Chińskie smartfony w natarciu

5 czerwca 2017, Katarzyna Pura

Technologia

Xiaomi, Nubia, Oppo – mówią Wam coś te nazwy? Pierwsza na pewno, drugą być może kojarzycie ze słyszenia, z kolei ostatnia brzmi zapewne dla większości dość egzotycznie. Poza krajem pochodzenia łączy je jeszcze to, że zyskują na znaczeniu w Polsce.

Huawei wyznaczył „trend na chińczyki”   

Huawei: Lewandowski, dwa obiektywy we flagowcach, współpraca z firmą Leica. Wszystko się zgadza. Cofnijmy się jednak o kilka lat. Wtedy o Huawei mówiło się jako o jednym z wielu producentów z Chin, który miał chrapkę na spory kawałek „polskiego smartfonowego tortu”, ale nikt nie wierzył, że faktycznie ma szansę odnieść sukces. A tu –  proszę: dziś jest w TOP 3 koncernów sprzedających miesięcznie najwięcej smartfonów (obok Samsunga i Apple). Kiedyś tanie i plastikowe, teraz o odpowiednim stosunku ceny do jakości i z lepszym wykonaniem. Huawei już nikt nie kojarzy z „chińską tandetą”. Wkrótce podobnie może być z Xiaomi, Nubią czy Oppo.

Xiaomi przebojem wdarło się na polski rynek

Odnoszę wrażenie, że jeszcze do mniej więcej początku ubiegłego roku Xiaomi istniało głównie w świadomości użytkowników interesujących się nie tyle polskim, co światowym rynkiem elektroniki. Dopiero od kilkunastu miesięcy marka ta zyskuje na popularności wśród  przysłowiowych Kowalskich. Głównym powodem tego stanu rzeczy jest oficjalna dystrybucja smartfonów Xiaomi w Polsce, która stała się faktem we wrześniu ubiegłego roku. Oczywiście wciąż można sprowadzać je na własną rękę z tak bardzo popularnych chińskich sklepów elektronicznych (dużo taniej), ale nie każdy chce sobie pozwolić na ewentualne problemy z realizacją gwarancji lub brakiem LTE B20, co z kolei może się negatywnie odbić na korzystaniu z internetu na mniej zurbanizowanych terenach.

O tym, jak mocno Xiaomi chce się związać z rynkiem polskim, niech świadczy choćby fakt, że 2 czerwca został otwarty pierwszy stacjonarny punkt sprzedaży w warszawskiej galerii Arkadia. To naprawdę świetna wiadomość. Xiaomi jest równoznaczne z dobrą optymalizacją sprzętu, świetnym czasem pracy na baterii i ceną, często dużo niższą od konkurencji oferującej podobne parametry.

Nubia też radzi sobie coraz lepiej

To kolejna marka, której produkty jeszcze niedawno kojarzone były z nieprzetłumaczonym w pełni interfejsem na język polski oraz kiepską jakością wykonania. Nubia w połowie 2015 roku została odłączona od ZTE, będącego posiadaczem 70% udziałów  w niej – pozostałe należą do kilku mniej znanych chińskich firm. Ich konsolidacja pozwoliła stworzyć markę o silnej pozycji startowej (ZTE jest jedną z bardziej znanych firm na rodzimym rynku) oraz produktach, które niewątpliwie mogą przebić się wśród szerokiej konkurencji. Ich wyróżnikiem jest stosunkowo niska cena, niezły design, ale nade wszystko oprogramowanie z wieloma smaczkami upraszczającymi korzystanie ze smartfonów Nubii.

Dla przykładu, przesunięcie palcem po lewej lub prawej kr awędzi ekranu w dół pozwala uruchomić przypisaną do tego gestu aplikację (analogicznie jest w przypadku gestu wykonanego w górę). Ponadto, przesunięcie dwoma palcami przy obu krawędziach jednocześnie, niezależnie od kierunku, umożliwia zmianę głośność multimediów lub jasności ekranu. Przyznaję, opcje te bardzo przypadły mi do gustu.

Oppo – w polskich sklepach jeszcze nie znajdziecie

Użyłam słowa „jeszcze”, bo jestem przekonana, że prędzej czy później smartfony Oppo trafią do naszego kraju. Firma ta ma pieczę nad OnePlus, czyli marką, która co roku szczyci się wypuszczaniem kolejnych „zabójców flagowców”. Pierwsze generacje produktów OnePlus były dostępne wyłącznie przez system zaproszeń, z którego później na szczęście zrezygnowano. Mimo tego, że smartfony tej marki dostępne są wyłącznie przez internet, cieszą się sporą popularnością – również w Polsce. Niewykluczone, że podobnie będzie ze smartfonami Oppo.

Na koniec mam mała refleksję. Przez moje ręce przeszło gros smartfonów z chińskim rodowodem. I o ile te sprzed kilku lat pozostawiały wiele do życzenia, zarówno pod względem jakości wykonania, jak i samego działania, tak aktualnie sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Teraz już naprawdę nie ma co obawiać się „chińczyków”. Ale wiem, co powiecie – „nie uwierzę, dopóki sam nie sprawdzę”. I słusznie – zawsze warto samemu poeksperymentować, pamiętając jednak przy tym wszystkim, by sprawdzać, czy smartfony konkretnej marki są certyfikowane przez Google. Jeśli nie są – raczej je sobie odpuście, nawet, jeśli kuszą niską ceną.

Więcej na ten temat możecie przeczytać w artykule pomocy na stronie Google.