Florence + The Machine: anatomia sukcesu

2 sierpnia 2018, Katarzyna Turowicz

Kulturaludzie

Brytyjska formacja obecnie cieszy się niezwykłą popularnością i zainteresowaniem. W czerwcu ukazał się jej nowy album, a kilka tygodni temu debiutancka książka Welch. Warto przyjrzeć się dotychczasowej działalności grupy Florence + The Machine, która już marcu 2019 roku ponownie przyjedzie do Polski.

Najpierw emocje

Swoje imię odziedziczyła po babci, historyczce sztuki. W wieku szesnastu lat zdecydowała, aby na jej pogrzebie zagrano „Paint It, Black” z repertuaru The Rolling Stones, a w dzieciństwie zasypiała w rytm płyt The Smiths i Syda Barretta. Dziś kładzie się do snu z demonami, dla których znajduje miejsce na swoich własnych albumach. W prawdziwie barokowej oprawie umieszcza miłość, gniew, samotność, wszystkie formy szaleństwa. Wierzy w jedność przeżywania, w uniwersalność doświadczeń.

To właśnie emocje Florence Welch stawia na pierwszym miejscu. ” Moje teksty wydają się ludziom zwariowane, ale dla mnie są po prostu szczere. Nie chcę uchodzić za wariatkę. Chcę, aby moja muzyka poruszała”. Dzikość „Lungs” czy melancholia pobrzmiewająca w „High As Hope”, choć skrajne, są w pełni autentyczne. Brytyjka każdej z dotychczasowych płyt nadała bardzo osobisty charakter. Album „How Big, How Blue, How Beautiful” nazwała nawet płytą, która uratowała jej życie.

„Och, Patricio, zawsze byłaś moją Gwiazdą Polarną”

Mimo stosunkowo krótkiej, bo trwającej zaledwie dekadę, kariery, Florence jest już porównywana do największych – Kate Bush, PJ Harvey czy Stevie Nicks.  To tylko niektóre z nich. Ale dużo ważniejsze jest to, kogo sama Welch uznaje za swoje punkty odniesienia. Do grona wcześniej wymienionych artystek należy także Alanis Morissette, którą bez zawahania nazywa swoją bohaterką. Welch wylicza też Grace Slick, liderkę niesłusznie zapomnianej dziś grupy Jefferson Airplane. W wywiadzie udzielonym „London Evening Standard” artystka zdradziła, że uwielbia jej głos, a napisany przez Slick utwór „White Rabbit”, który znalazł się na płycie „Surrealistic Pillow” z 1967 roku, zmienił jej życie, jak twierdzi. Jedną ze swoich muz Florence postanowiła nawet obdarować utworem. Pochodząca z najnowszego albumu Brytyjczyków kompozycja „Patricia” to hymn na cześć punk-rockowej legendy, Patti Smith.

Między książką a książką

Muzyczne inspiracje to jedno. Florence jednym tchem wymienia też pisarzy i poetów, którzy niejednokrotnie zapierali jej dech. Wśród nich pojawiają się William Blake, Patti Smith czy Donna Tartt. Literatura znajduje sobie poczesne miejsce w twórczości Brytyjki. Jak wspomniała w jednym z wywiadów, dzieła poety Teda Hughesa były artystycznym kompasem podczas jej pracy nad płytą „Lungs”. Ogromne zainteresowanie fanów tym, co czyta liderka brytyjskiej formacji, doprowadziło do zaangażowania artystki w klubie książkowym „Between Two Books”, gdzie dzieli się swoimi ulubionymi literackimi tytułami i rozmawia na ich temat z fanami. Od kilku tygodni Florence Welch może też samą siebie nazywać pisarką. Artystka właśnie zbiera pierwsze w swojej karierze recenzje debiutanckiej książki „Useless Magic: Lyrics and Poetry”.

W studiu z Jamesem Fordem

Florence + The Machine z dbałością podchodzą do wyboru muzyków czy producentów, których zaproszą do współpracy. Tę pieczołowitość słychać na każdym z dotychczasowych albumów brytyjskiej formacji. James Ford, Paul Epworth, Steve Mackey, a także Markus Dravs są tymi, którzy kompozytorski geniusz brytyjskiej grupy przekuli w wysokiej jakości dzieła.

Muza Karla Lagerfelda

Nie da się zaprzeczyć, że wyjątkowości formacji Florence + The Machine dodaje też wizerunek jej liderki. Tak jak zmieniała się jej muzyka, tak też przemianom ulegał styl Florence Welch. Chociaż po błyszczących kreacjach i kusych sukienkach z czasów debiutanckiej „Lungs” nie pozostało zbyt wiele, to do dziś obie jej dłonie zdobią pierścionki. Modelowe ciało i ostre rysy twarzy artystki szybko zostały dostrzeżone. W styczniu 2012 roku, tuż po premierze albumu „Ceremonials”, pojawiła się na okładce „Vogue’a”. Zdjęcie wykonał Mario Testino, który odpowiada też za okładkowe zdjęcie płyty „Ray of Light” Madonny.

Potem pojawiły się kreacje od Alexandra McQueena, Chanel czy Gucci. Posągowa figura i skrywana w niej tajemnica wkrótce stała się inspiracją kolejnych projektantów. Karl Lagerfeld określił ją nawet swoją muzą. Zwiewne koszule, spodnie z poszerzanymi ku dołowi nogawkami czy kapelusze z dużym rondem, dziś określane mianem vintage, stały się jej znakami rozpoznawczymi. W krótkim czasie zaczęły również wypełniać szafy wielbicieli artystki i jej formacji.

Muzyka w pikselach

Nie tylko muzyka pochłania uwagę zespołu. Grupa Florence + The Machine z dużym zaangażowaniem podchodzi też do swoich wideoklipów – szczególnie te towarzyszące płycie „How Big, How Blue, How Beautiful” są sztuką same w sobie. „The Odyssey” to tytuł większej, liczącej kilka rozdziałów całości, za reżyserię której odpowiada Vincent Haycock. Dantejskie sceny każdego z klipów w pełni ukazują ducha formacji, ale też aktorskie zdolności Welch. Warto dodać, że sama Florence ma już na swoim koncie epizodyczny debiut w pełnometrażowym filmie „Song to Song” w reż. Terrence’a Mallicka.

Florence + The machine już wkrótce ponownie w Polsce. Będzie okazja z bliska przyjrzeć się charyzmatycznej Welch i usłyszeć utwory grupy, która podbija świat.

Teledyski innej brytyjskiej grupy, Depeche Mode przeszły do historii kultury wizualnej. Poznaj bliżej ich twórcę – Antona Corbijna.