojawia się tu więc coraz więcej turystów, wprowadzając władze regionu w konsternację. Z jednej strony budowla stała się bowiem atutem Kaszub, z drugiej powstała nie do końca legalnie i znajduje się na terenie prywatnym – jej oficjalne promowanie jest więc mocno utrudnione.

Historyczna zagadka

Nie mniej fascynujące są kręgi kamienne w Odrach. To drugie co do wielkości i najstarsze po Stonehange tego typu skupisko w Europie. Ulokowane w lesie przy południowej granicy Kaszub umykają jednak uwadze turystów.

Ich budowniczymi byli Goci, którzy pojawili się na tych terenach na początku naszej ery, przybywając ze Skandynawii. Ich ambicje budowniczych w niczym nie ustępują twórcy zamku w Łapalicach. Wznieśli dwanaście kompletnych kręgów (dwa z nich dziś są zachowane jedynie fragmentarycznie) z dziesiątek głazów o wysokości do 70 cm. Usypali ponad 20 ziemnych kurhanów, zostawili po sobie około 600 grobów.

Przeznaczenie kręgów spowite jest tajemnicą. Wszystko wskazuje na to, że nie jest to jedynie pradawny cmentarz. Kamienna budowla została przemyślana w każdym calu – podczas przesilenia punkt wschodu i zachodu słońca tworzy linię z centrum kręgów. Być może odprawiano tu religijne obrzędy. Nie brakuje oczywiście – jak często bywa w takich przypadkach – hipotez o udziale w ich wzniesieniu przybyszów spoza ziemi oraz teorii, że kręgi są w rzeczywistości dużo starsze, gdyż powstały na miejscu istniejących tu już budowli mających tysiące lat.

Zapach lasu

Woda i las na Kaszubach żyją w całkowitej symbiozie. To światy przenikające się w sposób harmonijny – podróżując przez miejscowości, wsie, mijając lasy i łąki, wodę widzę niemal nieustannie. Tafla chłodnych jezior połyskuje między drzewami, nurt rzek i strumieni szemra gdzieś w pobliżu. Brzeg większych akwenów oblepiając domki wsi i miasteczek, jakby do istnienia potrzebowały bliskości wody. Kaszuby oddychają zapachem lasu i jezior.

W Chmielnie można to poczuć w pełni, siadając na tarasie Checzy Kaszubskiej i pozwalając mikrym falom jeziora podchodzić pod same stopy. Menu kusi lokalnymi przysmakami – grucholcami, rzucankami kaszubskimi, tutejszą wersją bigosu, śledziami. Równie ważne jest jednak wypełniające płuca krystalicznie czyste powietrze przesiąknięte delikatną nutą sosnowej żywicy. Doceniali je już kuracjusze, pojawiający się w Chmielnie w połowie XIX w. Od tego czasu niewiele się tu zmieniło. Na Kaszubach wciąż żyje się dobrze i oddycha głęboko.