Notatnik kulturalny #49

14 maja 2018, Jacek Górecki

Bez sztuki życie nie miałoby sensu, dzięki niej staje się bogatsze, może czasem łatwiejsze… Dlatego co tydzień w Notatniku kulturalnym przybliżamy wam najciekawsze wydarzenia ze świata kultury, zarówno te najświeższe, jak i te, które warte są szybkiego nadrobienia.

„Tranquility Base Hotel & Casino” Arctic Monkeys

Sonic Distribution

5/6

Coś ważnego dzieje się w muzyce, rock umiera. Najpierw, na początku tego roku, Jack White, najważniejsze nazwisko i twórca odrodzenia tego gatunku nagrał płytę (skądinąd bardzo dobrą) zanurzoną w elektronice, by być niczym jak Prince. Teraz, po latach przerwy, powraca Arctic Monkeys, najważniejszy gitarowy band XXI wieku, zamieniając rockowe granie na… popowe melodie. Oczywiście krzywdzącym uproszczeniem byłoby określenia „pop” tutaj nie rozwinąć. Krążek „Tranquility Base Hotel & Casino” jest nowym, zupełnie nieoczywistym etapem pracy twórczej byłych dzieciaków z Sheffield. To album całkowicie przeciwny ich surowemu, buntowniczemu debiutowi z 2006 roku. Chłopaki nagrali coś w rodzaju płyty wypełnionej przyjemnymi, kojącymi nasze umysły dźwiękami. Zgrabnie napisane, nieprzekombinowane, a z drugiej strony niezwykle bogate w dźwięki kompozycje, zestawia się tutaj z mądrym, ale nieprzeintelektualizowanym tekstem. Wyważyć to wszystko jest prawdziwą sztuką! Ale proszę się nie obawiać, to nie jest coś drastycznego w stylu „chilloutowej składanki”, a raczej najlepiej skomponowane piosenki, które są niczym współczesne wersje szlagierów The Beatles. Takiej przyjemności słuchania dawno nie zaznałem!

„7” Beach House

Mystic Production

4/6

Beach House, najważniejszy nowofalowy zespół ostatnich czasów nagrywa swój siódmy już krążek, udowadniając ponownie swoją wielkość. Oni nigdy nie nagrali złego albumu, nigdy nie mieli drastycznej muzycznej wpadki, a raczej za każdym razem odkrywają przed słuchaczem nowe karty. „7” jest kolejną propozycją amerykańskiego damsko-męskiego duetu, który spopularyzował gatunek nazywany „dream pop”, będący czymś na granicy snu i jawy. „Marzenie” jest chyba zresztą najbardziej trafnym określeniem tego albumu, który stanowi zbiór piosenek przepełnionych onirycznymi melodiami. To popowe granie z dużą dawką elektroniki i brudnych syntezatorów przywodzące na myśl momentami dokonania francuskiej grupy Air. Niby dla wyznawców Beach House może to nic nowego, ale w gruncie rzeczy to wciąż spora porcja świeżości i konsekwencji w drodze, jaką sobie obrali. W końcu najpiękniej jest marzyć!

„Sonnenberg” Krzysztof Varga

Wydawnictwo Czarne

4/6

Krzysztof Varga jest jednym z tych ludzi słowa, którego teksty zakorzeniają w nas pasję i ciekawość do podróżowania, poznawania naszego światka, jak i samych siebie. Varga nie raz już przelewał w nas smak Węgier, co udowodnił chociażby w swoich reportażach: “Gulasz z turula”, “Czardasz z mangalicą” i “Langosz w jurcie”. Tym razem, swoją miłością do naszych nie aż tak odległych sąsiadów postanawia się zabawić, pisząc powieść, a właściwie literacką przestrogę. Jego najnowsza książka zabiera nas do Budapesztu, który jest głównym bohaterem książki. Ale zarówno Węgry, jak i samą stolicę, pisarz traktuje niezwykle osobiście raz rozpływając się nad jej pięknem, by zaraz skomentować coś paskudnego rzuconym sarkazmem. Wszystko to śledzimy oczami Andrasa, współczesnego inteligenta, nie do końca spełnionego człowieka z ambicjami, ale zagubionego w świecie, który dosłownie i w przenośni używa sobie współczesnej rzeczywistości małego państewka. Nie zdradzając za wiele, znajdziemy tu najlepszą kuchnię i pornografię! „Sonnenberg” to taka pozycja, która jest zwykłą, a przy tym niezwykłą przyjemnością obcowania z wytrawnym i dojrzałym literatem. Po prostu przyjemność czytania dobrej książki. Z drugiej strony, istotna lekcja i głos w nakreśleniu państwa, które jak żadne inne jest podobne do nas, do naszej Polski. Jakby odbicie, miłość, zachłyśnięcie, a potem gorzka prawda.

„Prawdziwa historia” reż. Roman Polański

Monolith Films

3/6

Wielki mistrz kina, Roman Polański, niemal od początku jest nierówny w swoich filmach. Po obrazie pełnym głębi i geniuszu, potrafi nakręcić kino ocierające się o rangę klasy B, kino pełne wpadek, niedociągnięć. I tak, w ostatnich latach, po świetnym, nagrodzonym w Berlinie „Autorze widmo” i udanej „Rzezi” popada w tony wręcz nieznośne, najpierw kręcąc nużącą „Wenus w futrze”, teraz zabierając się za thriller psychologiczny, w którym nieco uchodzi napięcie i cała istotna głębia gatunku. „Prawdziwa historia” jest opowieścią o dwóch kobietach, pisarkach, które poznają się podczas autorskiego spotkania jednej z nich, Delphine (w tej roli Emmanuelle Seigner). Jak możemy się domyślać, przypadkowe spotkanie wywołuje lawinę kolejnych zdarzeń, które doprowadzają bohaterki do wspólnej fascynacji i zamieszkania ze sobą. To taki powrót do czasów jego najważniejszych pełnych nieoczywistości i symboliki dzieł z „Matnią” i „Lokatorem” na czele. Ale właśnie pojawia się pytanie gdzie podział się ten niezwykle kuszący, niemal łechczący nas znak zapytania znany z filmów Polańskiego? Tym razem mistrz opowiada wprost swoją „prawdziwą” historię, pozbywając się niedopowiedzeń i przez to tracąc na zainteresowaniu i jakości. Niestety nie pomagają mu też aktorki, Eva Green i wspomniana Seigner są jedynie poprawne, a może i zagubione w tym docieraniu do siebie. To film, który nawet zgrabnie się ogląda, ale raczej nie pozostawia na nas swojego dotyku, a nawet i spojrzenia.