Gdy zabraknie Ci prądu

24 lipca 2017, Andrzej Pająk

Technologia

Smartfon, tablet, czytnik e-booków na wakacjach to dziś rzecz niezbędna. Wszystkie te urządzenia są świetne… dopóki mają prąd w swoich akumulatorach. Dlatego przedstawiamy alternatywne źródła energii, które w podróży i nie tylko, zastąpią zwykłą ładowarkę.

Banki energii

Jeśli chcemy się zaopatrzyć w awaryjne źródło zasilania, pierwszym wyborem powinny być przenośne banki energii inaczej nazywane też power bankami. Choć wizualnie różnią się między sobą, to zasada ich działania jest taka sama. Są to mniejsze lub większe magazyny energii, wewnątrz których ukryte są akumulatory. Oznacza to, że najpierw musimy je naładować, by w razie potrzeby można było z nich skorzystać.

Ceny power banków wahają się od 20 zł do nawet prawie 400 zł. Już samo to pokazuje, że bank bankowi nie równy. Zanim wybierzecie taki, który wam się najbardziej wizualnie podoba, weźcie pod uwagę jeszcze trzy parametry: masę, pojemność i prąd ładowania. Teraz będzie nieco technicznie, ale nie przejmujcie się, bo później dowiecie się jak to przełożyć na Wasze ukochane sprzęty.

  • Masa – waga banku energii oznacza ile dodatkowego balastu wyląduje np. w naszych spodniach jeśli bawi nas jeszcze polowanie na Pokemony.
  • Pojemność (w mAh) – informuje ile energii jest w stanie zmagazynować power bank. Te najmniejsze mają  600 mAh, te ciężkie i duże nawet po ponad 20 000 mAh.
  • Prąd ładowania (w A) – określa wydajność ładowania. Dla przykładu, jeśli nasz oryginalny zasilacz opisany jest, że ładuje urządzenie prądem o natężeniu 1,0 A, to po podłączeniu go do banku dającego prąd np. 0,8 A ładowanie będzie trwało nieco dłużej. W przypadku np. tabletu, wymagającego zasilacza dającego prąd o wartości 2 amperów wcale nie będzie w stanie go naładować, co najwyżej będzie go tylko doładowywać.

Co to w praktyce oznacza? Już wyjaśniam. Większość współczesnych telefonów wyposażona jest w akumulatory o pojemności 2500-3500 mAh. Można zatem przyjąć, że małe, ładne i zgrabne banki energii na niewiele się przydadzą jeśli używamy tabletów czy smartfonów z dużym ekranem. Czego zresztą spodziewać się po magazynie energii o pojemności 600-800 mAh, kiedy akumulator używanego przez nas urządzenie gromadzi np. 3000 mAh. Nasz awaryjny zastrzyk energii to przecież mniej niż 25% realnego zapotrzebowania.

Dlatego radzę wybrać najładniejszy, najlżejszy power bank, ale o pojemności zbliżonej do pojemności baterii smartfona czy tabletu (te informacje znajdziecie bez problemu w Internecie na stronie producenta). Sprawdźcie też jakie parametry znajdują się na tabliczce znamionowej zasilacza, który dołączył producent do Waszego urządzenia. Tam znajdziecie informacje o prądzie ładowania. Jeśli jest to np. 1,0 A, to oznacza, że przynajmniej tyle samo powinien dawać bank energii. Z różnych względów (np. ładowanie i równoczesne używanie urządzenia) lepiej by było gdyby ta wartość była wyższa.

Jeśli planujecie nosić w plecaku czy torbie power bank „na w razie czego”, to pamiętajcie, że choć naładowany do pełna i nie używany, z czasem straci on część energii. Dlatego by uniknąć zaskoczenia doładujcie to awaryjne źródło zasilania np. raz na 3-4 tygodnie. Testy przeprowadzone np. przez magazyn CHIP (nr 4/2016) pokazały, że banki traciły średnio ok. 5,4% energii przez dwa tygodnie, ale zdarzały się też i takie egzemplarze, którym ubywało nawet 25% zmagazynowanego prądu.

Inne dodatki jakie znajdziecie na bankach energii de facto nie mają istotnego znaczenia. Choć mogą okazać się praktyczne: dwa wyjścia USB, pozwolą ładować równocześnie dwa urządzenia, a wyświetlacz LCD precyzyjnie poinformuje nas o stanie naładowania akumulatorów.

Baterie słoneczne

Banki energii to rozwiązanie najprostsze, ale tak samo jak zwykła ładowarka do swojej pracy potrzebuje gniazdka elektrycznego. Nie sprawdzi się zatem w leśnej głuszy czy na jachcie z daleka od źródła prądu. Tu z pomocą przyjadą ogniwa słoneczne.

Panele fotowoltaiczne, bo tak się one fachowo nazywają, kosztują od ok. 100 do 500 zł. Ich zaletą jest całkowita niezależność od sieci energetycznej, wadą zaś mała wydajność. Najlepiej sprawdzą się na plaży czy w górach, czyli tam gdzie będą miały jak największą dostępność do pełnego, nie przesłoniętego chmurami słońca.

Od razu radzę zapomnieć o bankach energii wyposażonych w niewielki (typu 5×10 cm) panel słoneczny. Jeśli poważnie myślicie o takim źródle energii, to potrzebujecie panelu o wydajności minimum 7 W albo większej. Tylko takie mają rację bytu jeśli mają ładować w czasie rzeczywistym topowe smartfony. Ogniwo dające ok. 5W mocy sprawdzi się do ładowania empetrójek i klasycznych telefonów komórkowych –„babciofonów”, które wbrew pozorom mają rację bytu u podróżników, ponieważ ich bateria potrafi trzymać tydzień. Jeśli myślicie o ładowaniu iPada, to panel generujący minimum 15W będzie najlepszym wyborem.

Korzystanie z ogniw słonecznych nie wyklucza używania power banków. Trzeba powiedzieć, że jest to nawet idealna para: bank energii to idealny magazyn do zbierania tego, co wyprodukuje ogniwo fotowoltaiczne.

A może tak naładować go z ogniska?

Do ładowania urządzeń mobilnych można podejść też zupełnie niekonwencjonalnie. Na rynku dostępne są np. ładowarki napędzane siłą naszych mięśni, gdzie energię elektryczną wytwarzamy kręcąc korbką, jak w ładowarce Eton Scorpion II.

Nie wiem czy wiecie, ale prąd można też czerpać z… ognia. Nocą zamiast rozpalać ognisko, można w specjalnym kociołku palić drobne patyki i zamieniać energię cieplną na energię elektryczną, jak to ma miejsce np. w przypadku urządzenia CampStove 2.

Jeszcze ciekawsza jest menażka Powerpot 5. Tutaj telefon naładujemy gotując zupę na gazowym palniku.

Jak widać jest w czym wybierać. Od siebie dodam, że jakiego alternatywnego źródła energii do ładowania mobilnych urządzeń byście nie wybrali, to na pewno warto mieć  przy sobie zapas energii. Pamiętajmy, że w nocy nic nam nie dadzą nawet najwydajniejsze panele słoneczne. To oznacza, że bez power banku się nie obejdziemy. To wciąż najprostszy sposób na wzięcie energii na wynos i to takiej, która jest do „natychmiastowego spożytkowania”.